Epickie reakcje
Co się dzieje w twoim ciele - kadr z„Photonu”

20 minut czytania

/ Film

Epickie reakcje

Rozmowa z Normanem Leto

Dziecko potrafi zapędzić dorosłego w kozi róg przy pomocy trzech pytań-ciosów. Później nie rozmyślamy już nad naturą rzeczy. Ale jako artysta mam więcej czasu na takie filozofowanie, na jego podstawie zrobiłem film – mówi autor długo wyczekiwanego filmu „Photon”

Jeszcze 5 minut czytania

JAGNA LEWANDOWSKA: Kusiło mnie, żeby przeprowadzić ten wywiad na bazie pytań, które zadaje dziennikarka w twoim najnowszym filmie, „Photon”, ale uznałam, że byłoby to ryzykowne.
NORMAN LETO: Fakt, postać dziennikarki w „Photonie” jest potraktowana dość ironicznie i uosabia wszystkie stereotypy, jakie wiążą się z tą profesją, zwłaszcza z dziennikarstwem zajmującym się wiedzą naukową, która nie jest dostępna dla wszystkich.

Formuła wywiadu jest pretekstem do zaistnienia naukowych wykładów, ale także ramą fabularną, która ściąga widzów z przestrzeni tych wywodów na ziemię.
Początkowo film miał wyglądać zupełnie inaczej. Chciałem, żeby był to po prostu wykład odbywający się w uczelnianej auli. Zacząłem już nawet szukać takiego miejsca. Ta koncepcja okazała się jednak za droga i problematyczna. Teraz myślę, że dobrze się stało, że większość materiału stanowią animacje, czyli istota wykładu. To atrakcyjniejsze niż facet przechadzający się po sali. Jest więc formuła wywiadu telewizyjnego z naukowcem, który nawet nie ma nazwiska – to uniwersalny typ badacza, który jest blisko Nobla albo innej ważnej nagrody.

Zazwyczaj sam byłeś narratorem swoich filmów. Jak się czułeś, słysząc swoje myśli wypowiadane przez Andrzeja Chyrę, który w „Photonie” jest kolejnym wcieleniem twojego artystycznego alter ego?
Czułem potrzebę oderwania się od wypracowanych konwencji. Oczywiście niektórzy potrafią tak pracować przez całe życie i dobrze im to wychodzi, na przykład Herzog. Ale wtedy trzeba mieć jego charyzmę w głosie. Ja chciałem już zdjąć z siebie ciężar narracji. No i trafiłem na Andrzeja Chyrę. To ciekawe doświadczenie – słuchać swoich ciągów myślowych wypowiadanych przez kogoś innego. Ludzie, którzy są po klasycznej edukacji filmowej, doświadczają tego dużo wcześniej, podczas kręcenia etiud. Dla mnie to była chyba pierwsza sytuacja, w której mówię profesjonalnym aktorom, co mają powiedzieć, zrobić. Miałem szczęście trafić na wyjątkowego aktora. I to działa.

Norman Leto

Urodzony w 1980 roku artysta wizualny, filmowiec i pisarz. Działa na pograniczu sztuk wizualnych, kina, filozofii nauki i fabularnej fikcji. W jego praktyce artystycznej mieści się zarówno malarstwo, tworzenie obiektów, instalacji i galeryjnych projekcji wideo, jak i duże formy narracyjne jak film czy powieść

Chińczycy poinformowali ostatnio, że ze stacji w Tybecie teleportowali na orbitę cząstkę światła – foton. Tym samym są coraz bliżej stworzenia kwantowej sieci internetowej. Zgrano też sekwencję filmową na DNA. I to są wiadomości z ostatnich dwóch tygodni. Wciąż śledzisz naukowe przełomy, czy może masz dość po pięciu latach z naukowym dyskursem?
Rzeczywiście mam trochę kaca po tym filmie. Przestałem kupować „Scientific American”, gazetę, którą prenumerowałem podczas pracy nad „Photonem”. To była moja codzienność. Teraz skupiłem się już na pracy nad nowym filmem, ale nauką zawsze będę się interesował, tę ciekawość mam wrodzoną.

Zanim zacząłem pracę nad „Photonem”, byłem sceptycznie nastawiony do rewelacji płynących ze środowiska naukowego, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, ale tu zadziałała wizualność. Jakieś siedem lat temu, kiedy robiłem jeszcze „Sailora”, zacząłem oglądać proste rosyjskie animacje naukowe z lat 50., schematycznie pokazujące na przykład wnętrze atomu. Były świetnie zrobione, brudne, narysowane taką ruską roztrzęsioną kreską. Zacząłem skakać od linku do linku na YouTubie, aż w końcu dotarłem do Richarda Feynmana, fizyka, noblisty, który znacznie przyczynił się do popularyzacji nauki. Feynman natychmiast odsiewał i miażdżył tych dziennikarzy, którzy traktowali temat powierzchownie. Zaczynał od bardzo prostej analizy ich pytań, udowadniając, że są źle zadane. Bardzo polecam serię wywiadów telewizyjnych z Feynmanem – chyba z BBC – siedzącym na niebieskim fotelu. Te rozmowy mnie zachwyciły i po ich obejrzeniu zaczęło się myślenie o obecnej formule „Photonu”. Musiałem też odpowiedzieć sobie na pytanie, na jakim poziomie zaawansowania mam się poruszać. Ostatecznie ten próg usytuowany jest gdzieś pomiędzy końcówką liceum o profilu ścisłym a pierwszym rokiem studiów. Początkowo w filmie umieściłem też fragmenty bardziej zaawansowane, ale z producentami doszliśmy do wniosku, że lepiej z nich zrezygnować. Film miał dwie godziny. to by było za ciężkie. Ja bym się cieszył, bo znałem kontekst, ale bez kontekstu widz by się zmęczył.


Lecąc samolotem nad oceanami, Bill Bryson, autor książki „Krótka historia prawie wszystkiego” (2003), zorientował się, że właściwie nie umie odpowiedzieć sobie na podstawowe pytania typu: „Czemu woda jest słona?”. Skłoniło go to do naukowych poszukiwań prowadzących do początków wszechświata i napisania całej książki. Czy umiałbyś podać pytanie, które męczyło cię na tyle, że zacząłeś pracę nad „Photonem”?
Niektórych właśnie takie podstawowe pytania zupełnie zniechęcają do dociekań. Kiedy byłem dzieckiem, zadawałem ich sporo, co najczęściej kończyło się odpowiedzią: „nie filozofuj, jedz, bo stygnie”. Dzieci potrafią zapędzić dorosłego w kozi róg przy pomocy trzech pytań-ciosów docierających do istoty rzeczy. Później zaczynamy zajmować się szkołą, pracą, rodziną i nie mamy już czasu na rozmyślanie nad naturą rzeczy. Ale ja jako artysta mam więcej czasu na takie filozofowanie i na jego podstawie postanowiłem zrobić film. Gdybym miał przytoczyć pytanie, które najbardziej mnie prześladuje, to brzmiałoby po prostu: dlaczego wszystko, co widzimy, wygląda tak, a nie inaczej? Odpowiedź: „bo inaczej nie byłoby mnie tutaj i nie mógłbym zadać tego pytania”, mnie nie satysfakcjonuje.

Interesuje mnie też ruch, który jest podstawą wszystkiego, co nas otacza. Kwestia początku materii i czasu, czyli pochodzenie atomów i życia, wydawała mi się idealnym materiałem na film, animację. Początkowo tworzyłem krótkie, osobne sceny, ale pomyślałem, że bez sensu uprawiać taką drobnicę, która rozejdzie się po kościach, lepiej wszystko scalić i pokazać te dosyć epickie reakcje i procesy biologiczne na kinowym ekranie. W postaci pełnego metrażu. Jednocześnie broniłem się, żeby nie popaść w totalny zachwyt nad naturą i jej zagadkami, tak jak wielu reżyserów, na przykład Terrence Malick. W tę stronę nie chciałem iść. Dlatego nie używałem wzniosłych słów. Natura nie jest ani piękna, ani brzydka, ani dobra, ani zła, po prostu jest.

„Photon”, reż. Norman Leto

Jak wyglądał scenariusz „Photonu”? Na jakim etapie zacząłeś konsultacje z naukowcami?
Scenariusz powstawał etapami, dosyć chronologicznie: powstawanie materii, pojawienie się życia, przyszłość. Sam przyswajałem wiedzę właśnie w tej logicznej kolejności. Praca nad „Photonem” to było dla mnie tak naprawdę pięć lat przyspieszonych studiów. Doświadczenie szkoły podstawowej i średniej było na tyle nieciekawe, że szybko porzuciłem naukę w formalnym trybie – to jest pod koniec liceum. Kiedy już jako dorosły człowiek zacząłem przyswajać wiedzę z zakresu fizyki, biologii i chemii, wielu kolegów zajmujących się profesjonalnie tymi zagadnieniami zazdrościło mi świeżego spojrzenia.  W szkole średniej nauki ścisłe, pewnie też ze względu na nauczycieli, to był jakiś koszmar. Nie czułem wtedy, że fizyka łączy się z chemią, a chemia z biologią. Zobaczyłem to, pracując nad „Photonem”. Wydaje mi się, że w wieku trzydziestu lat człowiek jest też bardziej kompetentny umysłowo, bo łączy inteligencję z doświadczeniem. Na przykład podział komórki łatwiej sobie zwizualizowałem w wieku trzydziestu paru lat. W liceum to były jakieś notatki do sprawdzianu, pośpieszne rysunki ołówkiem, w ogóle inne sprawy miałem wtedy na głowie.

Naukowców konsultujących scenariusz szukałem na uczelniach. Chciałem, aby były to osoby dostępne, żeby nie jeździć za nimi po całym świecie. Poza tym każdy badacz z PAN-u posiada obecnie taki sam dostęp do informacji co naukowcy w najlepszych instytutach na świecie. Zaproszeni przeze mnie specjaliści bardzo chętnie podjęli się roli konsultantów. Na początku mieliśmy problem z połączeniem naszych światów – jak ma rozmawiać twórca wizualny, który wszystko chce zobrazować, z fizykiem, który raczej myśli wzorami? Na przykład: tłumaczyli mi zmianę spinu w elektronie. „Ok, ale jak to wszystko wygląda?”, pytałem, na co oni mi odpowiadali: „ nie rozumiemy pytania”. „No jak mam to pokazać w filmie?”. „A niech pan pokazuje, jak pan chce, to nie wygląda”. Potem było łatwiej, bo zdobyłem jakieś podstawy wiedzy i zacząłem zadawać pytania we właściwy sposób. Największy problem był oczywiście z fizyką kwantową. Przy rzeczach w większej skali było łatwiej – był czas, przestrzeń, prościej wówczas coś narysować, pokazać na schemacie, zastosować analogię. Dla widzów część filmu poświęcona najdrobniejszym cząsteczkom też jest najbardziej wymagająca. Dlatego dobrze, że pojawia się na początku. Rozgrzewka umysłu.

W twoim dyptyku pt. „Sailor”, na który składały się książka i film, naukowa nomenklatura pomagała nazwać uczucia (miłość, czytaj: „trzecie prawo biologiczne”). W „Photonie” to porównania zaczerpnięte z codzienności pomagają w wyjaśnieniu skomplikowanych naukowych zjawisk, na przykład reklamówka wrzynająca się w palce. Jak wpadasz na te wizualne metafory?
Częścią planu było stonowanie wspaniałości natury i nie padanie na kolana przed zjawiskami przyrody, dlatego szukałem jak najbanalniejszych przykładów z codziennego życia i takich momentów, w których człowiek, zdawałoby się, jest najdalszy od myśli o fizyce kwantowej. Pewnego dnia, otwierając drzwi kluczem z cholernie ciążącą na palcu reklamówką, pomyślałem sobie, że ta sytuacja to dobry przykład, każdy zna to uczucie. Pewnie w szkole to samo zjawisko pokazaliby nam przy pomocy odważnika, który naciska na coś i od tego czegoś odchodzi wiele strzałek. A potem kartkówka. Tego nie chciałem. Każdy, komu po obejrzeniu „Photonu” będzie wrzynać się ciężka siatka, pomyśli o tym, skąd bierze się twardość.


Przy realizacji poprzedniego filmu narzekałeś często na ograniczenia sprzętowe, godziny liczenia danych przy tworzeniu co bardziej skomplikowanych animacji. Czy dziś wyposażenie techniczne, którego używasz, jest w stanie sprostać twoim oczekiwaniom? Czy czekasz może na komputery kwantowe?
Miałem na ten temat ciekawą rozmowę z Danielem Markowiczem z Lightcraft, producentem „Photonu”. Oni robią efekty specjalne do filmów, mają farmę komputerów. Okazuje się, że paradoksalnie praca przebiegała sprawniej piętnaście lat temu. Teraz procesory w komórkach są szybsze niż wtedy w najlepszym sprzęcie, ale graficy komputerowi nadal narzekają. Śmialiśmy się z tego, że zawsze tej mocy będzie za mało. Chcemy mieć coraz dokładniejsze, czystsze symulacje. Dużą satysfakcję podczas pracy nad „Photonem” sprawiały mi obserwacje komputerowych symulacji zderzających się cząstek. Naciskasz enter i patrzysz, jak tym razem, po kolejnym zderzeniu, te cząstki się ułożą w losowe bloby. Przez to czasem siedziałem nad jednym ujęciem zbyt długo, każdy kształt wydawał się mało realistyczny. Momentami był to jakiś taki onanizm estetyczno-naukowy, jeśli mogę tak powiedzieć. Musiałem mieć przecież jakąś radość z robienia tego filmu, bo inaczej nie wytrzymałbym tych pięciu lat.

Żałowałeś wtedy, że nie jesteś naukowcem?
Z moją konstrukcją osobowości nie mógłbym być naukowcem. Widziałem, jaki reżim trzeba mieć, żeby uprawiać ten zawód. Ja nie potrafiłbym pracować w ramach instytucjonalnych, uniwersyteckich. Praca naukowca to w dużej mierze biurokracja. Pisanie wniosków o granty, a nie siedzenie w laboratorium.

Tworząc symulacje, zadowalałem raczej swoją nerdową stronę. Jako dziecko pisałem programy na Atari, Amidze, wtedy też pojawiły się pierwsze programy do rysowania na komputerze, rysowało się joystickiem – czerwony przycisk służył do nakładania piksela, a ruch kształtował kreskę. Obrazków nie dało się zapisać, więc wołałem tatę, żeby zobaczył moje dzieło, a potem wyłączałem komputer i pikselowy rysunek znikał na zawsze.

Mogłeś robić zdjęcie ekranu zenitem.
O patrz, nie wpadłem na to.

Realizując „Photon”, anonsowałeś go w kilku projektach wystawienniczych. Prologiem do filmu była wystawa „Kujon” jeszcze w Galerii Kolonie, gdzie pokazywałeś „pomoce naukowe” dla „specjalistów konsultujących scenariusz”. Były to prace malarskie. Na wystawie w CSW z kolei zaprezentowałeś rozszczepiony na różne media trailer do filmu – storyboard oraz fragmenty filmowe.
Na wystawę „Kujon” składały się obrazy, bo byłem tak bardzo zajęty pracą nad filmem, tyle czasu spędzałem przy komputerze, że musiałem jakoś odpocząć. Właściwie cały czas maluję równolegle do mojej cyfrowej strony. Te czarne obrazy przypominały abstrakcyjne tablice z wykresami. Część z tych płócien podarowałem później naukowcom, którzy konsultowali scenariusz, w formie podziękowania za ich czas. Ucieszyli się. Wystawa w CSW była większa i mogłem się do niej lepiej przygotować. Zamek Ujazdowski w ramach budżetu na wystawę pomógł stworzyć także kilka sekwencji do filmu, które następnie na tej ekspozycji zaprezentowałem.

Bohater z perspektywy biologa zadaje pytanie: „Skąd u ludzi tak wysublimowane rzeczy jak sztuka współczesna? Czyli coś przewieszone przez coś, listewki, usuwanie twarzy, nagość i te neony pieprzone?”.
W pewnym sensie, tyle że jaskrawiej, narrator wypowiada tutaj mój pogląd. Z punktu widzenia ewolucyjnego – z którego wiele rzeczy, jakie obserwujemy czy wykonujemy na co dzień, ewidentnie wynika z procesów przystosowywania się – sztuka współczesna jest nieco bez sensu, to „ewolucyjny fitness dla mózgu”, jak mówi naukowiec w „Photonie”. Patrząc szerzej, wydaje mi się, że rzeczywiście jest to po prostu jakaś forma trenowania mózgu. Tak samo jest na przykład z dowcipami. Po co nam dowcipy? Też trenujemy subtelne procesy myślowe, które potem mogą pomóc w przetrwaniu w danym środowisku społecznym. Cytowane przez ciebie słowa narratora to skrajne uproszczenie, ale rzeczywiście mam z tym problem. Od dwudziestu lat obserwuję scenę artystyczną. O ile nauka, kino czy muzyka zmieniają się w sposób łatwy do uchwycenia czy sparodiowania, o tyle w sztuce trudniej dostrzec te zmiany. Jest już tak rozmazana, że wydaje się bardziej jednolita niż inne dziedziny życia. Oczywiście z perspektywy historyka sztuki takie zmiany są, następują, i ich subtelność jest najbardziej smakowita. Natomiast obserwator postronny – jak narrator filmu – będzie widział tu tylko coś przewieszone przez coś, de-facing i listewki.

Czy w „Photonie” dałeś się miejscami ponieść wizji artystycznej? Przez większość filmu opowiadasz o skali makro lub mikro, niedostępnej dla nieuzbrojonego w aparaturę oka, bardzo łatwo byłoby przemycić tam wyssane z palca tezy, usprawiedliwione przez wizualnie atrakcyjne wizje czy symulacje przeszłyby bez problemu. Nie kusiło cię, żeby nas, widzów, na chwilę sprowadzić na manowce?
Zabrałem się za to na tyle porządnie, że nie chciałem jakimś głupim ruchem żenować kogokolwiek, kto się na tym zna. Na takie zabawy zrobiłem sobie przestrzeń w trzeciej części filmu, która poświęcona jest wizji przyszłości i to już jest czysta spekulacja, synteza mojego spojrzenia oraz literatury podejmującej podobne wątki, książek Raya Kurzweila i tym podobnych. To moje dwadzieścia minut na jakieś szaleństwo – ekstrapolacja całej historii życia na ziemi. Być może jak ktoś mnie spyta za trzydzieści lat o to samo, będę miał już inne zdanie na temat przyszłości. Inne wizje na temat obecnych czasów mieli ludzie podczas II Wojny Światowej czy Zimnej Wojny, nasze myśli zawsze są zniekształcone przez aktualną sytuację zewnętrzną. Zastanawiam się, jak „Photon” będzie odbierany na przykład za sto lat, czy będzie równie zabawny jak filmy s-f z lat 50. dzisiaj. Jak bardzo przestrzeliłem?


Powiedz, jakie było źródło sekwencji sennej?
Bardzo żałuję, że nie możemy filmować snów i podejrzewam, że wiele osób tak ma, choć na pewno niektórzy woleliby nie wracać do swoich nocnych przygód. Trudno jest oddać śnienie w filmie w adekwatny sposób. Z naukowego punktu widzenia sen jest niezwykłym zdarzeniem. Niektórzy moi znajomi twierdzą, że w ogóle nie śnią, co jest dla mnie jednak pewnego rodzaju kalectwem. Sny z „Photonu” nie są zmyślone, wybrałem dwa z własnych snów, które chciałem spróbować odtworzyć jeden do jeden. Chyba jestem zadowolony z tego eksperymentu, bo jak teraz patrzę na te sceny to rzeczywiście przypominają te wyjściowe majaki. Jeden przyśnił mi się zaraz po katastrofie smoleńskiej, obraz tuż po upadku samolotu, drugi, z podrzynaniem gardła – takie rzeczy miewam od czasu do czasu. Łączy się to z natręctwami myślowymi, o których narrator „Photonu” w którymś momencie wspomina. Zazwyczaj w filmach popularnonaukowych wszyscy zachwycają się konstrukcją mózgu, ja chciałem pokazać jego ciemną stronę. Mózg potrafi rujnować życie w wyjątkowo okrutny sposób.

Wyróżnia się także sekwencja o historii kultury i wyobraźni. To jakby osobny segment, „wrażeniówka” jak nazywa ten fragment narrator. 10 milionów lat w 4 minuty – z perspektywy nitek DNA.
Ta scena mogłaby funkcjonować osobno jako wideo-art. Umożliwiła mi przedstawienie paru setek tysięcy lat ewolucji ludzkości bez materiałów archiwalnych i ludzi poprzebieranych za jaskiniowców. Limitacje budżetu. Ale też pomyślałem, że były już filmy na ten temat, na przykład „Walka o ogień”. Nie chciałem iść w tę stronę, ale podejść do tego fragmentu bardziej dziwacznie, myśleć synestezyjnie, zamknąć oczy i wyobrażać sobie jak rozrastały się społeczeństwa. Rzeczywiście tak czasem wyobrażam sobie masowe zjawiska – w sposób synestetyczny, a nie dosłowny.

Podobno Louis Pasteur, zanim zjadł cokolwiek, oglądał to drobiazgowo przez szkło powiększające. Czy przyłapałeś się w swojej codzienności na jakichś dziwactwach, które nabyłeś podczas ostatnich lat pracy nad „Photonem”?
Staram się udawać sam przed sobą, że „Photon” w żaden sposób nie wpłynął na moje spojrzenie. Natomiast tak długa refleksja nad konstrukcją materii prowokuje w sposób nieunikniony pewne swędzenie, depresyjne myśli dotyczące istoty i zasadności tego wszystkiego co się wokół nas dzieje. Nie da się przed tym pytaniem uciec. Taka już nasza natura. Ale oczywiście praca nad „Photonem” to także wiele intelektualnych korzyści. Więcej wiem, łatwiej mi przewidzieć pewne zdarzenia na podstawie obserwacji, trochę rozćwiczyłem swój mózg. Podczas gdy inni mówią, że najsprawniejsi intelektualnie byli podczas studiów, ja czuję, że ten moment jest teraz. Mam nadzieję, że choć trochę sobie przedłużyłem młodość umysłu.

„Photon” będzie pokazywany na Festiwalu Nowe Horyzonty w Konkursie Głównym obok „Serca Miłości” Łukasza Rondudy, obrazu opowiadającego o Wojciechu Bąkowskim i Zuzannie Bartoszek, których znasz i umieściłeś w napisach końcowych „Photonu” (Bąkowski wcielił się w rolę literata). Wyobrażasz sobie, że ktoś inny niż ty sam mógłby nakręcić film o Normanie Leto?
Myślę że Wojtek i Zuza są ciekawsi. Na przykład praca nad „Photonem” to było pięć lat siedzenia przy komputerze i nad kartkami papieru. Matematyka, wektory, rendering cząstek, liczenie tensorów i tak dalej. Gdyby dało mi się wejść do głowy, to może coś by z tego było, ale właśnie takim wejściem do głowy jest „Photon”, więc po co kto inny miałby to robić? Inna sprawa, że panicznie boję się przyklejenia mi cudzej gęby i zniekształcenia przez czyjąś optykę. Film biograficzny to broń masowego rażenia, jak powstanie, to już nie da się go przekrzyczeć w pojedynkę. Głupio by było paść ofiarą biografa, który zrobi ci pomnik na miarę pomników Christiana Ronaldo w jego rodzinnym mieście.