Radom podbija świat

Radom podbija świat

Bartosz Żurawiecki

Dokument Mateusza Romaszkana i Marty Wójtowicz-Wcisło, „Turyści” ujawnia, jak doszło do radomizacji naszej planety. Radom w tym filmie podbija glob

Jeszcze 2 minuty czytania

W książce Katarzyny Bielas „Co byś powiedział sobie młodemu?” Ewa Woydyłło-Osiatyńska mówi o tym, że podróże ją nudzą. „Oprócz paru olśniewających miejsc na świecie wszystko przypomina mi przedmieścia Radomia (przepraszam Radom!)”. Dokument Mateusza Romaszkana i Marty Wójtowicz-Wcisło, „Turyści” ujawnia, jak doszło do radomizacji naszej planety. Radom w tym filmie podbija glob.

Przyczyna tkwi w oku obserwatora, czyli w tym wypadku turysty. Film złożony jest z ujęć nakręconych przez uczestników zorganizowanych wycieczek. Nie wiem, czy to autentyczne nagrania, czy też zostały one spreparowane przez twórców, grunt, że dokument konsekwentnie trzyma punkt widzenia Januszów i Grażyn (jeden z bohaterów ma zresztą rzeczywiście na imię Janusz), którzy w trakcie podróży ani na chwilę nie wyłączają swoich kamerek. Tylko początek i koniec „Turystów” sugeruje zdystansowaną, autorską perspektywę. Te panoramy obracające się o 360 stopni musiał skręcić ktoś o większej świadomości formy filmowej niż przeciętny klient biura podróży.

Wprowadzają one, jakże polski, motyw błędnego koła, który najwyraźniej odżył ostatnio w naszej sztuce filmowej. Na festiwalu Nowe Horyzonty „Turyści” będą pokazywani (w sekcji „Kino protestu”) razem z innym dokumentem – „Operą o Polsce” Piotra Stasika. Kończy ją ujęcie przedstawiające obraz Jacka Malczewskiego zatytułowany właśnie „Błędne koło”. Polska jako nieustający kołowrót pretensji, uprzedzeń, traum, lęków, resentymentów, kompleksów… Już już wydawało się, że uda nam się go przerwać, wyjść poza jego obręb, a jednak powrócił ze zdwojoną siłą. Niestety, każdy z nas nosi Polskę w sobie. Ma Radom głęboko zakorzeniony w swoim jestestwie. I, co gorsza, próbuje nim zarazić resztę planety.

Montaż „Turystów” na pierwszy rzut oka jest chaotyczny. Skaczemy z miasta do miasta, z państwa do państwa, z kontynentu na kontynent. Jesteśmy w Meksyku, za chwilę przenosimy się do Indii, potem do Bangkoku, Chin, na Kubę, do Afryki, znowu wracamy do Meksyku i tak w kółko. Bo też nie ma znaczenia, gdzie się akurat znajdujemy. Mount Everest, pałace królewskie, dzikie zwierzęta itd. glajchszaltuje spojrzenie Janusza i Grażyny. „Wszystkie są do siebie podobne” – słyszymy komentarz zza kadru, gdy kamera pokazuje nam piramidy Azteków. „Upadek ludzkości” – stwierdza Janusz „portretujący” ludzi koczujących nad Gangesem. „Ten jest piękny” – dodaje po chwili, kierując obiektyw na jakiegoś „malowniczo” wyglądającego mężczyznę. „Za darmo nie chcą się sprzedać” – sarka Grażyna, kiedy tubylcy domagają się zapłaty za zrobienie sobie z nimi zdjęcia. Pojawia się nawet scena niczym z wczesnego Jarmuscha (on bodaj jako pierwszy ukazał w swojej twórczości radomizację świata). Turyści gromadzą się na tarasie widokowym, by podziwiać Wielki Mur. Ale akurat jest gęsta mgła, więc właściwie nic nie widać.

Obraz i dźwięk zaświadczają o ignorancji turystów, jak również o ich protekcjonalnym stosunku do innych i kolonialnych roszczeniach (oni to przecież dzikusy, my cywilizacja). Te ostatnie idiosynkrazje u Polaków przybierają najbardziej pokraczne formy, nigdy bowiem kolonii nie mieliśmy – raczej sami byliśmy kolonią – a przecież nam się należą. Dokument Romaszkana i Wójtowicz-Wcisło wykracza jednak poza polski kontekst. Tak naprawdę włączyliśmy się w masową turystykę dopiero niedawno, gdy staniały międzykontynentalne loty, a stopa życiowa nieco nam urosła. Przed nami podbijali świat Brytyjczycy, Francuzi, Niemcy, Amerykanie i inni obywatele Zachodu. Ruch turystyczny jest niezmiennie jednostronny. To biali i zamożni nawiedzają biednych i „kolorowych”. Podróż w drugą stronę zdarza się dużo rzadziej i dotyczy właściwie tylko mieszkańców tak bogatych krajów jak np. Japonia. Program wycieczek jest zawsze i wszędzie taki sam, obejmuje te same atrakcje turystyczne, ten sam show odstawiany przez miejscowych ku uciesze przyjezdnych i sprzedający im tanie (również w kontekście europejskich zarobków) stereotypy. W jednej ze scen mężczyzna siedzący na stopniach jakiegoś zabytku śpiewa, że się cieszy z wizyty Polaków. Zapewne za każdym razem zmienia słowa w swej piosence, w zależności od nacji, która akurat ogląda monument.

„Turyści” są jednak także pesymistyczną refleksją na temat samego medium. Wraz z upowszechnieniem, umasowieniem wręcz urządzeń do rejestracji obrazu i dźwięku kamera przestała być środkiem służącym poznaniu, pośrednikiem między ludźmi, między człowiekiem a rzeczywistością. Miała doprowadzić do globalnej równości, a jedynie zintensyfikowała nierówności, zwiększyła alienację. Co gorsza zaś stała się narzędziem przemocy. „No photo!” – woła jeden z filmowanych „okazów”. „Why not?” – pyta bezceremonialnie Janusz i ani myśli odwrócić kamerę. Przypomina mi to scenę z mojego własnego życia, gdy zafascynowany rozmiarami, wigorem i, co tu ukrywać, monstrualnym ubóstwem jednej z azjatyckich metropolii trzaskałem foty wszystkiemu, co weszło mi w kadr. W pewnym momencie skierowałem obiektyw na sparaliżowanego żebraka leżącego na schodach. Gdy nacisnąłem migawkę, wydał on z siebie potworny krzyk. Ryk protestu. Nic innego nie mógł zrobić. Ten krzyk do dzisiaj dźwięczy mi w uszach.

„Turyści” obnażają bowiem naszą własną nędzę. Nędzę tych, którzy przybywają z „lepszego” świata i nic nie rozumieją. Nic nie potrafią zrozumieć, nie mają na to ani czasu, ani ochoty. Przybywają z gotowym zestawem schematów i konwencjonalnych gestów. W filmie co chwila pojawia się ujęcie, gdy turyści machają do tubylców, a tubylcy machają do turystów. Tylko tyle umiemy. Dać dzieciakom cukierka, wcisnąć dolara napiwku, życzyć bezdomnemu „miłego dnia”… Słowa Woydyłło-Osiatyńskiej o globalnym Radomiu nie dotyczą wyłącznie urawniłowki urbanizacyjnej, uniwersalnej brzydoty, która rozlała się po całej Ziemi. Świat „trzeci”, „czwarty”, „szesnasty” – poddany presji ekonomicznej i kulturowej – dostosowuje się do wymagań Radomia mentalnego. Tworzy z samego siebie wielki radomski cyrk, gdzie:

„Źle się bawiono tego dnia: 
nie szczędzono hucznych oklasków, 
chociaż ręka dłuższa o bat 
cień rzucała ostry na piasku.”