Nowe Horyzonty:  Podsumowanie
"The Square"

14 minut czytania

/ Film

Nowe Horyzonty:
Podsumowanie

Jakub Socha

Z każdym festiwalem filmowym jest podobnie – początkowo człowiek rzuca się na wszystko, napycha się i później staje się bardziej oporny i wybredny, jakby podświadomie czuł, że jego zbiornik wszystkich historii i obrazów nie pomieści

Jeszcze 4 minuty czytania

Gdyby szukać filmu, który najlepiej oddałby doświadczenie uczestniczenia w wielodniowym maratonie filmowym, byłyby to „Wiatry wiedzą, że wracam do domu” José Luisa Torresa Leivy. Bohaterem tego fabularyzowanego dokumentu jest reżyser filmowy, który ląduje na małej wyspie na Oceanie Spokojnym nazywanej Chiloé, żeby przeprowadzić casting i zebrać materiał do filmu, nad którym pracuje. Spieszy mu się średnio. Dużo czasu spędza na spacerach, na przejażdżkach jeepem, na przesiadywaniu na krzesełku i wgapianiu się w krajobraz – a jest, w co się wgapiać. Resztę czasu wypełniają mu rozmowy z lokalsami: prowadzone od niechcenia, pełne ciszy, zdecydowanie powolne. Nie ma w nich nic spektaklularnego, nic zaskakującego, ot, ktoś się urodził, ktoś nie miał dzieci, ktoś czeka, aż mąż wróci ze szpitala. Słów pada mało, ale i tak ma się wrażenie, że to istna logorea. Każdy z przepytywanych ma jakąś historię do opowiedzenia, praktycznie z każdej można zrobić kino. Z czasem jednak człowiek zaczyna się od nich odłączać, jakby miał w sobie jakiś naturalny zbiornik, który ma swoją nieprzekraczalną objętość. Z każdym festiwalem filmowym jest podobnie – początkowo człowiek rzuca się na wszystko, napycha się i później staje się bardziej oporny i wybredny, jakby podświadomie czuł, że wszystkich historii i obrazów nie pomieści.

To była udana przygoda. Wiele filmów widziałem podczas tegorocznej edycji, chyba więcej niż w poprzednich latach, oto krótki i niepełny przegląd tych, o których jeszcze nie pisałem, i których jeszcze nie zapomniałem. Które zostały.

Wiele się zmieniło, wody upłynęło i nagród przybyło, od czasu, gdy Ruben Östlund robił filmy, w których kamera dostawała małpiego rozumu i potem na ekranie widzieliśmy na przykład przez długi czas jedynie nogi – od stóp ubranych w lakierki lub szpilki aż po kolana, zakryte przez nogawkę garnituru lub fragment wieczorowej sukni. Nogom towarzyszyło bicie piany – kakofonia niepotrzebnych słów wyrzucanych przez szwedzkich mieszczuchów. Dziś u Östlunda człowiek udający małpę wbiega w ramach performansu na stół, przy którym siedzą piękne panie i piękni panowie. Nie zdąży nawet huknąć dwa razy, a już pozłotka opada i odsłania się dżungla. Za ten manewr podczas tegorocznego Cannes Östlund otrzymał Złotą Palmę. Nie, „The Square” – chyba najbardziej oczekiwany i dyskutowany film tegorocznych Nowych Horyzontów – to nie jest złe kino, tylko jakby za bardzo wygładzone i wychuchane.

Kolega mówi, że Östlund robi filmy o kulturze, która przegrywa z naturą. Pewnie, że robi, jak wielu. Jego siłą jest umiejętność budowania praktycznie z niczego małych scenek, będących czymś na kształt eksperymentów z pogranicza socjologii i psychologii. Weźmy na przykład ten fragment „The Squaare”: główny bohater idzie przez zatłoczoną ulicę, na sobie ma na oko kilka tysięcy euro, więc sporo do stracenia. Nagle za jego plecami słychać zdyszaną i wystraszoną kobietę, która krzykiem prosi o pomoc. Słychać jeszcze, że za nią biegnie jakiś rozwścieczony koleś. Co robi ulica? Ulica oczywiście się rozstępuje, nie ogląda za siebie, przyspiesza kroku. Co robi bohater? Bohater, ten pretensjonalny dyrektor muzeum sztuki współczesnej, wspierany przez nieznajomego mężczyznę, który, tak jak on, zwolnił kroku, idzie na ratunek ofierze, czemu sam się mocno dziwi. W jednej chwili staje się superbohaterem, nieświadomy, że tak naprawdę stał się obiektem manipulacji. Ale to dopiero początek – Östlund rozdmuchuje to niewinne wydarzenie do wręcz absurdalnych rozmiarów, równocześnie rozmontowując domek z kart, w którym mieszka dyrektor. Tym domkiem jest sztuka współczesna.


Pamiętacie pewnie tę reklamę, w której młodzi, bogaci, doskonale wyluzowani ludzie chodzą po galerii sztuki współczesnej i oglądają przewieszone listewki, jakby powiedział naukowiec z „Photonu” Normana Leto. Szybko się nudzą i szybko kierują się do wyjścia – tam stoi zwykły metalowy wieszak: pozioma rurka, którą wspierają dwie pionowe rurki. Przed wieszakiem stoi tłumek gapiów, kontemplujących sztukę. Natomiast doskonale luźna para podchodzi do wieszaka, ściąga z niego płaszcze i z uśmiechem na ustach wychodzi na zewnątrz, gdzie czeka już na nich ich nowe auto, prawdziwe dzieło sztuki. Śmieszne? Śmieszne. Równie śmieszny jest „The Square”. Östlund zgrabnie kataloguje i wyszydza to, co w sztuce współczesnej idealnie nadaje się do wyszydzenia: bełkotliwe opisy kuratorskie, instalacje z trzech kupek żwiru usypanych oczywiście w cieniu Auschwitz, wernisaże, które są tylko dodatkiem do bankietów. To jednak stara śpiewka, słyszałem ją już nie raz. I tanie gesty, wyraźnie pod publiczkę, pachnące obskurantyzmem. Od kogoś, kto za punkt honoru poczynił sobie przekłuwanie balonów, oczekuje się zwyczajnie czegoś więcej, niż pompowanie kolejnego.

„Niemiłość” Andrieja Zwiagincewa, druga gorąca premiera Nowych Horyzontów, również nagrodzona w Cannes, cierpi na podobną przypadłość, co „The Square”. Zwiagincew, tak jak Östlund, z filmu na film staje się coraz lepszym filmowcem i, niestety, jest coraz bardziej przewidywalny. Swój styl opanował do perfekcji, idealnie przykroił go do festiwalowej publiczności, która chyba podświadomie czuje, że to, co najlepszego w kinie, zdarzyło się między końcówką lat 50. i początkiem 70. XX w. „Niemiłość” cała zbudowana jest na tenj nostalgii. Minorowa, podniosła muzyka, powolne jazdy kamery, która na przykład sunie ku oknu, by zobaczyć za nim obrazek wręcz identyczny do „Zimowego pejzażu z łyżwami i pułapką na ptaki” Breugla; te wszystkie detale i kompozycje: truchło zwierzęcia pod drzewem, powiewająca taśma policyjna, talerz satelity wyglądający jak sztuczne słońce, budują ponadczasowe znaczenia. Z kolei kobieta w dresie reprezentacji Rosji na bieżni, Donbas w telewizorze, nałogowe pstrykanie selfie, niekończące się toasty za pięniądze i miłość wznoszone przez okropnych japiszonów, blada poświata telefonu komórkowego, która rozświetla noc, stara baba, która zionie nienawiścią i której umysł zaczadziła cerkiew – mają przywoływać dzisiejszą Rosję, jej obraz, który z łatwością przyswoi zachodni odbiorca.

„Tęsknota” i „Niemiłość”



Jakiś czas temu w wywiadzie dla „Dwutygodnika” reżyser mówił o swoim narodzie: „Jesteśmy Azjatami, w dodatku ciemnymi”. „Niemiłość” pokazuje, że trzyma się tego rozpoznania. Para głównych bohaterów, która jest tak mocno zajęta nienawiścią do siebie i nowymi romansami, że gubi z oczu własne dziecko, to w dużej mierze okrutne kreatury. Zwiagincew z dużą sprawnością pokazuje, jak biorą się za łby, jak rzucają na siebie przekleństwa, wyraziście odsłania ich małość, równocześnie odmawiając im jakichkolwiek szans na rehabilitację. Spuszcza na nich wszystkie nieszczęścia świata, jakby czekał tylko na to, żeby zamknął mu się rachunek.

Wydaje się, że kino rosyjskie w przyszłości więcej będzie miało pożytku z Kantemira Bałagowa, niż ze Zwiagincewa. Bałagow ma dopiero 26 lat – jego „Bliskość” była jednym z najlepszych filmów tegorocznej edycji wrocławskiego festiwalu. Oglądamy tu Rosję nieznaną, wymykającą się prostym klasyfikacjom. Akcja rozgrywa się u schyłku lat 90. w miejscowości Nalczyk, stolicy Republiki Kabardyjsko-Bałkarskiej, leżącej w południowo-zachodniej części Federacji Rosyjskiej. Rosjan w tym filmie praktyczne nie widać, są za to Żydzi i Kabardyjczycy. Ci pierwsi trzymają się w kupie, bo tylko tak mogą czuć się bezpiecznie. Ci drudzy słuchają pieśni bojowych w stylu Wysockiego i marzą o dżihadzie. Bałagow opowiada historię młodej Żydówki Ilany, która kocha się w Kabardyjczyku oraz jej matki, która wypruwa sobie żyły dla rodziny i myśli o tym, jak korzystnie wydać swoje dzieci; jej łagodnego ojca, który z Ilaną prowadzi warsztat samochodowy; i jej brata, który zostaje porwany przez bandytów dla okupu – okupu, na którego rodzice Ilany zwyczajnie nie stać.


Hasło reklamowe na plakat do „Bliskości” powinno brzmieć: „Gdyby Mike Leigh urodził się dzisiaj w Rosji, robiłby właśnie takie kino”. Bałagow fantastycznie pracuje z aktorami, praktycznie każda rola jest tu perłą, jest cierpliwy, nie idzie na skróty. Katastrofa, która spada na rodzinę Ilany, nie sprawia, że uruchamia się lawina i wszystko leci na łeb na szyję. Zamiast lecieć – buksuje w miejscu. Kryzys najpierw rozrywa więzi między bliskimi, potem znowu je scala. Ci, którzy jeszcze chwilę temu wydawali się grać z góry im przypisaną rolę w dramacie, nagle odsłaniają w sobie coś innego. Tak samo i Rosja – w „Bliskości” państwo praktycznie nie istnieje, ludzie pozostawieni są sami sobie, ale to właśnie dlatego wykluwa się tytułowa bliskość.

Wróćmy jeszcze do nadziei na przyszłość. Polskie kino prezentowane na Nowych Horyzontach zazwyczaj wypadało blado na tle światowego kina. Nie tym razem. Czterech pokazanych premierowo we Wrocławiu fabuł w żaden sposób nie powinniśmy się wstydzić. Anna Jadowska pokazała długo wyczekiwane „Dzikie róże” – opowieść o młodej dziewczynie z prowincji, która dostaje się w ogień krzyżowy między zrzędliwą matkę, rozkrzyczane dzieci, powracającego z obczyzny męża, osiłka o grubej skórze, i napalonego kochanka, który dopiero czeka na dowód osobisty. Jadowska pokazuje młodą kobietę, która ugina się pod presją oczekiwań społecznych, zwyczajne dusi się w zaprojektowanym dla niej przez innych żyćku, zamkniętym w sztywnych ramach. Marta Nieradkiewicz trzyma ten film od początku do końca, dzięki jej subtelnej roli, w której odbijają się i ostatnie porywy młodości, i pierwsza gorycz wieku średniego. Dzięki pracy kamery, wyłapującej urodę świata i rytm przyrody, udaje się uciec „Dzikim różom” z kolein polskiego kina społecznie zaangażowanego, które najczęściej przypomina program interwencyjny z telewizji.

„Serce miłości”, „Ptaki śpiewają w Kigali”, „Dzikie róże”, „Phtoton”



Jeszcze większe niebezpieczeństwa, niż te, z którymi musiała zmierzyć się Jadowska, czekały na Joannę Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze w filmie „Ptaki śpiewają w Kigali”. Zrobić film o ludobójstwie w Rwandzie i wyrwać się z amerykańskich klisz, równocześnie nie zawłaszczając tamtej zbrodni, nie było łatwo. „Ptaki śpiewają w Kigali” to kino ostrożne i oszczędne: rezygnujące z wizualnego widowiska i uciekające przed jakimkolwiek porywem sentymentalizmu. W zawężonych, często rozmytych kadrach obserwujemy dramat dwóch kobiet w różnym stopniu dotkniętych traumą: Polki i Rwandyjki. Film konstytuuje napięcie między różnymi strategiami wyzbycia się tej traumy a chłodnym przekonaniem, że to praktycznie niemożliwe; między podróżą bohaterek, które próbują w swoim życiu coś zmienić, a poczuciem, że dostały się do ciemnego dołu, z którego nie ma wyjścia.

Zaczynaliśmy od sztuki, więc skończmy na sztuce. Łukasz Ronduda przywiózł do Wrocławia „Serce miłości” według scenariusza Roberta Bolesto. Inaczej niż w jego „Performerze”, mamy tu do czynienia już z klasyczną fabularną fikcją o życiu dwojga artystów: Zuzanny Bartoszek i Wojciecha Bąkowskiego. Choć wywołani zostają oni z imienia i nazwiska, wcielają się w nich profesjonalni aktorzy: Justyna Wasilewska i Jacek Poniedziałek. Kto zna choć trochę pierwowzory granych przez nich postaci, może czuć się zagubiony. Kto nie zna, myślę, że nie będzie się czepiał. Udało się w tym filmie oddać napięcie między dwojgiem artystów, którzy żyją pod jednym dachem i siłą rzeczy pasożytują na sobie, żeby robić swoją sztukę. W filmie podsuwa się nam kliszową narrację o wybijaniu się na niepodległość ucznia (w tym wypadku uczennicy) i symbolicznym zabójstwie matki (w tym wypadku taty). Ostatecznie jednak film skręca, im bliżej końca, tym bardziej staje się jasne, że jest to film o Bąkowskim i sztuce Bąkowskiego, pomysłowo odtworzonej i wmontowanej w strukturę filmu.  Korzystny dla artysty, dla postaci kreowanej przez Poniedziałka – jakby mniej.


I wreszcie największe naskoczenie – „Photon”, film Normana Leto. Chciałoby się, żeby polscy filmowcy mieli w sobie tyle bezczelności, taką wiedzę i taki gest. Leto, dłubiąc przez pięć lat w samotności w materii, zakopując się w naukowych książkach, zrobił film o świecie – o tym, skąd jesteśmy, jak jesteśmy skonstruowani, dokąd zmierzamy. O naturze, kosmosie, internecie. To w zasadzie prawie dwugodzinny, facunujący wykład, inny jednak od serialu dokumentalnego „Kosmos” z  Neilem deGrasse Tysonem. Skromniejszy i przede wszystkim bardziej autorski. Leto przełożył naukę na własne obrazy i na własne słowa. W opowieści o kwarkach i pulsarach nie ma wielkich ekscytacji, nie ma peanów na cześć świata. Jest trzeźwy osąd. Są zabawne, wzięte z codziennego życia porównania.

Konstrukcja filmu jest całkiem prosta: oto dziennikarka przychodzi do naukowca, żeby przeprowadzić z nim wywiad. Ten leci przez miliardy lat istnienia ziemi w ciągu kilkudziesięciu minut. W pewnym momencie dziennikarka przerywa mu, próbując wtrącić pytanie o życie osobiste naukowca, ten jednak szybko pacyfikuje jej zapędy i tą niekończącą się potrzebę słuchania o ludzkich emocjach i ludzkich historiach. To, w jaki sposób został skonstruowany świat, jest dla bohatera wywiadu ciekawsze. Nie tylko dla niego – „Photon” wyjechał z Wrocławia z nagrodą publiczności.