Echo wśrod olch

8 minut czytania

/ Film

Echo wśrod olch

Klara Cykorz

Gdyby los nie spłatał „Królewiczowi Olch” psikusa w postaci przedwczesnych, a zarazem nader udanych narodzin „Baby Bump” – to on byłby debiutem fetowanym

Jeszcze 2 minuty czytania

Miną lada chwila dwa lata od debiutu „Baby Bump” Kuby Czekaja w Wenecji, filmu, który dawał nie tylko rozkosz patrzenia, ale także pisania: intensywność obrazów aż się prosiła o krytycznofilmowe harce, umożliwiała ucieczkę od konwencjonalnej pruderii. „Doświadczenie obcości własnego ciała łączy się z wulgarnością mantry ruchałbym”, pisał Adam Kruk z Lido; Bartosz Żurawiecki zauważał w filmie „energię ejakulacji” i „wytrysk wielkiego talentu”; z recenzji Darka Aresta zapamiętałam, że „przed bohaterem otwiera się jakieś pociągająco obleśne pomiędzy”. A to wszystko, proszę zauważyć, wyimki z samego tylko archiwum „Dwutygodnika”.

Wyjątkowość „Baby Bump” polegała nie tylko na byciu filmem bardzo dobrym, znakomitym czy nawet ważnym; „Baby Bump” było także spełnionym snem krytyka filmowego, w którym (zakazane) słowa same pchają się raźno pod paluchy. Tak, przyznam, pali mnie trochę zazdrość wobec kolegów po klawiaturze. Sama bym sobie chętnie o tym filmie popisała, pohasała, inkrustowała tekst cytatami z przebojowego soundtracku, np.: „Twoje małe stópki wyrastają mi z dupki niczym trupki”, opatrzonym właściwą adnotacją, że to wcale nie ja, tylko znakomita grupa Cipedrapskuad. Tymczasem został mi podrzucony Schubert; patrzę w prawo, potem patrzę w lewo, prosto, i nic; żadnych pryszczobrzuchów, pękających naroślopiersi, tylko Goethe, Freud, i odliczanie do końca świata, do tego nieprawdziwe, takie na niby, stuprocentowo metaforyczne, na dnie chłopięcej duszy. „Jak embrion – w ogóle nie uzembion” (to też Cipedrapskuad). Po prostu – klops.

Napisałam to wszystko i aż zrobiło mi się przykro, ponieważ podejrzewam, że gdyby los nie spłatał „Królewiczowi Olch” psikusa w postaci przedwczesnych a zarazem nader udanych narodzin „Baby Bump” – to on byłby debiutem fetowanym. Powtórzmy dla zasady, że to „Królewicz...” miał być pierwszym pełnometrażowym filmem Czekaja, ale z powodu problemów finansowych i niespodziewanego zwycięstwa „Baby Bump” na warsztatach w Wenecji powstał równocześnie ze swoim niesfornym młodszym braciszkiem i ostatecznie ujrzał światło dzienne jako „drugi film”, a wręcz „druga część dyptyku”. Ciało jest bardziej atrakcyjne niż dusza, a dwunastolatek z wulgarną wyobraźnią i biznesem moczowym roztacza więcej czaru niż mrukliwy, rozdrażniony całym światem młody mężczyzna lat czternaście. Lekkiemu ukłuciu rozczarowania „Królewiczem” towarzyszyła jednak niewątpliwa przyjemność oglądania; płynęłam sobie przyjemnie przez galerię fantazmatów, cud montaż, nastoletnie burczenie.


Doskonale niesympatycznemu (to jest pochwała) Stanisławowi Cywce towarzyszy na ekranie dwoje aktorów grających lustrzane role w „Baby Bump”: Agnieszka Podsiadlik jako matka i Sebastian Łach jako mężczyzna. Seksualne napięcie, jakim podszyta jest relacja tych nie dwojga, a trojga, ta, no cóż, kazirodcza wibracja, może być pierwszym argumentem przeciwko „Królewiczowi” – albo jego najpiękniejszym atutem. Być może, myślę teraz, moja przyjemność w oglądaniu tego filmu brała się z tego, że nie dostałam filmu o nastolatku, którego pochłania głównie gapienie się na panny; koleżanka tam jakaś wprawdzie jest, ale bez przesady, nie, koledzy pożądania nie wzbudzają. Głównym obiektem różnych fantazji, dość gniewnych zresztą, pozostaje matka; pierwszego dnia w nowej szkole chłopiec wyobraża sobie lesbijski akt z nią i nową nauczycielką w rolach głównych, w wielkim bajorze błota. „Czekaj zrywa ze stereotypem, że nastoletnim chłopcom się tylko chce”, zauważyła koleżanka, na którą wylałam swoje związane z tym filmem niepewności i żale, „oraz mitem, że tak tylko działają chłopięce hormony, a dziewczęce nie; u niego chłopcy i dziewczyny zachowują się po prostu różnie”.

„Królewicz Olch” i „Baby Bump”, reż. Kuba Czekaj

Rzeczywiście: różne są wątki seksualno-cielesne zarówno w tych dwóch filmach fabularnych, jak i we  wcześniejszych, krótkometrażowych, „dziecięcych” filmach Czekaja, różne od siebie nawzajem i różne w znaczeniu odejścia od normy lub nadszarpywania stereotypowych narracji. W „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” (2009) mała dziewczynka Łata nakrywa uwielbianego ojca ze swoją starszą kuzynką, siostrzenicą matki; w „Twist & Blood” (2010) przebojowa Mysza (grana przez tę samą dziewczęcą aktorkę, Emilię Stachurską), roztacza przed chłopcem zwanym Brzucho wizję romansu jego mamy z tajemniczym przybyszem z Ameryki. „To ten, co szuka wife”, tłumaczy koledze z zaangażowaniem, „American guy. Podobno jeździ od wioski do wioski i nawet dał ogłoszenie w gazecie”.

„Królewicz Olch”, reż. Kuba Czekaj.Polska, 2016„Królewicz Olch”, reż. Kuba Czekaj. Polska, 2016Dzieci podglądają tu rodziców; trochę niechciane, trochę wymuszone metrażem mieszkań podpatrywanie jest też obecne w „Baby Bump” i „Królewiczu Olch”. Rodzice bohaterów znajdują się zaś w permanentnym kryzysie: seksualnym, tożsamościowym, czasami ekonomicznym (ojciec Łaty, klawisz, poza romansem z siostrzenicą żony ukrywa też przed rodziną brak awansu w pracy). Gwałtownie ingerują też w fizyczność dzieci – relację Brzucha z matką wyznaczają nerwy i szarpanina, kiedy matka chce mierzyć i ważyć kryjącego otyłość i strupy po okaleczeniach chłopca (co skutkuje kolejnymi falami podjadania i samookaleczania), Mickey House znosi nachalne pieszczoty swojej rodzicielki, Chłopiec z „Królewicza Olch” też nie może liczyć na święty spokój w wannie.


To matki, bo ojcowie zawsze sytuują się w oddaleniu: zapracowani albo bardziej niż dzieckiem przejęci gniewem małżonki, czasami nieobecni po prostu. Wśród dorosłych występuje więc znaczące rozróżnienie płci na płeć nad-obecną i płeć nieobecną, podczas gdy dzieci są (jeszcze) chaotyczne, nieokreślone, niezdecydowane. Mysza najpierw wykazuje się wobec Brzucha radosną akceptacją – ona ma znamię, on nadwagę, jest to fajne w gruncie rzeczy. Mysza bardzo chce się całować – ale potem knuje dziecięcą intrygę przeciwko przyjacielowi (intrygę tyle okrutną, ile, trzeba jej przyznać, fantazyjną). Podsumowując: dzieci są chaotyczne, a dorośli znerwicowani, co wywołuje stan, łączącej wszystkie te cztery tytuły, Czekajowej klaustrofobii.

To rozdrażenienie wypełnia „Królewicza Olch” od pierwszej minuty, ale wciąż trudno je opisać. Taki paradoks: łatwiej pisać o filmach mających jaskrawszy koncept wizualny. „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać” ma charakterystyczne, prowadzone „zza okna”, na wpół realistyczne, na wpół dziecięco-kreskówkowe zdjęcia (polecam wszystkim śledzącym wątki lokalowe w najnowszym kinie polskim), „Baby Bump” to krzykliwy kolaż czerni i lila. To wszystko efekt wieloletniej współpracy pomiędzy Kubą Czekajem a Adamem Palentą, bardzo przyjemny do opisania. „Królewicz Olch” ma więcej literackiego rodowodu: Czekaj mówi w wywiadach, że „Der Erlkönig” Goethego był dla niego inspiracją, ja wyszłam z kina z poczuciem, że obejrzałam właściwie „ekranizację” ballady, za co należy chylić czoło (Czekajowi). Poza tym, gdzie matka i ojciec, tam wilki nie mogą być po prostu wilkami od jakiegoś stulecia; to działa, ale na sali kinowej, na zasadzie dreszczu, nagłego skojarzenia; działać przestaje, kiedy się to już przyszpili i opatrzy przypisem. A przecież, jak już wspominałam, to ten przerost literatury wydaje się w kreacji Chłopca najciekawszy: to, że o matce myśli częściej, niż o ładnej koleżance, że drogi do autonomii bohater szuka za pomocą głowy pełnej wzniosłych konceptów, a nie ciała, a jeśli już o ciele mowa, to nie o masturbacji, a radości jeżdżenia w poklejonych taśmą łyżworolkach.

„Królewicz Olch” sytuuje się na antypodach narracji o nastolatkach, w których centrum byłyby szokujące dziś lub nie filmy Larry'ego Clarka, i właśnie w przerośniętej mózgownicy bohatera znajduje swoją wyjątkowość, szczerość. Polecam w szczególności osobom, które znają się na Goethem znacznie lepiej niż ja (co nie powinno być trudne), i wszystkim stęsknionym ekranizacji późnej „Jeżycjady”.

Cykl tekstów współfinansowany przez:

PISF