Fitness w sztuce
Zachęta, "Lepsza ja" / fot. Bartosz Górka

22 minuty czytania

/ Sztuka

Fitness w sztuce

Stach Szabłowski

Czy w sztuce da się uprawiać populizm? Jako twór w nieustającej budowie, Muzeum Sztuki Nowoczesnej od początku znajdowało się w awangardzie instytucjonalnej samoświadomości. Teraz też nie zawodzi – i najśmielej eksperymentuje z nowym zwrotem – populistycznym

Jeszcze 6 minut czytania

Kiedy wreszcie sztuka da ludziom to, czego naprawdę chcą? Na razie zarządzana przez ekspercką merytokrację, sztuka daje wiele elitom, ale elitarność jest obosiecznym mieczem – przywilejem i zarazem źródłem słabości. Poza tym jest rok 2017 i klimat wokół elit jest niedobry, lokalnie i globalnie. Ich wiarygodność znalazła się na rozpaczliwie niskim poziomie; wielu chętnie wystawiłoby elitom rachunek za to, że jest jak jest. Czy sztukę stać zatem na zwrot populistyczny? Czy artystyczny populizm jest rejteradą, czy też nową awangardą, ucieczką do przodu? 

*

Nie wydaje się, aby sztuka współczesna była w szczytowej formie. Raczej krąży nerwowo po zbyt ciasnej klatce swoich instytucji, wykonując co raz to inny zwrot. Rzuca się na taniec, robi zwrot performatywny, zwrot kinematograficzny, dokumentalny, albo nawet zwrot ku fitnessowi. Wspólnym mianownikiem tych zwrotów jest wampiryczny apetyt na świeżą krew tętniącą w żyłach innych dziedzin kultury. A także instynkt ucieczki od samej siebie. Im mniej sztuka przypomina sztukę, tym lepiej. Niech wygląda jak taniec, impreza techno, youtube, albo film fabularny, koniecznie pokazywany w kinie a nie w galerii. Zeszłoroczne wykuratorowane przez DIS Biennale w Berlinie całe było jedną wielką opowieścią o tym, jak robić sztukę tak, by nie wyglądała jak sztuka – tylko jak reklama, bar z eko sokami, agencja handlu nieruchomości albo siłownia.

Lepsza ja
kuratorka: Magdalena Komornicka, Zachęta, Warszawa, do 27 sierpnia 2017.

140 uderzeń na minutę
kuratorzy: Szymon Maliborski, Łukasz Ronduda, Zofia Krawiec (współpraca), Muzeum Sztuki Nowoczesnej, do 27 sierpnia 2017.
 

Kuratorzy z DIS chwalili się, że udało im się zrobić Biennale, na którym znalazł się tylko 1 (słownie: jeden) obraz sztalugowy. Dyskurs ucieczki sztuki od (źle) kojarzących się ze sztuką form – takich jak wystawa, prace plastyczne albo wręcz prace plastyczne na wystawie – pobrzmiewa w statemancie flagowego projektu warszawskiej Zachęty na lato 2017. „Wystawa Lepsza ja (...) składa się z działań, performansów, treningów i warsztatów z udziałem publiczności, a jej przestrzeń stanie się sceną, siłownią, salą do jogi i gabinetem terapeutycznym oraz miejscem rozmowy. Sale galerii nie będą służyć prezentacji obiektów sztuki, wypełnią je ludzie i działania.”

Uff, co za ulga. Sale galerii nie będą służyć prezentacji obiektów sztuki. Ironia na bok, to zachęcająca wieść; nie chcielibyśmy przecież pójść na wystawę i wrąbać się tam w gąszcz „obiektów sztuki”. Niech artyści zachowują je sobie na Warsaw Gallery Weekend, albo jakieś targi w Szwajcarii, cieszące się nie podlegającym dyskusji prestiżem.

„Lepsza ja” jest, zgodnie z obietnicą kuratorki Magdaleny Komornickiej, „ refleksją na temat współczesnej kultury indywidualizmu, jej przyczyn, efektów i skutków ubocznych”. I nie tylko. „Lepsza ja” sama jest również symptomem skutków ubocznych, na temat których snuje refleksję. Jednym z tych ubocznych skutków jest rosnący deficyt sexappealu sztuki. Dlaczego jednak sztuka jaką znaliśmy, jaką wyhodowaliśmy w instytucjach i na rynku, wydaje się dziś tak mało sexy?

Szukając odpowiedzi na to pytanie, natrafiłem na wywiad, którego (ex)artysta Nik Kosmas udzielił dwa lata temu magazynowi „Spike”. Kosmas to postać dla aktualnych przemian w świecie sztuki paradygmatyczna. Oto młody Amerykanin, który mieszka i pracuje w Berlinie, tworzy (oczywiście!) sztukę postinternetową w ramach fajnie nazywającego się kolektywu (AIDS-3D) i jest na najlepszej drodze do wkroczenia na wyższy poziom instytucjonalno-rynkowego obiegu. Właściwie już nią maszeruje i właśnie w tym momencie zbacza z drogi; ogłasza, że woli, by nie nazywano go już artystą; jest teraz, jak się przedstawia, „przedsiębiorcą i trenerem osobistym”. Na wspomnianym Biennale w Berlinie instaluje siłownię do crossfitu własnego projektu. Zajęcia prowadzą między innymi artyści przebranżowujący się właśnie na trenerów fitness. Workouty nie są wliczone w bilet wstępu na Biennale, trzeba za nie dopłacić dziesięć euro; mimo to chętnych nie brakuje.

Zapytany prze „Spike’a”, „dlaczego jako młody i cieszący się powodzeniem artysta wizualny, zdecydowałeś się zakończyć swoją karierę w sztuce”, Kosmas złożył wyznanie, którego obszerne fragmenty pozwolę sobie zacytować, bo rzuca ono ciekawe światło na rosnącą wobec sztuki ambiwalencję: „Doszedłem do momentu, w którym owładnęło mną uczucie, że nie potrafiłbym przekonywująco wytłumaczyć się komuś spoza branży z tego, co robię. – powiada ex-artysta. - Subiektywna natura «pracy» w polu sztuki sprawia, że wszystko przechodzi: twórczość krytyczna lub nie krytyczna. Materialna lub nie materialna. Estetyczna lub konceptualna, wszystko jedno; tak długo, jak nazywasz swoją pracę sztuką, może ona być dosłownie czymkolwiek. Dusiłem się od nadmiaru możliwości tęskniąc jednocześnie za jakąkolwiek metodą ewaluowania dostępnych opcji. Zapewne cierpiałem też na rodzaj kompleksu udawacza: czułem, że w każdej chwili ktoś, właściwie każdy, może zauważyć, że wszystko, co robimy, nie ma sensu. W moich niepokojach prawdopodobnie odzwierciedlał się fakt, że sztuka staje się coraz mniej istotna.” Kosmas opowiadał, że czuł się jak pasożyt, karmiący się zjawiskami z innych dziedzin, które krytykował i komentował. Widział w tym coraz mniej sensu; co gorsza, nie wdział w tej działalności, jak to ujmował, „godnej szacunku przyszłości”.

„Aby kontynuować robienie sztuki po osiągnięciu pewnego poziomu sukcesu, musisz wyróżniać się mieszanką talentu, dużego ego i pragmatyzmu – zwierzał się rozczarowany twórca. - Musisz zawiesić niedowierzanie i wątpliwości wobec wyobcowanego, marginalnego mini terytorium wyznaczanego przez strategie i «tematy» twojej twórczości. Musisz starać się ze wszystkich sił pozostawać istotny i inspirujący dla galerzystów i kolekcjonerów, przedstawicieli wyższych sfer, którzy stanowią jedyny realny system wsparcia zdolny cię utrzymać. To bardzo kruchy układ. Po prostu w cały ten dyskurs zaangażowanych jest za mało osób, aby stworzyć zdrowy rynek. Podstawy twojego bytu znajdują się nieustannie pod znakiem zapytania. Żeby przetrwać, musisz pozostawać wewnątrz mydlanej bańki sztuki”

Dopóki jest się w bańce, wszystko zdaje się układać w logiczną całość. Ta bańka jest jednak delikatna. Jak łatwo ją przekuć, pokazał niedawno Ruben Ostlund w nagrodzonym w Cannes filmie „The Square”. Szwedzki reżyser zaczyna się specjalizować w narracjach na temat kryzysu zachodniego liberalnego podmiotu, nękanego „problemami pierwszego świata”. W poprzednim filmie – „Turyście” – za laboratorium wiwisekcji karlejącego ducha Zachodu posłużyła mu instytucja turystyki. W „The Square” zajął się sztuką współczesną. Touché! Czy coś nadaje się lepiej na metaforę balansującego na krawędzi moralnego bankructwa liberalnego społeczeństwa postdobrobytu, niż współczesna sztuka? Dla weterana artystycznego życia instytucjonalnego, takiego jak ja, oglądanie „The Square” jest masochistyczną przyjemnością. Niecodziennie zdarza się, żeby bohaterem fabularnej komedii był kurator sztuki współczesnej – choć nie zdziwiłbym się, gdyby zaczęło zdarzać się to częściej. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie, chciałoby się rzec. Sztuka rościła sobie pretensje do komentarzy na temat innych dziedzin, zwłaszcza popkultury – tak, jakby była swego rodzaju wyższym stanem krytycznej świadomości. Tymczasem w perspektywie „The Square” sztuka nie jest żadnym metadyskursem. Jest ciekawa nie dlatego, że ma do powiedzenia coś ważnego o kryzysie liberalnego paradygmatu, tylko dlatego, że w jej instytucjach i dyskursie symptomy owego kryzysu skupiają się niczym w soczewce. Polityczna poprawność, solidarność społeczna, odpowiedzialność, empatia, postęp, demokracja, przyszłość – pole sztuki jawi się jako przestrzeń, która dowolne pojęcie potrafi zmienić w ziejącą brakiem znaczenia pustą formę.

Łatwo jest nabijać się ze sztuki. Wyciągać z kontekstu co tłustsze frazy z tekstów kuratorskich i polewać z ich postmodernistycznej składni. Złośliwie wyolbrzymiać pretensjonalne pozy ubranych na czarno kuratorów. Przedrzeźniać napuszoną atmosferę towarzyszącą realizacji artystycznych instalacji, które wyróżnia to, że są doskonale zbędne w tym świecie. Tak się jednak składa, że większość prac pokazanych w „The Square” to rzeczy z życia wzięte; nazwiska i detale są fikcyjne, ale istota rzeczy pozostaje zakotwiczona w autentycznych zdarzeniach i dziełach. Oczywiście pogrubionych; Ostlund robi przecież satyrę. W szczegółach świat sztuki tak nie wygląda. Jest przecież wielu szczerych i utalentowanych artystów robiących poruszające prace. Teksty kuratorskie to jednak więcej niż bełkotliwy żargon; nie brak w nich inspirujących myśli. A i sami kuratorzy nie są tylko zżeranymi przez lęk żałosnymi hipokrytami; to ludzie nie pozbawieni zalet ducha i intelektu. Powtórzymy zatem: w szczegółach artworld wygląda zupełnie inaczej, niż w „The Square”. W ogólnym zarysie wygląda jednak właśnie tak, jak w filmie Ostlunda; jest zombie, pantomimą pustych gestów, spektaklem inscenizowanym przez artystyczną merytokrację dla, jak to ujął Nik Kosmas, przedstawicieli wyższych sfer. Ta inscenizacja odbywa się na oczach publiczności, którą powiadamia się, że znów będzie miała okazje być świadkiem przełomu w dyskursie i proszona jest o uprzejme zainteresowanie. W to, że te gesty mogłoby mieć jakieś realne konsekwencje, nikt nie wierzy, i to już od dość dawna; nie żyjemy w latach 60., żeby wyobrażać sobie, że naprawdę można zmienić świat, prawda?

*

Sytuacja artystów nie jest jeszcze najgorsza. Artysta nie odpowiada za kryzys sztuki, tylko za siebie. Zawsze może stać się – na przykład – „artystą łamane przez trener osobisty”, jak wspomniany Nik Kosmas. Nawiasem mówiąc, jego drabinka do ćwiczeń trafiła do kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej i została ustawiona w Parku Rzeźby na Bródnie. Jedną z zalet tej pracy – oprócz wszystkiego innego, choćby ewokowania refleksji na temat kultury indywidualizmu, z jej koncentracją na zdrowiu i ulepszaniu samego siebie – jest to, że naprawdę można sobie na niej poćwiczyć.

Muzea są w trudniejszej sytuacji niż artyści. Skojarzenie ze sztuką jako elitarną instytucją społeczną ciągnie się za nimi jak nieporęczny bagaż; w końcu powstały, by ową instytucję reprezentować. Jak pozbyć się tego kamienia u nogi? To trochę jak z dyskursem tradycyjnych elit w liberalnej demokracji: nie da się już z nim nic zrobić; społeczeństwo przestaje go po prostu kupować. W polityce odpowiedzią na kryzys zaufania do demokracji jest populizm. Ludzie nie mają ochoty więcej słuchać, co mają im do powiedzenia elity, eksperci i inni mądrale. Wolą, żeby ktoś wreszcie powiedział im to, co chcą usłyszeć. Nowego języka uczą się pilnie od populistów nawet najbardziej merytokratyczni politycy, ukrywając skrzętnie swoje paternalistyczne oblicza za maskami przyjaciół „normalnego człowieka”.

A w sztuce? Czy tu także da się uprawiać populizm? Jeżeli w Polsce ktoś zna odpowiedź na to pytanie, to tyko Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Jako twór w (nieustającej) budowie, MSN od początku znajdował się w awangardzie instytucjonalnej samoświadomości. Teraz też nie zawodzi – i najśmielej eksperymentuje z nowym zwrotem – populistycznym.

*

Na wiosnę Muzeum wędrujące od jednej tymczasowej siedziby do drugiej otworzyło pawilon wystawowy nad Wisłą. Nowe venue dodało dunamiki zwracaniu się instytucji w stronę „zwykłych ludzi”. Nadwiślańskie bulwary, miejsce weekendowych rodzinnych spacerów, pożywiania się z foodtracków, „odzyskiwania rzeki”, i generalnie celebrowania „miejskiego stylu życia” w wersji popularnej, podpowiada instytucji specyficzny ton. To nie jest lokacja szczególnie sprzyjająca wygłaszaniu kazań, albo wywracaniu społecznych wyobrażeń do góry nogami. Instytucje przyzwyczaiły się do informowania publiczności o tym, co jest dobre – w razie wątpliwości napominając, że dana sztuka pokazywana była w MoMA i w Bazylei, jest reprezentowana w Berlinie i znajduje się w kolekcji Tate; te argumenty ucinały zwykle dyskusję; pogłębieniem tematu zajmowały się działy edukacji. Na nadwiślańskich bulwarach takie przemawianie ex cathedra brzmiałoby jednak nie na miejscu, ton jest więc zupełnie inny.

Recenzując „Późną polskość”, którą razem z Ewą Gorządek wykuratorowałem dla CSW Zamek Ujazdowski, Karol Sienkiewicz narzekał, że na tej wystawie większość artystów, wychodząc z liberalnych pozycji, wciąż dekonstruuje tradycyjny, zamknięty konstrukt narodowej tożsamości. Tej przedawnionej (?) krytyczności autor przeciwstawiał wystawę „Syrena herbem twym zwodnicza” – projekt, którym MSN debiutował nad Wisłą. Krytyk przekonywał, że syreny tylko pozornie wglądały jak pokaz z cyklu „coś tam coś tam w sztuce”. W rzeczywistości miały być zwiastunem nowego paradygmatu. Jakiego? Sienkiewicz pisał o sięgnięciu „po symbol, który bardziej łączy niż dzieli. Syrenka jest warszawska, muzeum jest w Warszawie, do tego nad Wisłą, wszystko się zgadza. Ale z Warszawską Syrenką identyfikują się i kibice warszawskich klubów, i transgenderowcy; i tatuujący się nią hipsterzy, i lokalni patrioci. Identyfikują się z nią warszawiacy, ale mieszkańcom innych miast i wsi Polski też nie jest obca.” Wizję urban sielanki, w której transgenderowcy, kibole i mieszkańcy polskich wsi jednoczą się uwiedzieni wizerunkiem syreny, zostawię bez komentarza; ten obraz jest zbyt piękny, żeby go mącić. Istotniejsze od dyskusji, czy heraldyczna chimera istotnie ma moc spłaszczania społecznych antagonizmów, jest nowy przekaz Muzeum: dostrojenie komunikatu do klimatu bulwarów. Bulwary to fajne miejsce, muzeum też. Syrena jest fajna, Warszawa jest fajna, dla każdego znajdzie się w niej miejsce i nawet kibice nie są tacy źli, zaś artyści z inwencją i humorem inspirująco ilustrują mity i wyobrażenia. Wreszcie robią coś „dla ludzi”.

*

Do instytucji sztuki można zaprosić publiczność na lekcję parkour lub frisbee, lub na jogę, co czyni już wiele muzeów na świcie, nie wyłączając Polski (wspomniana „Lepsza ja” w Zachęcie). To dobre propozycje; ćwicząc jogę czujemy, że wreszcie robimy w instytucji coś dla siebie – i że instytucja w końca zajmuje się nami, a nie swoimi dyskursami, które usiłuje nam wcisnąć. Jeszcze lepiej niż wabić publiczność do siebie, jest iść tam, gdzie owa publiczność naprawdę jest. Choćby na festiwal Open’era, gdzie stawia się w sile kilkudziesięciu tysięcy osób co wieczór. Muzeum Sztuki Nowoczesnej także jest tam obecne, i to od kilku lat. Kto by nie chciał być obecny w miasteczku festiwalowym! Wiedzą o tym korporacje – piwne, odzieżowe, modowe, papierosowe, jedzeniowe, sokowe – które swoimi obrandowanymi namiotami ciasno otaczają festiwalowiczów, zachęcając do szeroko pojętej konsumpcji muzyki, doświadczeń i produktów. Wśród tych brandów znajdują się również instytucje kultury, w tym roku Muzeum Emigracji i – przede wszystkim – MSN. W jego namiocie pokazana została kuratorowana przez Natalię Sielewicz feministyczna wystawa „Chuliganki” – rzecz o girl power i emancypacji kobiecej seksualności.

„Ta dzisiejsza młodzież” jest podobno dość konserwatywna. Ktoś mógłby pomyśleć, że opowiadanie jej o feminizmie na festiwalu muzyki, przypomina trochę wysiłki chrześcijańskich misjonarzy, którzy jeżdżą na imprezy w rodzaju przystanku Woodstock. Krążą tam między namiotami, w nadziei, że w oku cyklonu wakacyjnego hedonizmu znajdą kilku młodych ludzi, którzy będą chcieli posłuchać paru słów o Jezusie. W obecności Muzeum na Open’erze nie ma jednak wiele z tego rodzaju postkontrkulturowej naiwności. W ogóle całe festiwalowe wyzwolenie i „chuligaństwo” ujęte jest tu w solidne karby sprawnej organizacji, regulaminu, czujnej ochrony, korporacyjnego brandingu i konsumpcji dobrej zabawy. Wmontowanie sztuki współczesnej w ten pejzaż, w kolejny namiot podobny do tych, w których trwa impreza techno albo kiermasz mody młodzieżowej, niesie ze sobą sugestię, że sztuka wcale nie jest zabawką elit, lecz tak samo dobrą częścią kultury masowej, jak atrakcje czekające na nas w innych namiotach.

Dlaczego jednak ta inkluzywna atmosfera miałaby się rozwiać, kiedy minie kilka dni open’erowego karnawału? Czy tak, jak na Open’erze, nie może być zawsze? Może! W zeszłym roku MSN pokazał na festiwalu wystawę „140 uderzeń na minutę”, projekt o archeologii polskiej kultury techno i jej związkach ze sztuką w latach 90. Teraz ta sama wystawa pokazywana jest już w murach samego Muzeum (nad Wisłą).

Z tą wystawą jest trochę tak, jak z seksistowskimi reklamami, w których wizerunek nowego samochodu zestawiany jest z obrazem ładnej dziewczyny. Techno jest sexy, ze sztuką sprawa nie jest pewna, ale część techno-sexapealu spływa także na nią. Jeżeli, jak dowiadują się odbiorcy wystawy, scena artystyczna była w latach 90. powiązana ze sceną rave, to sztuka nie jest być może taka zła. Muzeum, które wygląda jak klub (stroboskopy, ultrafiolety, basy, beaty), też prezentuje się bardziej wiarygodnie, niż muzeum, które wygląda jak miejsce organizowania wystaw.

„140 uderzeń minutę” to świetnie zrobiony projekt, oparty na dobrym researchu, dający wgląd w niezwykle interesujący epizod z dziejów polskiej kultury najnowszej. Dla mojego pokolenia niesie ze sobą sowitą porcję nostalgii, ale też pożytecznie systematyzuje zachowane z tamtej epoki wspomnienia, ze zrozumiałych względów często cokolwiek rozmyte i chaotyczne. Dla jarającej się najntisami młodzieży – uczta. Tyle na poziomie taktycznym. Na levelu strategicznym odpowiedź na pytania: dlaczego rave? dlaczego techno? dlaczego w muzeum?, zawiera się dla mnie w antyelitarnym tonie, wybrzmiewającym w ostatnich słowach towarzyszącego wystawie tekstu. „W ramach wystawy «140 uderzeń na minutę» szczególnie ważna jest rola, jaką pełnił rave w odniesieniu do tendencji pop w sztuce polskiej lat 90. – czytamy w nocie kurtorskiej – W przeciwieństwie do tak zwanej sztuki krytycznej, artyści tych nurtów szukali bardziej inkluzywnych i nieelitarnych form budowania wspólnoty poprzez sztukę.”

Czy poszukiwania „bardziej inkluzywnych i nieelitarnych form” są symptomami zwrotu populistycznego? Symboliczna dla tego domniemanego zwrotu jest ewolucja narracji tworzonych przez Łukasza Rondudę, którego uważam za najbardziej interesującego obecnie polskiego kuratora. Ronduda, jedna z twarzy MSN-u, współautor (wraz z Szymonem Maliborskim i Zofią Krawiec) „140 uderzeń na minutę”, dekadę temu opowiadał o sztuce w książkach budowanych w oparciu o akademickie (elitarne!) metodologie i krytyczne teorie – a na warsztat brał takie tematy, jak neoawangarda lat 70., zjawisko znów ekstremalnie elitarne, niszowe i do tego pozostające w kontrkulturowym sporze ze społecznym mainstreamem. Teraz opowiada o sztuce w fabularyzowanych, pełnometrażowych filmach. Film znów jest rzeczą o wiele fajniejszą (i mniej elitarną), niż np. wystawa obiektów sztuki. W „Performerze” Ronduda we współpracy z Maciejem Sobieszczańskim zrobił filmowy ekwiwalent retrospektywy Oskara Dawickiego w formie melodramatu. W „Sercu miłości”, nowym filmie o Wojciechu Bąkowskim i Zuzannie Bartoszek, jest już głównie melodramat. Sztuka Bąkowskiego i Bartoszek jest w tle, na pierwszy plan wychodzą ekscentryczne charaktery bohaterów i ich historia miłosna. To się da oglądać – i to nie jak jakiś art eksperyment, ale „normalny” film, taki, na jakie ludzie chodzą do kina.

*

Sztuka współczesna ma w genach nawyk dostarczania publiczności tego, czego owa publiczność w ogóle sobie nie życzyła: abstrakcji, niezrozumiałych prac, trudnego języka, artystów – wrogów publicznych burzących powszechne wyobrażenia i rzucających wyzwanie obowiązującym normom. W dodatku cała ta produkcja sprzedawana jest – ponad głowami publiczności – muzeom i rekrutującym się z elity kolekcjonerom. Duch populizmu, który nawiedza postliberalne społeczeństwa, nie sprzyja jednak podtrzymywaniu takiego obiegu; i MSN, jak zwykle czujny, dobrze to rozumie. 

Sztuka pop nie ma w Polsce mocnych tradycji. Pop-ulizm zdaje się mieć za to kolosalną przyszłość. Breton mawiał, że piękno będzie albo konwulsyjne, albo nie będzie go wcale. Dziś chciałoby się powiedzieć, że sztuka (przynajmniej w instytucjach publicznych) będzie albo populistyczna, albo jej w ogóle nie będzie. Nie zniknie może fizycznie, ale utraci realne znaczenie, jak, nie przymierzając, stare partie socjaldemokratyczne na scenie politycznej. Populistyczna sztuka nie musi przy tym wcale oznaczać sztuki złej, zapleniania muzeów kiczystami w rodzaju Rafała Olbińskiego czy Igora Mitoraja. Populistyczne projekty MSNu, „140 uderzeń”, „Chuliganki” czy nawet pogodne syrenki, to propozycje stojące na wysokim jakościowo poziomie, choć, co znamienne, starannie unikające kontrowersji, bezpośredniego wikłania się w aktualne spory polityczne czy prowokowanie odbiorców. Słaba sztuka wcale nie jest cool, wyobrażenie sobie, że to jej właśnie życzy sobie publiczność, to kompletna pomyłka. Eksperyment z populizmem wydaje się najciekawszym konceptem w aktualnej myśli instytucjonalnej. Jeżeli ten eksperyment się uda, sztuka nie będzie już taka sama. Jaka będzie? Tym razem zdecyduje o tym publiczność, bo populiści uwodzą masy, ale jednocześnie zawsze stają się przecież owych mas zakładnikami.