Jeszcze 4 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: W Platerowie

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Codziennie zbieraliśmy się w sali gimnastycznej, gdzie każdy miał powiedzieć kilka słów o sobie. Przychodziła posłuchać nawet kucharka, niezręcznie ocierając umączone ręce o brzeg fartucha. Podobno też coś rzeźbiła, ale w ukryciu, więc poznałem ją tylko jako wesołego i dobrego człowieka

Na plenerze artystycznym byłem może trzy razy i to dość dawno, więc gdy jakaś obca pani zaproponowała mi gościnę, abym mógł swobodnie oddać się pracy twórczej, nie wahałem się ani chwili. Pani nazywała się Maria i razem z mężem Danielem od lat organizowała plenery w Platerowie na Podlasiu. Ich syn, który był miłośnikiem moich rysunków, poprosił rodziców, aby napisali do mnie w tej sprawie i nie pozostało im nic innego, jak spełnić prośbę ukochanego dziecka.

Gospodarze okazali się ludźmi niezwykle ujmującymi, od razu przeszliśmy na „ty”, a nasze radosne pohukiwania były najlepszym dowodem, że z miejsca poczuliśmy się jak dzieci, które nie obrosły jeszcze lękiem i bez wstydu przyglądają się sobie nawzajem. Ta wylewna czułość szybko ustąpiła skrupulatnej opiece. Gospodarze ciągle pytali, czy mi czego nie trzeba, po czym niezobowiązująco usuwali się w cień. Z początku trudno mi było wymyślić jakieś życzenie, wreszcie poprosiłem o truskawki dla dziecka, które zabrałem, aby poznało uroki wiejskiego życia. Następnego dnia pod drzwiami stała kobiałka wypełniona drobnymi, ale bardzo słodkimi truskawkami.

W Platerowie nie byłem jedynym gościem i wkrótce poznałem innych uczestników pleneru. Wszyscy byli znanymi i cenionymi artystami. Był Lech, człowiek dziwnie uzdolniony, na pozór wesoły, a w rzeczywistości smutny. W chwilach największej melancholii stawał na uboczu, przygrywając sobie na flecie. Jerzy, wygadany co się zowie i niesłychanie pogodny, skupił wokół siebie naszą trzódkę i co dzień podążaliśmy za nim na śniadanie lub obiadokolację. Poddawaliśmy się jego woli chętnie, ponieważ nie było w charakterze tego człowieka nic z wywyższania się ani oschłej stanowczości, na co cierpią niektórzy urodzeni przywódcy. Antoni, człowiek milczący, a innym razem gadatliwy, malował obrazy ziemią, przy czym wzdragał się przed ujawnieniem jakichkolwiek szczegółów tej specyficznej techniki. Małgosia z niezrównaną słodyczą śpiewała piosenki, akompaniując sobie na gitarze, a nauczycielka plastyki tak dobrze imitowała głos wiejskiej babiny, że nie mogła opędzić się od próśb, aby w nieskończoność powtarzać nasz ulubiony utwór „Pieją kury, pieją”. Nocą widywałem kobietę, która na palcach zakradała się do sali od plastyki, gdzie spaliśmy, tuląc do piersi jakieś przedmioty. W nikłej poświacie rozpoznałem ową nauczycielkę. Przypuszczałem, że między zeszytami papieru kolorowego i paczkami plasteliny jest zamaskowana lodówka, w której składa wykradzione z kuchni resztki jedzenia. Myliłem się jednak. Ta niezrównana młoda kobieta wypalała na urlopie kolorowe kostki, aby układać z dziećmi misterne mozaiki i cicho wkładała te kostki do pudełeczek.

Pewnego dnia zobaczyłem dziewczynę, która siedziała na pniaku, niedbale wsparta o piec ceramiczny. Krótko ostrzyżoną główkę zwiesiła na ramieniu i zdawała się nie dostrzegać niczego i nikogo wokół. Jak się zdawało, odpoczywała po wypaleniu uroczego drobiazgu, który leżał u jej stóp. Kiedy chciałem podejść i pochwalić ów drobiazg, usłyszałem szept „Teraz nie podchodź, jest w stanie rozmarzenia”. Za mną stała Magda i delikatnym gestem wskazywała pobliską ławkę. Magdę podziwiałem za mistrzostwo, z jakim potrafiła oddać rysy nawet najbardziej niewdzięcznego modela, przy czym wykonanie dużego portretu olejnego zajmowało jej niespełna godzinę. Pod koniec zaprezentowała galerię popiersi i myślę, że pod względem wykonania były doskonałe. Usiedliśmy na ławeczce i wkrótce przyłączyła się do nas Jadzia. Jadzia zrobiła ceramicznego konika, na którego ostrzyłem zęby, gotów zapłacić każdą żądaną sumę. Niestety, kupili go miejscowi zamożni rolnicy, aby strzegł ich upraw przed gawronami, które wydziobywały nasiona oziminy.

Codziennie zbieraliśmy się w sali gimnastycznej, gdzie każdy miał powiedzieć kilka słów o sobie. Wszyscy mamy naturalną skłonność do zwierzeń, pewnie dlatego pogadanki te przybierały nieraz formę bardzo osobistą. Przychodziła posłuchać nawet kucharka, niezręcznie ocierając umączone ręce o brzeg fartucha. Cicho siadała z tyłu, a wyraz jej twarzy świadczył, że nie umknęło jej nawet jedno słowo. Podobno też coś rzeźbiła, ale w ukryciu, więc poznałem ją tylko jako wesołego i dobrego człowieka. Pamiętam, gdy po raz pierwszy przestąpiłem próg stołówki oznajmiła, że dziś będą na obiad ruskie pierogi. Skłoniło mnie to do usprawiedliwionych tutejszą gościnnością podejrzeń, że kucharka zrobiła je specjalnie na mój przyjazd. Oprócz ruskich podano przysmak Podlasia, pierogi nadziewane startymi ziemniakami, tak zwane „szlachcice”. Daniel, widząc, że bacznie obserwuję zawartość rozkrojonego szlachcica, objaśnił mi szczegółowo rodowód tej nazwy. Otóż w XVIII wieku do Platerowa przybył zamożny Cygan Dojko. Cygan miał córkę, która nie grzeszyła urodą, ale była bardzo pracowita. Dojko upominał ją, że od bardziej przyziemnych czynności, jak zmienianie obroku koniom, wyciąganie wody ze studni i karmienie świń jest służba, ale dziewczyna rwała się do roboty i nie sposób było wytłumaczyć, że nie licuje to z ich zamożnością. Wkrótce dzięki pracowitości córki pałac Dojków stał się najbardziej okazałą rezydencją na Podlasiu. Charakterystyczne, że mimo fortuny, która z łatwością mogła przyćmić największe magnackie rody, pozostali skromni, co wyrażało się rytuałami kulinarnymi. Aby nie kłuć w oczy bogactwem i okazać więź z chłopstwem, Dojkowie zadowalali się jednym, choć bardzo obfitym posiłkiem, pierogami nadziewanymi farszem z surowych tartych ziemniaków. Wkrótce ta osobliwa potrawa zdobyła sławę w okolicy, a okoliczni ochrzcili ją na cześć bogatego Dojki i jego córki „szlachcice”. Słuchając opowieści Daniela, miałem ochotę wtrącić jakiś zabawny komentarz, ale jego spojrzenie uświadomiło mi, że tego rodzaju legendy przyjmuje się tu bardzo poważnie.

Tak więc każdy stawał się w Platerowie znakomitym mówcą, bo szczerość, jak wiadomo, jest najlepszą podnietą. Żałowałem, że nasze pogadanki nie są filmowane, by wszyscy, którzy mają kłopot z wyrażaniem myśli, mogli przekonać się jakie to proste. Pewien nasz przyjaciel pokazał zdjęcie krokodyla, którego własnoręcznie uplótł z łoziny, podkreślając, że ów krokodyl w sposób naturalny wiąże się z Krakowem. Wszyscy przyjęli to jako rzecz oczywistą, więc nie śmiałem pytać o szczegóły. Waldek, bo tak miał na imię, natychmiast spostrzegł moją konfuzję i bez żadnej protekcji, czy wyśmiewania objaśnił mi to w sposób następujący. Otóż dwieście lat temu do Krakowa przybył z Włoch pewien treser zwierząt, który w swojej licznej menażerii miał oswojonego krokodyla. Na jego polecenie krokodyl żonglował piłkami oraz w czepku i krynolinach jeździł po zamkowym dziedzińcu karetą zaprzężoną w dwa gniade konie. Pewnego dnia zwierzę wraz z karetą znikło. Treser i policja na próżno poszukiwali krokodyla, przy czym ich gorliwość była w pełni usprawiedliwiona charakterem tych niebezpiecznych zwierząt. Ostatecznie wszystkie wysiłki pozostały bezowocne. Tylko mały pastuch, którego słów nikt nie przyjął na wiarę, opowiadał, że na polnej drodze potrąciła go mknąca w tumanie kurzu kareta, na zydlu woźnicy siedział krokodyl i z całych sił okładał batem oszalałe gniadosze, po czym ów dziwny zaprzęg zniknął za jednym ze wzniesień.

Aby się ładnie znaleźć, przygotowałem referat o pewnej starej fabryce, którą nie bez przygód udało mi się zwiedzić. Na wstępie, ponieważ byłem tu nowy, objaśniłem, że jestem miłośnikiem opuszczonych miejsc, a ci co mnie znają, wiedzą, że nie przepuszczę żadnej starej fabryce. Toteż gdy nieopodal Platerowa spostrzegłem charakterystyczne ceglane zabudowania, natychmiast udałem się w tamtą stronę. Znalazłem dziurę w płocie i już po chwili spacerowałem wśród ruin starego browaru. Zachwyciły mnie żelazne kotły w formie cylindrów, więc wspiąłem się na nie i zobaczyłem, że na górze zdążyły już wyrosnąć młode drzewka. Następnie przez wybitą szybę wlazłem do obszernej i pustej hali. W środku unosił się jeszcze zapach smaru. Zauważyłem niewielkie drzwi, które prowadziły do dalszych pomieszczeń, jakby biurowych. Błądząc obdrapanymi korytarzami, doszedłem do miejsca, gdzie rezydował ochroniarz. Zobaczyłem coś w rodzaju posłania, na stoliku leżały kanapki i grało radyjko, ale jego samego nie było. Dziwne i czarodziejskie było spacerowanie wśród rzeczy ochroniarza pod jego nieobecność. Udałem się po schodach na górę, a tam między stertami zbutwiałych desek i papy ujrzałem niebo. Następnie odwiedziłem laboratorium chemiczne, gdzie stały retorty wypełnione sfermentowanymi i zastałymi cieczami o kolorach jadowitych, od najbardziej jaskrawych różów, aż po złowróżbne grynszpany i cyjany. Wszystko pokrywała pleśń. Cóż to było za cudowne miejsce! Chwilę spędziłem w gabinecie prawdopodobnie dyrektora, bo obłożony był boazerią, a na ścianie wisiało godło. Wpadł mi do głowy świetny, choć spóźniony pomysł, że można było tę boazerię, podobnie, jak resztę wyposażenia sprzedać w czasach, gdy to wszystko było jeszcze zdatne do użytku. Gdy tak stałem gorzko uśmiechnięty i objęty ramionami, przypomniało mi się, że pod bramą fabryki czeka dziewczyna z dzieciną. Zszedłem na dół, minąłem siedzibę ciecia, gdzie wciąż grało radyjko i wracając poprzez halę fabryczną zobaczyłem leżącą na ziemi małą tabliczkę, coś w rodzaju instrukcji. Nędzne to było i brudne, ale jako trofeum mogło być. Pod płotem przyczepił się do mnie jakiś miejscowy aktywista i zaczął wypytywać, a następnie zadzwonił po ochronę. Po pewnym czasie pojawił się zasuszony i sterany ochroniarz, który udzielił mi surowej reprymendy. Powiedział, że mógłbym zostać zamknięty w więzieniu i, już mimochodem, że ma telefony do najważniejszych ludzi w Polsce. Kiedy powiedziałem, że lubię fotografować ruiny, obruszył się i zawołał „Żadne ruiny! Chodź pan, nie bój się pan, pokażę panu”. I zaczął mi pokazywać rusztowania, które wskazywały na działalność remontową. Chodziliśmy między budynkami, które już wcześnie byłem sobie obejrzał, a on wskazywał co i rusz jakiś detal ze słowami „patrz pan”. Objaśnił, że ma tu być kawiarnia, a poza tym fabryka zostanie przywrócona do użyteczności. Na koniec zapytałem, czy mogę zatrzymać moje trofeum, ale odparł, że tabliczka jest wpisana do rejestru zabytków. „Czekaj pan”, powiedział i zniknął w stróżówce, po czym wręczył mi plik starych etykiet piwnych. I tak się rozstaliśmy.

Gdy zwierzenia i referaty wybrzmiały, zaczęły się śpiewy. Wiedziałem, że moi przyjaciele są bardzo pogodni, ale zgodnie ze swą naturą wszystko przyjmowałem opatrznie. Przypomniało mi się, że podobno ludzie życzliwi poza granicą, jaką wyznacza ich życzliwość, potrafią być straszni. „A może są to – myślałem – nieszczęśliwi, którzy śpiewem i głośną zabawą odpędzają od siebie lęk i zwątpienie? Może tęsknią za czułością i to nie w sensie pieszczot, ale raczej zrozumienia ich myśli i potrzeb?”. Głośne westchnienia, rozbrzmiewające nieraz w sali gimnastycznej najpierw brałem za wyraz odprężenia, a później wydały mi się zaprawione boleścią. Bodaj bym się mylił, ale i kucharka folgowała krótkim zapatrzeniom. Patrzyłem, czy mimowolnie nie gładzą się po ramionach, albo nie przytulają do muru, wodząc po ścianach wierzchem dłoni, co jest widomym znakiem potrzeby bliskości. Ale trzymali się prosto i teraz, gdy szukałem na ich twarzach oznak jakiegoś braku, śpiewali nawet bardziej krzepko.

Nie pozbyłem się wątpliwości, gdy Daniel zaproponował zwiedzenie osobliwego parku, który otaczał dom jego i Marii. Kiedy spacerowałem wśród rzeźb, których był autorem, przyszło mi na myśl, że podobne rzeczy widzi zapewne człowiek zsuwający się z agonii w dziedzinę tego, co nazywamy Nieznanym. Było tam między innymi krzesło przypominające narzędzie kaźni, jak objaśnił gospodarz, specjalnie niewygodne. Gdy na nim usiadałem, doznałem uczucia niesłychanego dyskomfortu, jakbym lada chwila miał z niego spaść. Były kamienie na drucikach z grzywami z mchu, poruszone kolebały się jak żywa istota. Zewsząd, z każdego nieomal krzaka wyzierały potworne pająki wykonane z pospawanych bron i innych narzędzi rolniczych, a w najbardziej zacisznym, jak się zdawało, zakątku ujrzałem pokoik z żelaznymi mebelkami, którego podłogę stanowiła zardzewiała tarcza zębatej piły. Podniosłem niechcący wzrok i bodaj bym się mylił, ale w oknie na pięterku błysnęły oczy Marii już bez tego życzliwego uśmiechu, którym zwykle promieniała. Błysnęła mi niedorzeczna myśl, że może cały plener jest ukartowany i oto zwabiono mnie do dziwacznego ogrodu, by oszołomić cudami, a następnie okraść, bo rzeczywiście miałem przy sobie dużą ilość gotówki, za którą chciałem kupić u miejscowych ekologiczną żywność dla dziecka. Obawy te oczywiście nie sprawdziły się i resztę wieczoru spędziliśmy przy wesołej kolacji, a pani domu podała gofry makowe, które zresztą, gdy przyjdzie zamówiona gofrownica, spróbuję wykonać samodzielnie.

Gdy wyczerpaliśmy skarbnicę pieśni, Maria zaproponowała wizytę u pewnego pana, który mieszkał niedaleko Platerowa, a który sporządzał siodła i okazjonalnie przywdziewał strój ułana. Na specjalne życzenie ponoć dosiadał konia i ścinał szablą głowy kukurydzy, podczas, gdy jego syn zza węgła imitował cienkim głosikiem odgłos karabinu maszynowego i rozrywających się szrapneli. Kiedy poszliśmy zobaczyć to widowisko, moje dziecko stało się nieznośne i musiałem opuścić dom ułana. Syn gospodarza podsunął myśl, aby posadzić dziecinę na małym traktorku, a sam traktorek pociągnąć na sznurku. Ruszyłem więc piaszczystą wiejską drogą w towarzystwie gaworzącego chłopca, ciągnąc za sobą traktorek z zadowoloną już dzieciną. Tymczasem inni z naszej gromadki podziwiali wykonane z niezrównanym artyzmem siodła, uprzęże, szable, a może i doszło do przebierania się za ułana, tego nie wiem. Jego syn pomagał przepychać traktorek przez krzaki i zwalone pnie, bo niedawno przeszła tędy wielka burza. Opowiadał o różnych polnych i leśnych stworzeniach, o dziku, który poturbował jego kolegę i że jakiś mężczyzna nasikał w polu na kabel elektryczny „aż mu jaja pokręciło”.

Pośród „arkadyjskich dziecin”, jak w duchu nazywałem moich przyjaciół, spędziłem siedem dni, może najpiękniejszych, jakie dane mi było przeżyć w stosunkowo krótkim życiu. Podobno na bezludnych wyspach wspólnota ludzi cywilizowanych ulega erozji i ujawniają się ich najgorsze cechy. Jestem przekonany, że gdyby nam przydarzyła się tego rodzaju katastrofa, żadne nie poświęciłoby drugiego, aby go zjeść, i ostatnia szklanka wody byłaby raczej uroczyście wylana, niż miałaby się stać przedmiotem walki. Gdy na odjezdnym zapytałem, czego żądają za tak miłe przyjęcie, Maria i Daniel odparli z prostotą, że niczego, prócz jednego rysunku, który ofiarowałem z radością, a oni przynieśli trzy słoiki miodu i musiałem uciekać się do żartobliwie groźnych min, aby przyjęli zapłatę. Podczas wzruszającej ceremonii pożegnania, trzymając mnie w uścisku Daniel szepnął „Nie uszło mojej uwagi, że przyjmowałeś naszą radość jako coś niepojętego. Widziałem, jak wyciągałeś usta, chcąc pocałować główkę dziecka, ale tym szybciej pchałeś przed sobą wózek i dziecina pozostała niedosięgła. Tak samo daremnie gonisz za szczęściem, bo przez lata twoje serce stwardniało. Radzę ci, porzuć dawne przyzwyczajenia na rzecz ufności i beztroski, w których znajdziesz ukojenie”. Z uśmiechem, który świadczył, że zna treść rady Daniela, Maria podała mi miód, o którym byłbym zapomniał i życząc wszystkiego dobrego, lekko pchnęła mnie w kierunku bramy, bo w przeciwnym razie nigdy nie zdobyłbym się na opuszczenie Platerowa.