Nowe Horyzonty:  Jedynka

7 minut czytania

/ Film

Nowe Horyzonty:
Jedynka

Jakub Socha

Nowe Horyzonty to nie tylko wynalazki, to także przegląd nowych filmów najważniejszych reżyserów współczesnego kina

Jeszcze 2 minuty czytania

Gdy człowiek ma dość eksperymentów formalnych, wycieczek w najdalsze miejsca ciała i globu, wydzielin Flying Lotusa, sztucznego kamienia Edwarda Ruschy schowanego wśród prawdziwych kamieni, momentów ciszy, które trwają za długo, wybiera na Nowych Horyzontach salę numer 1, znajdującą się na parterze, tuż przy bocznym wejściu, gdzie ciągle stoi ten paskudny śmietnik bez popielniczki, zmuszający palaczy do prawdziwej ekwilibrystki przy gaszeniu, szczególnie tych, którzy boją się, że od jednego niedopałka zaraz wszystko zapłonie. Ale ja nie o tym – w jedynce na parterze lecą hity festiwalowe. Filmy z gwiazdami, filmy gwiazdorskich reżyserów, którzy podbili już wszystkie festiwale filmowe, od Cannes aż po Berlin. Wiadomo, że większość z nich za chwilę trafi do normalnej dystrybucji, ale pokusa jest większa. I nie tyle jest to pokusa, żeby być pierwszym – pierwszym się nigdy nie będzie, bo pierwsi byli ci, którzy już widzieli te filmy w momencie, gdy pokazywano je w Cannes; teraz czekają w kawiarni aż wrócisz z seansu, żeby zapytać cię: no i jak? W każdym razie pokusa ma inne podłoże. Podłożem jest lato i zwykła myśl, że może trzeba się wyluzować i zamiast ganiać za wynalazkami, wspinać się po schodach, warto zostać na parterze i popatrzeć na nowy film kogoś, kto wiadomo, że umie opowiadać.

Na przykład taki Aki Kaurismäki – rzadko uśmiechający się Fin, kolega Jarmuscha, który robi filmy od kilku dekad i który podczas ostatniego festiwalu w Berlinie był tak nabombiony, że odbierał nagrodę ze swojego fotela. Kaurismäki lubi rocabilly, bluegrass, stare Cadillaki, dizajn z lat 60. i 70. i czarny humor. Realizuje kino nieme, tylko że z dźwiękiem, bliskie Bustera Keatona, od początku praktycznie takie samo – kolega mówi, że to filmy o ludziach, którzy leżą z twarzą w kałuży i o tych, którzy z dobroci serca przewracają ich na plecy. Gdy ogląda się jego filmy jeden po drugim, wkrada się monotonia, gdy ogląda się jednak jego film po kilku latach rozbratu, znowu czuje się prawdziwą frajdę. Co ją niesie? Kolory ścian, scenografia barów, w których siedzą bohaterowie, ich stroje i fryzury, powolność większości gestów – to wszystko oczywiście też. Ale chyba najbardziej to, że Kaurismäki bierze rzeczywistość za mordę; tańczy ona jak on jej zagra.

Gdy Kheled, uchodźca z Aleppo, trafia poprzez Gdańsk, gdzie zostaje pobity przez lokalnych neofaszystów, do Helsinek, nic nie wydaje się takie proste. Odtrącony przez państwo, które jakoś nie może zrozumieć, że w Aleppo trwa wojna, poturbowaby przez fińskich neofaszystów, uratowany zostaje najpierw przez grupę bezdomnych, a potem przez Wikströma, komiwojażera, który postanowił zostać gastronomem. Po tym, jak już postanowił, poszedł na pokera, wygrał górę forsy i zakupił lokal. Innym przeprowadzenie tego wątku zajęłoby co najmniej godzinę, autorowi „Po tamtej stronie” wystarczy zaledwie kwadrans, dlatego, że nie dba on o coś takiego, jak prawdopodobieństwo – w momencie, gdy przeciwnik Wikströma dobiera do karety, Kaurismäki daje Wikströmowi kartę do pokera.

Po„Po tamtej stronie”



Kaurismäki droczy się ze światem i z tymi, którzy potrafią jedynie lamentować nad jego stanem, pod tym gestem kryje się jednak zaskakująco zniuansowana opowieść o uchodźcach, którzy prawdopodobnie nigdy nie będą w stanie wyrwać się z koszmaru wojny, państwie opiekuńczym równie nieczułym, jak te, gdzie rządzi neoliberalna doktryna, rodzącej się oddolnie solidarności, takim układaniu się z kapitalizmem, dzięki któremu można zachować wolną głowę.

Kaurismäki od zawsze gra wszystkim na nosie, nie to co Michael Haneke, ostatni z wielkich – zimny Austriak, mistrz nieprzyjemnego kina, autor diagnoz na temat filmowego medium i zachodniej cywilizacji. Jego najnowszy film, „Happy end”, spotkał się w Cannes z chłodnym przyjęciem krytyków, jurorów i zwykłej publiczności, wszyscy oni liczyli pewnie po cichu, że Haneke zrobi film wielki i poważny, w którym prześwietli swoim rentgenem to, co nas boli – to, co sprawia, że czujemy, że koniec jest blisko. A tu proszę, a tu kuku - „Happy end” bliżej niż do „Białej wstążki” czy „Ukryte” jest z pewnością do „Martwych wód” Dumonta, zwariowanej komedii o postrzelonych arystokratach z Flandrii, którzy nigdy nie odwracają się przez lewe ramię, zjadanych na śniadanie przez lokalnych rybaków, ganiających po plaży za policjantem, który tak się wzdął, że pofrunął między chmury, jak balon.

W „Happy End” mała dziewczynka z zadatkami na psychopatkę, podtruwająca swoją świnkę morską psychotropami wykradzionymi matce, a potem filmująca zdychanie zwierzątka komórką i komentująca rezolutnie ten proces zza kamery, trafia do domu ojca, który ma już nową żonę i mieszka w Calais. Dom ojca to prawie pałac, zamieszkuje go rzeczony ojciec, ordynator na oddziale chirurgii, który po godzinach uwielbia czatować na fejsie z pewną wiolonczelistką i fantazjować o seksie bez granic oraz restytucji romantycznego paradygmatu; dziadek, który marzy już jedynie o eutanazji i wszystkich ma za nic; ciotka-budowlaniec, która pogryzionej przez psa dziewczynce mówi, że na ból najlepsze są czekoladki, matka młodzieńca, który chciałby zostać królem karaoke. Hanekego wyraźnie bawi katalogowanie ich szaleństw i niezdarności we wdrażaniu idei politycznej poprawności.

Akcja nieprzypadkowo rozgrywa się w Calais, które jest symbolem uchodźczego kryzysu, tego kryzysu jednak w filmie praktycznie nie widać. To nie uchodźcy są tym elementem, który doprowadzi do końca starą Europę. Europejczycy, którzy nikogo nie kochają i w nic tak naprawdę nie wierzą, zrobią to sami, dokładnie tak jak to zrobili rosyjscy autokraci na początku XX wieku. „Happy End” w jakimś stopniu przywodzi na myśl Czechowa, jego świat bez łotrów i aniołów, za to pełen błaznów. Przywodzi też film „Niedokończony utwór na pianolę” Nikity Michałkowa, inspirowany „Płatonowem”. To w nim główny bohater, próbując się zabić, rzucał się ze skarpy do wody, w której co najwyżej można brodzić po kostki. Równie kuriozalna próba powraca u Hanekego, efekt jest podobny, tylko rekwizyty są inne – wózek inwalidzki i najnowszy model iPhone'a, który to wszystko zarejestruje.