W Bańkowicach
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

15 minut czytania

/ Literatura

W Bańkowicach

Maciej Woźniak

Od kogo miałby zacząć potencjalny czytelnik nowej poezji polskiej? Poetyckich skandalistów wciąga się dziś na listę szkolnych lektur, zaś tych, którzy prowokowali dykcją antypoetycką, czyta się jak gnuśnych klasyków – przegląd nowych tomów Wirpszy, Pułki, Podsiadły i Malek

Jeszcze 4 minuty czytania

Bańka 1

W żałobę po Wandzie Chotomskiej weszliśmy dyskretnie i mimochodem: słuchając piosenek z programu „Pora na Telesfora”, raptem przypomnieliśmy sobie, że właśnie ona jest autorką kilku językowo zakręconych poetyckich hitów z tego programu. Było zupełnie inaczej niż z Julią Hartwig, po której żałoba wymagała choćby minimum celebry w postaci sięgnięcia po książkę z regału. Tomy Hartwig są na drugiej półce od góry, tej z klasykami typu Herbert czy Szymborska, mieszkańcami stulecia XX albo wcześniejszych, natomiast CD z Telesforem leży luzem na rzędzie płyt, na półce dla odmiany najniższej, swobodnie surfując po grzbietach Raz Dwa Trzy, Kormoranów i Marcina Maseckiego. Równoległość żałób uświadomiła mi jednakowy ciężar obu śmierci, zaś różnica między ich doświadczaniem pozwoliła odczuć, że tąpnięcia i rozsuwanie się płyt tektonicznych na obszarze Polski – odczuwane od niepięknej polityki po piękną literaturę – dotyczy także mnie, mojego serca.

Bańka 2

Następnego dnia wyszedłem z badaniami w teren. Ale nie w teren łatwy do przewidzenia i wystawiania banalnych diagnoz, czyli do pracy w bibliotece na przeciętnym osiedlu w mieście średniej wielkości (gdzie pamięć katalogów odnotowuje śladowe wypożyczenia Hartwig przy zatrzęsieniu wypożyczeń Chotomskiej, co można zrzucić na karb uprawiania przez Chotomską literatury dziecięcej – ale dokąd właściwie dojdziemy po tym karbie? do wniosku, że Pierwsza Komunia i Pierwszy iPhone to sakrament utraty literatury?), tylko w teren obfitujący w zaskoczenia i zwroty akcji, czyli do kawiarnio-księgarni z awangardowo przelewową kawą i grubymi tomami Piketty’ego (gdzie klientela to średniomiasteczkowe hipsterstwo i młodoartystyczna bohema). Tam zaś zadano mi, związane z dumnie stojącym wśród nowości tomem wierszy zebranych Tomasza Pułki, proste pytanie: „O co właściwie chodzi z tym Pułką?”.

Bańka 3 

Witold Wirpsza, „Varia. Eseje. Prozy”. Instytut Mikołowski, 458 stron, w księgarniach od czerwca 2017Witold Wirpsza, „Varia. Eseje. Prozy”. Instytut Mikołowski, 458 stron, w księgarniach od czerwca 2017Po południu znacząca pomyłka. Pomyłka, bo Instytut Mikołowski przysłał mi po raz drugi tę samą książkę: tom prasowych esejów, recenzji i polemik Witolda Wirpszy. A znacząca, bo powinien był to zrobić tak ze dwadzieścia lat temu, kiedy zaczynałem jako tako świadomie czytać poetów (piszących wszak nie tylko wiersze i nie tylko o poezji). Zebrane w książce teksty Wirpszy z lat 1959-1985 dotyczą bowiem spraw fundamentalnych – zarówno w kontekście sporów o dominujące dyskursy o literaturze czy w ogóle o sztuce, jak i w szerszej perspektywie, obejmującej życie kulturowe i polityczne całego społeczeństwa. Dostałem jednak teksty Wirpszy dopiero latem 2017, ponieważ dopiero w 2017 wydał je Instytut Mikołowski. Na pociechę pozostaje fakt, że pierwszy przysłany mi egzemplarz przeżył kilka dni deszczów i burz w skrzynce pocztowej, jest kompletnie wymiętolony i zszarzały, więc wygląda jak wydany w 1977 (oglądałem wtedy co piątek „Porę na Telesfora”, toteż byłem wstępnie przygotowany). Drugi egzemplarz, wyglądający zawstydzająco młodo, chętnie odstąpię.

Bańka 4

No właśnie, dominujące dyskursy o literaturze. I próby ich reformacji. I powracające, jak przystało na katolicki kraj, kontrreformacje. Można tu sięgnąć po szkic sytuacyjny, który wyłania się z dwóch rozmów z poetami młodego pokolenia, najpierw z Tadeuszem Dąbrowskim, potem z Krzysztofem Siwczykiem, opublikowanych w „Dużym Formacie” dwa lata temu. Istotny jest tu zarówno czas publikacji (początek dobrych i mniej dobrych zmian w Polsce, których skutki dopiero zaczynamy odczuwać, a do pełnego rozkwitu jeszcze daleko), jak i jej miejsce (wysokonakładowa prasa mainstreamowa, która trafia do czytelnika niezaawansowanego literacko, nieuzbrojonego w wiedzę fachową o współczesnej poezji). W rozmowie z Dąbrowskim, zatytułowanej „Módl się. Albo przeczytaj wiersz”, pada sugestia, że poezja, której czytelnictwo dramatycznie spada, sama jest sobie winna, ponieważ młodzi poeci zamiast ojcowsko pochylać się nad zwykłym czytelnikiem i objaśniać mu świat, wciągają go w puste językowe gry. Z kolei rozmowa z Siwczykiem, począwszy od tytułu „Nie módl się, nie czytaj wiersza. Gryź”, przybiera formę stanowczej polemiki z Dąbrowskim, zbudowanej od podstaw, czyli od odmowy nazwania czytelnika poezji lekceważąco „zwykłym” i niezgody, że potrzebuje on opieki literackiego „ciała pedagogicznego”.

Bańka 5

Że do Chotomskiej podchodzę naturalnie i bezpośrednio, gryząc ją (zgodnie z zaleceniem Siwczyka), poczułem, kiedy urodziła się moja córka Malwina, zaczęliśmy puszczać płytę z Telesforem i okazało się, jak mocno te niby dziecięce piosenki działają na dorosłe emocje. Owszem, słynne „Cztery zielone słonie” są autorstwa Świrszczyńskiej, ale to Chotomska napisała „Tam-tam”. Czyli pieśń, którą jestem skłonny zaklasyfikować jako polemikę z Tadeuszem Dąbrowskim w sprawach logicznego panowania nad wierszem, jałowości gier językowych w poezji, pedagogicznej opieki, a także innych tradycyjnych wartości europejskich, których obrońcy – przed przybyszami z zewnątrz – często się ostatnio aktywizują.

Jest w Afryce rzeczy wiele,
Które z geografii znam:
Baobaby, lwy, gazele
I tam-tam jest również tam.

Słowo daję, że nie kłamię,
Szczerą prawdę mówię wam:
Chciałbym zagrać na tam-tamie,
Chcę na własność mieć tam-tam!

Próbowałem kupić w SAM-ie
Pytam: "Czy tu jest tam-tam?"
Cerber złapał mnie za ramię,
Z SAM-u mnie wyrzucił sam!

Daleko stąd - aha ha ha ha ha
Gdzie Czarny Ląd - aha ha ha ha ha
Czarny chłopiec własny tam-tam ma,
Czarnej mamie na tam-tamie gra.
On gra, on gra, on gra – a ja?

Wziąłem balię i miednicę,
Chciałem zrobić sam tam-tam,
Lecz skrzyczeli mnie rodzice,
Że pomysły dzikie mam.

Miałem zamiar płynąć promem
Do Afryki po tam-tam,
Dziadek złapał mnie przed domem,
Tata krzyczał: „Ja ci dam!”

Moja mama ręce łamie,
Że na nerwach mamie gram.
Grałbym mamie na tam-tamie,
Ale skąd tu wziąć tam-tam?

Daleko stąd – aha ha ha ha ha
Tam-tam tam pa ta pa tam-tam
Tam-tam tam pa ta pa tam-tam
Gdzie Czarny Ląd – aha ha ha ha ha
Czarny chłopiec własny tam-tam ma,
Czarnej mamie na tam-tamie gra.
On gra, on gra, on gra – a ja?

Bańka 6

Tomasz Pułka, „Wybieganie z raju”. Biuro Literackie, 432 strony, w księgarniach od lipca 2017Tomasz Pułka, „Wybieganie z raju”. Biuro Literackie, 432 strony, w księgarniach od lipca 2017Może „o co właściwie chodzi z tym Pułką” wystarczająco objaśniają Paweł Kaczmarski w posłowiu do książki (zwracający uwagę na dychotomie: zrozumiałe – niezrozumiałe, klarowne – mętne, oddające tok logicznego myślenia – idące na skuchę, na złamanie racjonalnego karku), Jakub Skurtys na stronie wydawnictwa (badający proporcje między mityczną a czysto literacką obecnością Pułki w najnowszej poezji polskiej) albo Justyna Sobolewska w tygodniku „Polityka” (wpisująca oko poety w trójkąt ryzyko-entuzjazm-niepokój). Ale może każdy musi sam sobie odpowiedzieć na to pytanie. To by całkiem pasowało do intencji Tomasza Pułki, krytycznego wobec literackich hierarchii i autorytetów. Tyle że wiarygodna odpowiedź jest możliwa dopiero po miesiącach wytrwałej lektury przygotowawczej (od Ashbery’ego po Wiedemanna, od Šalamuna po Sosnowskiego). Czy ktoś z gości płockiej kawiarnio-księgarni byłby w stanie aż tyle zainwestować? Bo w drugą stronę chyba się nie da. Można, jak wiadomo, zacząć od Bacha, ale trudno zacząć od Pułki.

Bańka 7

O dobrym zaczynaniu od Bacha śpiewał Zbigniew Wodecki (słyszałem to na żywo, na molo w Ostródzie!), natomiast o złym zaczynaniu od Bacha – przez Gombrowicza, który potem się go zaparł i wybrał Beethovena – napisał Witold Wirpsza. W ogóle teksty o muzyce (o pianistycznej wirtuozerii albo o tym, dlaczego Beethoven jest podniosły, a Mozart tragiczny) to moja ulubiona część książki z tekstami Wirpszy. Jako poetę mam go trochę za przemądrzalca, a trochę za nudziarza, więc jego twórczość eseistyczno-polemiczna działa tym skuteczniej jako cenny zbiór przypisów do erudycyjnych i niełatwych wierszy. Ale przecież jest to także – a może przede wszystkim? – imponujące świadectwo myślenia o literaturze czy muzyce w sposób diametralnie odmienny niż ten, który przyjął się – dzięki długotrwałej działalności „pedagogicznej” – jako powszechny w latach 70. czy 80. ubiegłego wieku. Skutki tamtej powszechności nie milkną, czego dowodem rozmowa o poezji z Dąbrowskim (ba, esej Wirpszy o wyższości Kochanowskiego nad Mickiewiczem dziś mógłby zabrzmieć jak doraźny komentarz społeczno-polityczny). Zaś ironia losu nie śpi, czego dowodem np. muzyka Carla Orffa, o której wartość Wirpsza musiał toczyć polemiczną potyczkę, a dziś, proszę – cenimy ją tak bardzo, że napędza telewizyjne reklamy.

Bańka 8

Od kogo w takim razie miałby zacząć – skoro nie od Pułki – potencjalny czytelnik nowej poezji polskiej? Naturalnie wychowany na Chotomskiej, choć trzeba mu przyznać, że Julię Hartwig kulturalnie kojarzący (zrobiłem ankietę w bibliotece, wśród notorycznych czytelników kryminałów i romansów). Jeżeli chodzi o trudności interpretacyjne i chłonność dykcji poetyckich, to zatrzymany mniej więcej na latach 60. (czyli tam, gdzie ukształtowała się poetyka Różewicza i Herberta). Kojarzący polskich poetyckich noblistów, ale bliżej zaprzyjaźniony z wierszami Jana Twardowskiego.

Jacek Podsiadło, „Włos Bregueta”. WBPiCAK, 92 strony, w księgarniach od listopada 2016Jacek Podsiadło, „Włos Bregueta”. WBPiCAK, 92 strony, w księgarniach od listopada 2016Patrząc na wydane w ciągu ostatnich miesięcy książki poetyckie, zauważyłem, że w przypadku kilku głośnych niegdyś debiutantów doszło do podobnego zwrotu akcji, co z Orffem: poetyckich skandalistów wciąga się na listę szkolnych lektur (Świetlicki), zaś tych, którzy prowokowali dykcją antypoetycką, prozaicznie rozgadaną (Podsiadło), czyta się dziś jak gnuśnych klasyków, bezpiecznie zrozumiałych. We „Włosie Bregueta” nadal odzywają się skłonności buntowniczo-anarchiczne, ale o tym, że to ten sam co kiedyś Jacek Podsiadło, decyduje raczej pewność frazy niż niesione przez nią wywrotowe idee.

Wynurzają się zręby

Boże, coś mi się zdaje, że liczysz to pole chwastów
nad gawiedź sławiącą Cię lekko, nad przekupne dary.
Umilkły światowe opery i słucham, jak koło skrzypi
przy każdym obrocie. Koń parska i to parsknięcie
wytrąca mi z ręki bat pytań. Na widnokręgu wyrzynają się zęby
nieznanego świata. Oby wpadł cichy pieniądz do wyciągniętej dłoni.
Wiersz ten składałem jak bajkę, rozum mnie nie gonił. 

Bańka 9

Natalia Malek, „Kord”. WBPiCAK, 64 strony, w księgarniach lipca 2017Natalia Malek, „Kord”. WBPiCAK, 64 strony, w księgarniach lipca 2017

Jeżeli sugestia „zaczęcia od Podsiadły” miałaby być swoistym antykomplementem dla poety, to z kolei za dobrą monetę powinna wziąć ostrzeżenie, żeby od niej nie zaczynać, Natalia Malek. Wydana właśnie trzecia książka warszawskiej poetki zawiera wiersze konsekwentnie rozwijające – czy raczej zwijające – strategię zwięzłego komunikatu, w którym zagęszczenie zdarzeń i rzeczy (jakże czule obecne są tam najbanalniejsze na pozór drobiazgi, jak precyzyjnie rozrysowane są wektory rytmicznych i brzmieniowych napięć) osiąga intensywność albo szumu dezinformacyjnego (jeżeli ciekawi nas informacja: co poeta ma na myśli), albo brzęczącego szmeru owadów nad łąką (jeżeli nie śpieszno nam, by na nią wleźć w buciorach rozumienia). Takie zmiany w prawach komunikacji – fundamentalnych jak prawa grawitacji, ale przecież zależnych od ruchu – nie oznaczają, że niczego istotnego się nam nie komunikuje. Bynajmniej.

Dojazd i dowóz

Piękne i świeże są fronty na Próżnej.
Piękne – twarze pod Czackim. I świeże – kosztele z Grójca.
Ja patrzę na ręce
panu, a pan mi. Jeśli pragnąć kontroli, to tylko w taki sposób.

Bańka 10

Faktycznie, trudno czytać wiersze Natalii Malek, pragnąc nad nimi kontroli w sposób, do jakiego przyzwyczaja czytelnika cały system kulturowej inicjacji i edukacji. Ale to działa także w drugą stronę: trudno, żeby wiersze autorów pragnących tradycyjnej kontroli nad czytelnikiem miały szansę u wielbicieli poezji Malek czy Pułki. W ogóle sposoby kontroli – oraz korzystania z braku kontroli – okazują się kluczowym punktem spornym i najsilniej drażniącym emocje. To, co najmocniej dzieli, także najmocniej łączy. A zatem, niestety: im pewniej czujemy się w pośród wielbicieli tego samego, co my, w naszych społecznościowych banieczkach informacyjnych, przyjemnościowych, artystycznych, tym nieprzyjemniej musi nas zaskoczyć szersza rzeczywistość. W piosence Wandy Chotomskiej nic o tym przykrym aspekcie nie ma, ale resztę zapośredniczanego medialnie świata, z technologiczną tej zabawy łatwodostępnością, wyprorokowała nie gorzej niż Lem.  

Wystarczy jedna słomka, wystarczy trochę mydła,
I już cię nie ma w domu, już fruniesz jak na skrzydłach
Do miasteczka, gdzie nie znajdą cię rodzice,
Do miasteczka, co ma nazwę Bańkowice.

            W Bańkowicach, w Bańkowicach
            Po ulicach chodzą takie niańki (jakie niańki?),
            Co dorosłych, co dorosłych ludzi
            Uczą puszczać z mydła bańki (z mydła bańki?).
            W Bańkowicach mieszka trębacz,
            Trębacz zdolny niesłychanie,
            Który z trąby puszcza co dzień
            Rój mydlanych baniek (rój mydlanych baniek).

            W Bańkowicach, w Bańkowicach
            Straż pożarna stoi nad sadzawką (nad sadzawką),
            Każdy strażak, każdy strażak
            Puszcza bańki strażacką sikawką (strażacką sikawką).
            W Bańkowicach mieszka doktor ogromnie uczony,
            Który bańki z mydła stawia przeziębionym.

Ostatnia bańka z mydła odfruwa z twojej słomki,     
Mydlana bańka pryska, a razem z bańką domki.
Nie mów w domu, bo to przecież tajemnica,
Że widziałeś dziwne rzeczy w Bańkowicach.

            W Bańkowicach, w Bańkowicach...

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Fundacją Wisławy Szymborskiej.
Fundacja Wisławy Szymborskiej