Higiena percepcji
Truthout.org / CC BY-NC-SA 2.0

19 minut czytania

/ Obyczaje

Higiena percepcji

Rozmowa z Pawłem Mościckim

W obozie dla uchodźców najwięcej zobaczyłem siebie: Europejczyka, który właśnie wstał zza biurka i dopiero widzi, jak wiele zostało mu wpojone podprogowo w postaci ograniczeń, lęków, uprzedzeń – mówi autor „Migawek z tradycji uciśnionych”

Jeszcze 5 minut czytania

AGNIESZKA SOWIŃSKA: Uciśnieni? To dość anachroniczne słowo.
PAWEŁ MOŚCICKI
: Nic bardziej mylnego. Moja książka dotyczy uchodźców, oni są dziś uciśnionymi w najmocniejszym sensie. Wpisują się zarazem w całą wielowiekową tradycję uciśnienia. Bo dziś, jak i w przeszłości istnieje sfera, w której ludzie są dopuszczeni do udziału we wspólnym świecie, i sfera, w której ten udział jest im odmówiony. Chciałem opowiedzieć historię tego podziemnego nurtu, niezauważanego marginesu życia naszych społeczeństw. Dlaczego ta tradycja jest ukryta? Odwołując się do Waltera Benjamina, od którego pożyczam frazę o „tradycji uciśnionych”, można stwierdzić, że historię zawsze piszą zwycięzcy, a tradycja jest zawsze przekazem konstruowanym przez władzę. Dlatego uciśnieni są pozbawieni nie tylko pełni praw, ale też pamięci o długim trwaniu niesprawiedliwości, której są ofiarami. Pisanie o tradycji uciśnionych jest więc zawsze próbą zastanowienia się, jak możliwe jest istnienie przekazu historycznego, który byłby skierowany przeciw dominacji i wymykałby się kategoriom i schematom narzucanym przez zwycięzców. Innymi słowy chodzi o stworzenie pamięci o tych, o których zawsze zapominano.

Konstruowanie narracji historycznych zawsze zależało też od naszej zachodniej perspektywy.
Wszystko, co dziś dziedziczymy, jest efektem długiej historii kolonializmu i neokolonializmu z gospodarką kapitalistyczną w tle. To najczęściej historie o różnego rodzaju wyzysku. Tymczasem opowieści uciśnionych otwierają perspektywy, na które najczęściej jesteśmy zamknięci. Zadajemy sobie pytanie: do jakiego stopnia my w Europie uwzględniamy tradycje krajów pozaeuropejskich, w jakiej mierze jesteśmy w stanie dopuścić opowieść, w której jesteśmy tylko częścią szerszej historii, a nie jej centrum. Co więcej, Europa rezygnuje ze swoich najważniejszych cywilizacyjnych zdobyczy dokładnie wtedy, gdy walczy o utrzymanie swojej wiodącej roli. Tak dzieje się teraz: chcemy uchodzić za tych, którym świat zawdzięcza prawa człowieka, a jednocześnie nagminnie je łamiemy. Historie uchodźców – od Calais po Brześć – są tego wymownym i przerażającym dowodem.

Łukasz Bertram i Michał Jedrzejek przeanalizowali dla Kultury Liberalnej język polskich mediów, piszących o uchodźcach: islamskie hordy, azjatycka dzicz, samozagłada Zachodu.
To jest absolutna zgroza, ale też nic nowego. Nowy jest zasięg i coraz bardziej wiodąca rola tego rodzaju języka. Być może przekonanie, że udało się w Europie trwale zmarginalizować faszyzm, sprowadzić go do nieistotnej subkultury, folkloru, należy odłożyć między bajki. I znów zmierzyć się z możliwością jego dominacji.

Paweł Mościcki Migawki z tradycji uciśnionychPaweł Mościcki, „Migawki z tradycji uciśnionych”. Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, 285 stron, w księgarniach od czerwca 2017Nagonka na imigrantów to język konstruowany z pozycji władzy. Chcemy w ten sposób zobaczyć w sobie przedstawicieli tradycji, cywilizacji europejskiej. To się potem przekłada na te opowieści, że przyjeżdżają do nas barbarzyńcy. Ale przecież używanie tego języka dokładnie przeczy temu przekonaniu, jego prymitywizm, rasizm, głupota wskazują jak dalece odeszliśmy od tych bronionych rzekomo europejskich wzorców. W przypadku choćby Syrii brzmi to kompletnie absurdalnie – bo kto tu kiedy miał kulturę czy cywilizację?

Przez ostatnie dekady wytworzył się – na innym poziomie społecznej wymiany – osobny gatunek pisarski, który polega na mówieniu o końcu Europy. Europa straciła to albo tamto; Europa pogrąża się w kryzysie, itd. Najczęściej są to z gruntu konserwatywne opowieści o utraconym skarbie tradycji, która zawsze opisywana jest ahistorycznie i bardzo schematycznie. Dla mnie ten upadek Europy – czy też porwanie Europy, bo to według mnie lepsza metafora – to opowieść o tym, że daliśmy się uwieść – tak, jak Europa dała się uwieść przebranemu za byka Zeusowi. Uwierzyliśmy w swoją wiodącą cywilizacyjną rolę. Ale żadnej cywilizacji europejskiej jako bezproblemowej, idealnej i stuprocentowo godnej szacunku nigdy nie było. Europę wciąż trzeba dopiero wymyślić, a nie da się tego zrobić nie wymyślając na nowo, przepraszam za patos, świata, w którym dałoby się żyć wszystkim.

Przekroczenie europocentrycznej perspektywy wymaga wysiłku.
Nie ma możliwości pomyślenia o kulturze bez migracji ludności, figur, obrazów, języka. Jeżeli chcemy działać w kulturze, to musimy dbać o to, by nie wyprano jej z tego, co ją ożywia, a ożywia ją właśnie ruch. Dziś, moim zdaniem, ryzykujemy paraliż: powracają fantazje o jakichś jednorodnych kulturach narodowych, jednolitych, jednomyślnych. To są przerażająco ubogie propagandowe konstrukty, które nie mają nic wspólnego z żywotnością kultury oraz jej aktywną rolą w budowaniu wspólnoty czy indywidualnego doświadczenia. W tzw. problemie czy kryzysie uchodźczym – chociaż nienawidzę tej frazy…

...pobrzmiewa w niej echo „kwestii żydowskiej”.
No właśnie. Przede wszystkim, jeżeli mówimy o problemie uchodźczym, lokujemy problem w uchodźcach. A uchodźcy są ofiarami pewnych problemów, a nie samym problemem.

To kwestia tego, jak przedstawiają to media. Ostatnia okładka „Gazety Polskiej”, na której uchodźcy przedstawieni są jako roznosiciele śmiertelnych chorób...
Trudno to nawet komentować. To są mroki, ponure fantazje ludzi świadomie i systematycznie sączących w społeczeństwo strach i nienawiść. Krwawe żniwa tego rodzaju działalności zwykle nie każą na siebie długo czekać. Ale jest w tym jedna ciekawa rzecz: sposób używania materiałów wizualnych. Zgadzam się z tezą Gilles'a Deleuze'a, który twierdzi, że nie żyjemy w społeczeństwie obrazów, tylko w społeczeństwie klisz. A więc wytwarzanie obrazów to pewne zadanie, próba wytrwałego oporu wobec wszechobecnych klisz. Stworzenie obrazu wcale nie jest dziś takie łatwe. To zadanie, które moim zdaniem próbują realizować filmowcy i fotografowie, o których piszę w książce. W świecie, w którym opowieść o migracji, uchodźcach, jest całkowicie oparta na kliszach, oni próbują właśnie robić obrazy.

Jak czytasz klisze w przekazie medialnym?
Bardzo ciekawa jest płaszczyzna fejkowa, która według mnie dowodzi słuszności teorii Deleuze'a. Wciąż krążą po internecie niestworzone historie o imigrantach, w których nic się ze sobą nie zgadza. Często, żeby się o tym przekonać wystarczy im się trochę przyjrzeć. Ich oddziaływanie wynika bowiem z tego, że tych obrazów nikt naprawdę nie ogląda. Takie przekazy są właśnie kliszami – wcale nie służą do oglądania. Mają pojawić się, obsłużyć pewien rodzaj zapotrzebowania (najczęściej grać na lękach i uprzedzeniach) i zniknąć.

A płaszczyzna informacyjna?
Zawsze opowiadamy o uchodźcach jako ludziach z zewnątrz.
Byłem w Calais, gdy obóz jeszcze istniał. I widziałem, że ten obóz zamieniono w jeden wielki plan filmowy. Kręcenie materiału wygląda najczęściej tak: ekipa jakiejś telewizji ustawia światło, dziennikarz staje na tle jednego czy dwóch szałasów, opowiada, że tu w Calais jest osiem tysięcy ludzi, straszne warunki, itd. Ktoś tam jeszcze przemknie w tle. Potem krótki fragment pokazujący, jak dziennikarz z przejętą miną idzie przez obóz. Mieszkający tam imigranci często się z tego śmiali, ale i bardzo irytowali, bo mieli świadomość, że są permanentnie eksploatowani przez obrazy. Filmowcy, o których piszę w książce, tacy jak Sylvain George czy Laura Waddington konstruują opowieść zupełnie odwrotną. Oni są z uchodźcami, a to my – obywatele Europy, policja francuska czy kierowcy tirów – pojawiamy się niejako z zewnątrz. To my wchodzimy w kadr, nie uchodźcy. Już na wstępie mamy zupełnie inaczej zdefiniowaną sytuację.

Paweł Mościcki

Filozof, eseista i tłumacz, adiunkt w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk w Warszawie. Członek redakcji kwartalnika „Widok. Teorie i praktyki kultury wizualnej”. Autor książek: „Polityka teatru. Eseje o sztuce angażującej” (2008), „Godard. Pasaże” (2010), „Idea potencjalności. Możliwość filozofii według Giorgio Agambena” (2013), „My też mamy już przeszłość. Guy Debord i historia jako pole bitwy” (2015), „Foto-konstelacje. Wokół Marka Piaseckiego” (2016). Autor projektu i strony „Atlas uchodźczy”. W czerwcu 2017 ukazała się jego książka „Migawki z tradycji uciśnionych”.

Zauważ też, że najczęściej w materiałach o uchodźcach sami uchodźcy nie mają głosu. Pamiętam taki reportaż TVN-u, który opowiadał o problemach polskich kierowców, którzy jeżdżą tirami do portu w Calais z dostawami. Kierowca, z którym rozmawiał dziennikarz – co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło – był całkiem empatyczny. Mówił, że gdyby wpuścił uchodźców do ciężarówki, na granicy zostałby ukarany grzywną, mógłby stracić pracę. Ale jednocześnie rozumiał motywację tych ludzi, zdawał sobie sprawę, że nie jest obiektem przemocy ze względu na swoje pochodzenie czy religię – jak w tych urojonych scenariuszach naszej rodzimej propagandy – ale że jest dla nich po prostu szansą na przedostanie się do Wielkiej Brytanii. Ale nie ma w tych materiałach rozmowy z drugą stroną.

To, co dla mnie było fascynujące w filmach Sylvaina George'a, to oddanie głosu uchodźcom. W filmie „Les éclats” George siada w szałasie z grupą Afgańczyków, którzy objaśniają mu sytuację w ich kraju w perspektywie przemian obejmujących kilka dziesięcioleci. Ich elokwencja łamie stereotyp pokazywania uchodźców jako biernych i nieświadomych niczego ofiar, które nam, ludziom Zachodu, mogą zaoferować jedynie swoją nędzę.


To mnie też zastanowiło po lekturze twojej książki. W pierwszej części oddajesz głos uchodźcom – Europejczykom, którzy wyemigrowali po II wojnie światowej do Stanów (Jonas Mekas) albo opowiadali o migracji do Ameryki (Georges Perec, Robert Bober). W drugiej o uchodźcach spoza Europy opowiadają filmowcy Europejczycy. Dlaczego uchodźca spoza kręgu europejskiego nie może się wypowiedzieć we własnym imieniu? Zawsze obok niego musi stanąć człowiek z Zachodu, by uchodźca stał się dla nas widzialny.
To jest bardzo trudne pytanie. Oczywiście są przykłady takiej praktyki. Pamiętam, że w obozie Idomeni sami mieszkańcy obozu tworzyli przez jakiś czas własną telewizję- refugee.tv.

Wioska namiotów na wyspie Chios, Grecja, 2016Wioska namiotów na wyspie Chios, Grecja, 2016 / fot. Mstyslav Chernov

Dlaczego o nich nie piszesz?
Być może to ograniczenie tej książki, ale brałem w niej pod uwagę przede wszystkim kontekst artystyczny. Pierwsza część jest o patrzeniu migrantów, druga o patrzeniu na nich, choć też – jak mówiłem – trochę z nimi. Istnieje bardzo wiele filmów o uchodźcach. Może nie są to filmy hollywoodzkie, ale takie należące do w miarę głównego nurtu – w Polsce pokazywany był choćby bardzo dobry dokument „Fuocoammare” Gianfranco Rosiego o Lampedusie. Ale mi się wydaje, że warto też zajmować się tymi bardziej eksperymentalnymi praktykami. W nich najmocniej przełamuje się taki bardzo utwardzony schemat, według którego problem humanitarny równa się forma dokumentalna. Jacques Rancière powiedział kiedyś, że Palestyńczycy nie mają prawa do fikcji – że jak się opowiada o Palestyńczykach, to zawsze w formie, która jest dosłowna, dokumentalna, jednoznaczna, jawnie perswazyjna. Tak jakby odmawiało się im prawa do tego, by w tej opowieści pojawiła się poezja, wątpliwość, konflikt.

Ale dla mnie artyści, których prace przywołuję w książce, są także modelem pewnej postawy obywatelskiej. Istotne jest nie tylko to, jak pokazują uchodźców, ale też co sami robią jako obywatele w pewnym sensie uprzywilejowani.


Zamiast stać z boku, wchodzą często w długotrwałą relację z uchodźcami. Razem z nimi ukrywają się w krzakach przed policją, towarzyszą im miesiącami...
Mathieu Pernot na przykład zrobił już dwa projekty z imigrantami, wcześniej pracował na przykład, przy różnych okazjach, z tą samą grupą Romów. To z kolei przełamuje taki schemat, w którym przez chwilę zajmujemy się jakimś problemem i zaraz potem idziemy dalej. Przy okazji pisania książki odnowiłem też kontakt z Laurą Waddington. Zapytałem ją co teraz robi – bo ostatni film zrobiła w 2011 roku. Okazuje się, że przez ostatnie 6 lat uczy się rysować, bo obiecała jednemu Afgańczykowi, że zrobi o nim powieść graficzną! To jest dla mnie najbardziej wymowny przykład, jak bardzo inaczej można pojmować bycie artystą. I my mamy szansę przejrzeć się w tych postawach. Nie pozwolić zredukować naszych możliwości działania do powiedzenia tak lub nie w jakimś idiotycznym referendum.

Wszyscy opisywani przez ciebie artyści to twórcy eksperymentalni, niszowi, nieoczywiści w odbiorze.
W moim środowisku bardzo rozpowszechnione jest budowanie błyskotliwej refleksji w oparciu o blockbustery. Są to filmy, które wszyscy oglądaliśmy, ale ich interpretacja jest trochę bardziej elitarna, ironiczna, teoretyczna itd. Od wielu lat robi to np. Slavoj Žižek. Ale przez to formy te utwierdzają się tym bardziej. A mnie interesuje podtrzymanie tego bardzo staromodnego, schematycznego na jakimś poziomie podziału na kino komercyjne i kino artystyczne. Nie dlatego, żebym wierzył w takie esencjalistyczne podziały. Chodzi raczej o to, aby wciąż powtarzać, że istnieje inny sposób praktykowania kina, inny rodzaj patrzenia.

Obrazy, które wyłamują się z klisz zawsze będą, z definicji, trudniejsze do przyswojenia, ale oglądanie ich stanowi konieczną higienę percepcji. Dlatego, że bardzo łatwo przyzwyczajamy się do pewnego rodzaju obrazów, typu uważności, którą później trudno jest nam przełamać. Jeśli oglądamy tylko blockbustery czy seriale, filmy, które są zrobione w innym rytmie, świetle, innej relacji obrazu do słów czy dźwięku...

Obóz  Za'atri w Jordanii dla uchodźców z Syrii / fot. U.S. Department of StateObóz Za'atri w Jordanii dla uchodźców z Syrii / fot. U.S. Department of State

Stają się nie do przyjęcia.
A tak długo, jak będziemy mieli możliwość eksperymentowania, tak długo – moim zdaniem – pozostajemy wolni, choćby tylko potencjalnie. Kultura jest przecież po to, żeby nie chodzić utartymi szlakami, żeby odkrywać nowe możliwości doświadczenia.

Dla higieny percepcji pojechałeś do Calais?
Nie wiem, może. Ale to chyba coś więcej. Wiedziałem, że druga część książki będzie poświęcona Calais, więc musiałem tam pojechać. Chciałem, żeby to po prostu zostało przełożone na jakąś realną sytuację, a nie było wyłącznie zapośredniczane przez obrazy czy nawet najlepsze teksty. Żeby wyszło poza projekt pisarski.

Co zobaczyłeś na miejscu?
Trochę trudno jest mi mówić o tym w wywiadzie, ale ja najwięcej zobaczyłem siebie. To znaczy Europejczyka, który właśnie wstał zza tego biurka i tak naprawdę dopiero widzi, jak wiele rzeczy – jakby to powiedzieć – zostało mu wpojone podprogowo, wtłoczone mimochodem w postaci ograniczeń, lęków, uprzedzeń i jak tę sytuację można albo nie można modyfikować. Tym, co naprawdę mnie prześladowało w Calais, było bycie bez przydziału. Że byłem tam trochę turystą, kimś, kto przyjechał sobie do parku ludzkiego, zwiedzić miejsce klęski humanitarnej. To dosyć niewygodne. Ale i nieuchronne.

Zobaczyłem też coś, o czym do pewnego stopnia już wiedziałem. Obóz był miastem. W Calais wykształcił się taki dzielnicowy podział jak w Nowym Jorku – była tam dzielnica afgańska, erytrejska, sudańska. Z mafiami, z interesami, z grupami, które się chronią lub zwalczają. Jest taki francuski architekt, Cyrile Hanappe, który wraz z ekipą badawczą zajmował się urbanistyką obozu w Calais. Potraktowali obóz w Calais jako prototyp przyszłych struktur miejskich. To nie jest nowa teoria – że wielkie miasta będą coraz bardziej zdominowane przez fawele i że przedmieścia rozleją się na całe miasta. I prototypem tych miast są obozowiska, takie jak to w Calais. Nie jedyne, bo oczywiście najlepszym przykładem tego procesu są największe obozowiska w Jordanii czy Kenii.

Coś, co z natury jest tymczasowe, miałoby stać się czymś stałym?
Już tak jest. W Calais spotkałem ludzi, którzy byli tam kilka miesięcy, ktoś dopiero przyjechał, inny był tam od dwóch lat. Ale w kenijskim obozie Dadaab czy jordańskim Zaatari, ludzie są od lat, skazani na wieloletnią wegetację. Federico Raola nazwał te miejsca strefami trwale tymczasowymi. To sytuacja, w której tymczasowość staje się sposobem życia. I czy nie brzmi to trochę tak, jak zaczynają działać nasze społeczeństwa? Coraz bardziej upowszechnia się funkcjonowanie w trybach chwilowych, doraźnych, niepewnych. Bycie uciśnionym, marginalizowanym, wyrzuconym powoli się upowszechnia. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy jesteśmy uchodźcami; oczywiście, że nie. To, że wykształca się logika tymczasowości, nie oznacza, że wszyscy jesteśmy na tym samym poziomie hierarchii wobec władzy. To jest w pewnym sensie powstający model definicji nas wszystkich, a nie jeden punktowy problem.

Obozy nie rozwiązują żadnych problemów.
Obozy są symptomem. Pokazują, że nie ma rozwiązania albo woli rozwiązania problemów wymuszających migrację. A jest ich dużo wojna, dyktatury, wyzysk ekonomiczny, rosnące nierówności, problemy globalnego Południa, zmiany klimatyczne, szereg rzeczy się przekłada na zwiększoną migrację. W obozach te wszystkie problemy stają się na chwilę widzialne, ale tylko dlatego, że nikt ich nie rozwiązuje. Widać je więc nie wprost. Obozy można potraktować jako wizualne erupcje impasów, w jakich tkwi globalny system polityczno-ekonomiczny.


Ale wywołują złudzenie, że panujemy nad sytuacją.
Ja opisuję – za innymi badaczami – ten system pomocy humanitarnej jako sposób sprawowania władzy nad migrantami. Bo tkwiąc w obozie, nie ma się pełni praw obywatelskich i jest się oderwanym od swoich więzów wspólnotowych. Trudno w takiej sytuacji zyskać polityczną podmiotowość, a więc i protestować przeciw różnym strategicznym decyzjom ekonomicznym. Czytałem niedawno o pomyśle minikredytów – każdy uchodźca dostaje 50 dolarów dziennie, co zapisywane jest w kodzie siatkówki. Człowiek staje się w ten sposób e-portfelem. Migranci nie tylko są wpisani jako ofiary w system pomocy i uzależnieni od tej pomocy, ale zamienia się ich w quasi klientów tej pomocy. Rozliczne firmy zaczynają inwestować w przemysł uchodźczy, np. w sklepy, które się pojawiają w obozach. W majowym „Le Monde Diplomatique” można było przeczytać artykuły Nicolasa Authemana opisujące komercjalizację UNHCR, która coraz bardziej przypomina konsorcjum skupiające różne firmy, które, jak na przykład IKEA, zaczynają traktować pomoc humanitarną jako nową gałąź rynku. Ale jeżeli ta branża zacznie być zyskowna, to trzeba będzie produkować uchodźców, to znaczy wywoływać kryzysy, które będą ich dostarczały...

I tak się to robi.
Ale do niedawna efekt w postaci masowej migracji można było traktować jako skutek uboczny innych procesów, a teraz może stać się ona również jednym z celów globalnej polityki. Im szybciej zrozumiemy, że niebezpieczeństwo wywłaszczenia dotyczy potencjalnie każdego z nas, tym łatwiej będzie nam szukać autentycznych odpowiedzi na globalne problemy, nie zaś uciekać w jakiejś nacjonalistyczne rojenia o najeździe obcych. Ale może zacząć trzeba od zmiany patrzenia?