Sceny z życia Polaków

21 minut czytania

/ Film

Sceny z życia Polaków

Jakub Socha

Społeczeństwo mamy niezadowolone i podzielone, kino od lat te podziały utwierdza. Widać to chyba najlepiej poprzez sposób przydzielania ról konkretnym aktorom. Utrwalony raz obraz jest powielany przez kolejnych reżyserów i trudno z nim zerwać

Jeszcze 5 minut czytania

1. Starszy brat mojej koleżanki z licealnej klasy nosił ksywę „Winotu”. Pytany o etymologię tego tajemniczego słowa, mówił z niewzruszoną miną wodza: „wino”, a potem, wskazując kciukiem na usta, „tu”. Adam Warczewski vel Janusz Wajner, starszy pan, wdowiec, słynny pisarz i prawdziwy PRL-owski opozycjonista, bohater „Różyczki” Janusza Kidawy-Błońskiego, też lubi wino, tylko droższe. Może o nim opowiadać godzinami. W jednej z najśmieszniejszych scen filmu, odkorkowuje butelkę z tym ponoć najlepszym lekiem na melancholię i napełnia kieliszek tytułowej Różyczki aka Kamili Sakowicz, sekretarki na uniwersytecie, kochanki SB-ka, za chwilę też kochanki Warczewskiego, dziewczyny bez ogłady i prawdopodobnie z prowincji. Pani Kamila bierze łyk i orzeka: gorzkie. Pisarz, przestraszony, że może podał zepsute, rzuca się, żeby jak najszybciej to sprawdzić. Już po chwili, oznajmia z wyraźną ulgą: nie, wszystko z nim w porządku. A następnie zaczyna relacjonować legendę butelki, którą przed chwilą odkorkował. Otóż kupił ją podczas stypendium w Paryżu, dziś sam się sobie dziwi, jaki był wtedy szalony i głupi, potrafił odmówić sobie książek i chleba, byle przywieźć do polski to jedno francuskie wino. Chwilę po tym wspomnieniu podchodzi do swojej biblioteki i wyjmuje z niej książki, które jego panna Różyczka powinna znać. Znasz „Inny świat” Herlinga-Grudzińskiego? Nie?! No to koniecznie! A „Zniewolony umysł” Miłosza? Nie? No oczywiście, cholerna cenzura. To też musisz przeczytać – odtwarzam z pamięci ten pyszny monolog, który ani mi się nie przyśnił, ani nie prześnił.

Społeczeństwo mamy niezadowolone i podzielone, kino te podziały w zasadzie utwierdza. Widać to chyba najlepiej poprzez sposób przydzielania ról konkretnym aktorom. Tak jakoś już jest, że utrwalony raz obraz jest powielany przez kolejnych reżyserów i trudno z nim zerwać. Andrzej Seweryn u Kidawy-Błońskiego grał pisarza, postać wzorowaną na Jasienicy, ale w nowe tysiąclecie wszedł rolą prymasa Stefana Wyszyńskiego w filmie „Prymas – trzy lata z tysiąca” Teresy Kotlarczyk, potem często grywał profesorów, prezydentów, ogólnie rzecz biorąc – ludzi, którzy mają swoich szoferów, ludzi kostycznych i bogatych, dobrze ubranych, ceniących luksus, żyjących jakby ponad społeczeństwem, niekiedy wyznających zasadę, że zasady są tylko dla słabych. W takiej roli aktor pojawił się w „Sępie” Eugeniusza Korina, ale przede wszystkim w „Anatomii zła” i „Uwikłaniu”, dwóch filmach Jacka Bromskiego, gdzie jako szef rozbija się limuzyną a to po Krakowie, a to po Warszawie i wydaje wyroki na ludzi z tylnego siedzenia. Jego atrybuty są niemalże boskie, to prawdziwy kreator rzeczywistości – idziesz z nim na kawę do kawiarni i po chwili okazuje się, że oprócz ciebie wszyscy w tej knajpie pracują dla niego.

Żarcie z mikrofali, pochłaniane zachłannie i bez ceregieli, pieśni pochwalne w kierunku coli („to mnie zwilża”) zamiast szampana i wina – musiał Seweryn czuć prawdziwą frajdę i ulgę, gdy Matuszyński obsadził go w „Ostatniej rodzinie” w roli starego Beksińskiego i kazał gwizdać na wszelkie dystynkcje.

2. Scena z winem i kanonem z „Różyczki” wróciła echem w „Anatomii zła” Jacka Bromskiego. Akcja filmu rozgrywa się współcześnie. Jakiś czas temu rozpoczęło się nowe tysiąclecie, Polska jest wolna, chociaż są i tacy, którzy uważają, że tak tylko nam się wydaje. Karol Z., pseudonim „Lulek”, emerytowany cyngiel stołecznej mafii, który jakiś czas temu wyszedł z więzienia, właśnie dostał kolejne zlecenie, tym razem nie od gangstera, tylko od prokuratora. Ma zabić polityka, ale starość nie radość, Lulek już nie trafia tak dobrze do celu jak kiedyś, werbuje więc do pomocy młodego snajpera, sierżanta Stanisława Waśko. Waśko niedawno z hukiem został wyrzucony z polskiej armii i teraz klepie biedę, pracując w ręcznej myjni samochodowej w Stargardzie Szczecińskim. Gdy chłopak trafia do mieszkania Lulka, ten szykuje mu pieczeń wołową i częstuje winem, mówiąc: wino to też część diety. Potem przestrzega go, żeby nie mówił z pełnymi ustami i żeby nie przeklinał, bo to oznaka słabości. Facet, który potrafi całkowicie na chłodno zastrzelić pistoletem z tłumikiem babę ze wsi i lokalnego dziennikarza, w swoim mieszkaniu zamienia się w Sokratesa. I naucza: o zdziczeniu obyczajów, o ewolucji, która się cofa – „człowiek już ma niedaleko do małpy” – o szkole, która niczego nie uczy. Lulek gada, a młody słucha, czemu miałby nie słuchać. W końcu słucha o czymś, co pewnie przekonałoby każdego bohatera polskiego kina, niezależnie od tego, czy byłby on młody czy stary, bogaty czy biedny, mądry czy głupi, ustawiony czy doszczętnie przegrany. Niezależnie od tego, czy jak bohater „Różyczki”, wieczory spędzałby na premierach w Teatrze Narodowym czy w jakimś zaplutym hotelu, gdzie Lulek pije piwo wraz z kolegami z miasta.


Dla Krzysztofa Stroińskiego rola Lulka była odmianą, bo Stroiński najczęściej gra dobrych i poczciwych inteligentów, choć, jak wiadomo, zaczynał jako pochodzący ze wsi dobry i poczciwy robotnik w serialu „Daleko od szosy”. Teraz wciela się w bohaterów czasami pogubionych, czasami mających problemy z alkoholem albo z sumieniem, ale ogólnie jakoś ludzkich. W „Rysie” Michał Rosy, „Lęku wysokości” Bartosza Konopki, w „Trzy minuty. 21:37” Macieja Ślesickiego kreował ludzi zdradzonych przez świat, przywalonych przez jego ciężar – pękało im serce, pękała im głowa, jak Janowi Żółwieńskiemu z „Rysy” – krakowskiemu inteligentowi, wielbicielowi sernika, kanapek i herbaty, domowego ogniska, którego żona z dnia na dzień zaczyna traktować jako intruza. Szczęśliwe życie wśród książek i małych żyjątek zamienia się w koszmar po obejrzeniu przez nią tajemniczej taśmy VHS, na której znajduje się nagranie sugerujące, że jej mąż jest tak naprawdę podstawionym przez SB figurantem. Żółwieński nie wytrzymuje tej presji, i tylko do końca nie wiemy, czy jest to presja przeszłości, która odezwała się po latach, czy tylko reakcja na pomówienia. Wcześniej robił wszystko, żeby otrząsnąć żonę z szaleństwa, w które ta się coraz bardziej pogrąża – słynna scena, w której je zupę mleczną z chrupkami kukurydzianymi, mając za plecami ścianę kupionych na zapas chrupek, jest tego szaleństwa najlepszą ilustracją; próbuje przez seks, przez córkę i znajomych. Bezskutecznie. Pozostaje mu tylko położyć się do szpitalnego łóżka.

Talerz z mlekiem i chrupkami kukurydzianymi to wśród polskiego mieszczaństwa rzecz niespotykana, znak, że dzieje się coś złego. Tradycyjne mieszczaństwo je tradycyjnie – schabowego z surówką albo nieśmiertelne gołąbki, jak w „Moich córkach krowach” Kingi Dębskiej. Tylko czasami decyduje się na coś niestandardowego, jak pasta z gorgonzolą, którą bohater wspomnianego filmu Ślesickiego, pijący zbyt dużo reżyser filmowy grany przez Stroińskiego, przygotowuje swojej korepetytorce języka angielskiego. Dziewczyna, nie wiedzieć czemu, nie wie nic o istnieniu tego sera – całe szczęście smakuje jej. W ostatniej scenie widzimy reżysera, którego miłość i współczucie wyleczyło z alkoholu, jak gra przez komputer w szachy z całkowicie sparaliżowanym malarzem, ojcem dziecka jej córki, komunikującym się ze światem przy pomocy skomplikowanych urządzeń. To chyba nie Polska, tylko już science fiction.

3. Przejdźmy do młodych, młodość ma twarz Marcina Kowalczyka. W „Anatomii zła” grał sierżant Waśko, ale na szerokie wody wypłynął rolą w „Jesteś Bogiem” Leszka Dawida, gdzie wcielił się w Magika, młodego rapera i młodego ojca, którego prześladuje dziki kapitalizm i kamery przemysłowe, nadwrażliwego, wiecznie bez kasy, próbującego znaleźć ukojenie w skrętach. Minęło zaledwie dwa lata od filmu Dawida i Kowalczyk zagrał główną rolę w „Hardcor Disco” Krzysztofa Skoniecznego – Marcina, zbuntowanego chłopaka, który wpada do Warszawy, żeby zabić parę burżujów, prawdopodobnie jego rodziców, choć film jest bardzo enigmatyczny w kwestii tego, co popycha Marcina do zbrodni.

Tu skręty nie są już żadnym ekscesem, tylko czymś równie naturalnym, co jarmuż. Młodzi w filmie Skoniecznego nie jedzą mięsa, łykają wszystko i nieustannie imprezują. I są to imprezy z fantazją, połączone z nocnymi wyścigami samochodowymi po mieście, demolką działki, malowaniem esów floresów na rzutniku i wyświetlaniu ich na ścianie, włóczęgami przez oszronioną, zaciągniętą mgłą łąkę i dyskutowaniem o samobójstwie. Prawdziwe życie na krawędzi w centrum stolicy – sponsorowane przez rodziców.


Burżujów, na których trzeba się zemścić, choć właściwie nie wiadomo, za co, grają u Skoniecznego Agnieszka Wosińska i Janusz Chabior. Ona pracuje w teatrze, on jest architektem. Patrząc na ich poziom życia, można powiedzieć, że sytuują się gdzieś pomiędzy przegranymi inteligentami, granymi przez Stroińskiego, a Jowiszami, bogami wszystkich bogów, których obstawia Seweryn. To nowy typ – rzucili papierosy, starają się ograniczyć mięso i być za pan brat z kulturą. Wspominają z nostalgią pierwsze filmy Jarmusha, cytują na tarasie Kiša, podszczypują lekko współczesny teatr, roztrząsają problemy cywilizacji obrazkowej, równocześnie o Arabach mówią „pastuchy”, a obcisłe koszulki utożsamiają z „pedalstwem”. Mieszkanie mają ładne – z widokiem na Warszawę – a poza tym domek w górach, ciekawą i chyba dobrze płatną prac. Trochę są śmieszni i afektowani, ale chyba nie aż tak, żeby ich udusić. W tym zamachu, cokolwiek pretensjonalnym, Skonieczny był odosobniony. Jeśli już ktoś w polskim kinie podgryzał dorobkiewiczów, to raczej lekko. No chyba że byli to ludzie aparatu władzy – wtedy szło mocniej i ciężej. Wtedy najczęściej wkraczał Janusz Gajos.

4. W „Konwoju” Macieja Żaka, Gajos gra wąsatego dyrektora więzienia, który choruje na serce, kocha córkę, ale za misję życiową postawił sobie, że wyrwie jak najwięcej chwastów – wyrywanie chwastów polega na eliminowaniu potajemnie najgorszych więźniów. Misją zarządza z gabinetu, którego nie powstydziliby się sekretarze partyjni. Nowacki z filmu Żaka jest dalekim krewnym prokuratora Andrzeja Kostrzewy z „Układu zamkniętego” Ryszarda Bugajskiego. Kostrzewa to jeden z filarów nowej polski i myśliwy. Je tylko to mięso, które upolował. Częstuje gości golonką z dzika z kapustą i wódką – czystą i kolorową. W swoim domku w lesie, którego ściany zdobią poroża i wypchane zwierzęta, zajmuje się taksydermią i ubijaniem interesów. To surowy mąż i ojciec, który pogonił męża córki, a żonie kazał zostawić pracę. Człowiek układu, który próbuje przejąć firmę trzech młodych biznesmenów. Bezwzględny i równocześnie nie mogący się wyzwolić ze wspomnień z przeszłości, kiedy to jako młody student doprowadził w 68' do wyrzucenia z uczelni szanowanego profesora.

Dwa lata później Gajos znów zagrał prokuratora, tym razem w „Body/ Ciało” Małgorzaty Szumowskiej. Ten też lubi wódkę, trzyma ją w lodówce i pije na poważnie, choć je akurat wszystko, może dlatego, że zna złotą formułą, którą chętnie się dzieli z innymi: jak się dobrze popieprzy, to wszystko się zje. Tak jak Kostrzewa ma problem z córką – jego jest bulimiczką, która próbuje się zniszczyć, jakby na złość ojcu. Kostrzewa słucha Manamu, zagląda od wielkiego dzwonu do modnych warszawskich kawiarni, ma nawet kochankę i powoli zaczyna się przekonywać do duchów. Szumowska wprowadza aktora na nowe dla niego terytorium, a on odważnie w nie wchodzi. W najlepszej scenie filmu widzimy tylko zbliżenie na ubranego w białą, szpitalną koszulkę Gajosa, na którego twarzy rysuje się prawdziwe przerażenie. Jakby przez tę maskę twardego mężczyzny przedarło się coś całkiem obcego, coś, na co nie był gotowy, coś, z czym nie potrafił sobie poradzić.

Tej szczeliny nie potrafił dojrzeć Wiesław Saniewski, u którego Gajos zagrał Franka Goretzky'ego – postać jakby z dalekiej przeszłości kina moralnego niepokoju: emerytowanego matematyka i oczywiście opozycjonistę, obecnie hazardzistę, który w swoim gabinecie trzyma zdjęcie Elvisa i Einsteina, dużo pamiątek po przodkach i gramofon. Kiedyś mu się dużo chciało, dzisiaj nie widzi specjalnie świata poza wyścigami konnymi. Saniewski postawił na jego drodze pianistę w kryzysie. Panowie chodzą po Wrocławiu, zaglądają do ładnych knajpek, w hotelowym barze piją whisky i koncertują. A potem lecą do obskurnego baru, gdzie spotykają całą bandę szlachetnych cudaków, żeby postawić ostatnie pieniądze i liczyć, że los się jeszcze odmieni. I los rzeczywiście odmienia się, tylko że nie w Polsce a w Niemczech.


5. Zejdźmy jednak na ziemię i zapomnijmy o Konkursie Chopinowskim. Gdzieś nad wodą, w połowie lat 80. mężczyzna z gitarą o imieniu Darek śpiewa przy ognisku rzewny kawałek, akompaniuje mu dziewczyna z fletem, za chwilę zacznie robić pierwsze biznesy, chwaląc się zagranicznym gościom, jaki z niego spryciarz, a w roku 2000 będzie jeździł po Warszawie wielkim hummerem, nosząc dumnie na głowie kapelusz kowboja, w międzyczasie rozejdzie się z żoną, która straciła cierpliwość do jego wszystkich zdrad. Nie będzie jednak ustawał w wysiłkach, żeby ją odzyskać. Przy wszystkich swoich wadach Darek, bohater „Ile waży koń trojański” Juliusza Machulskiego, i tak wypada lepiej od ułożonego inteligencika, scenarzysty o imieniu Kuba, który go zastąpi. Jest w nim zwyczajnie życie, w dużej mierze dlatego, że gra go Robert Więckiewicz. Jeśli ktoś ukradł w pojedynkę ostatnią dekadę polskiego kina, to właśnie on.

Więckiewicz wszędzie potrafił się wpasować. Ostatnią dekadę polskiego kina zaczął rolą gangstera w „Świadku koronnym” Jarosława Sypniewskiego, Jacka Filipiaka i Michała Gazdy oraz wuefisty-alkoholika we „Wszystko będzie dobrze” Tomasza Wiszniewskiego. W „Lejdis” Tomasza Koneckiego był podrywaczem, który podrywał kobiety na upośledzonego brata, w „Domie złym” Wojciecha Smarzowskiego prokuratorem-pijakiem. Pijakiem i narkomanem pracującym dla straży więziennej w „Konwoju”. Wreszcie pijakiem i literatem w „Pod Mocnym Aniołem” Smarzowskiego – obok Warczewskiego najbardziej wyrazistym pisarzem nowego polskiego kina. Jerzy już nie ma jednak tak sprecyzowanych gustów jeśli chodzi o alkohole. Pije co popadnie i pije na potęgę, zdążył już przepić wszystko, jego mieszkanie bardziej przypomina pobojowisko niż oazę intelektualisty. On też jest w związku z młodszą od siebie kobietą, ale jako że ledwo się trzyma na nogach, nie ma zwyczajnie sił, żeby ją nauczać o kanonie, chce od niej tylko jednego: żeby została. W niczym tak naprawdę nie różni się on od innych pijaków, których w kinie Smarzowskiego jest zatrzęsienie. U autora „Wesela” piją wszyscy: i rolnicy i policjanci, goście weselni i posłowie, obywatele PRL-u i III RP. Pod zakąskę, bez zakąski, czystą, z kolą – bez znaczenia. To ich jedyna obsesja i jedyny cel. Życie toczy się gdzie indziej, tu po prostu pęka jedna butelka za drugą i aż dziw, że ci ludzie jeszcze stoją. Stoją to zresztą mało powiedziane, po spożyciu zaczynają brykać – wbijają sobie noże w plecy, okłamują się, knują. Można narzekać, że procenty jako katalizator to zbyt łatwa strategia, trzeba jednak zauważyć, że nie tylko Smarzowski jej nadużywa. Vide supra.


Więckiewicz zagrał też Leopolda Sochę w „W ciemności” Agnieszki Holland, cwanego Polaka ze Lwowa, który ratuje swoich Żydów, no i oczywiście Lecha Wałęsę w „Wałęsie. Człowieku nadziei” Andrzeja Wajdy – podobnego z charakteru do Sochy przywódcę opozycji demokratycznej. Chwilę później wskoczył w buty prokuratora Teodora Szackiego w ekranizacji książki Zygmunta Miłoszewskiego „Ziarno prawdy”, którą zrealizował Borys Lankosz – ten prokurator dla odmiany nie pije za dużo, jest raczej egocentrykiem, który nie znosi polskiego zaścianka.

Najciekawszy wśród bohaterów Więckiewicza był jednak Alfred Firlej ze skromnego filmu Grega Zglińskiego „Wymyk”. W tej postaci łączą się wszystkie cechy mężczyzny z polskiego kina: uwikłanie w rodzimy kapitalizm, uwikłanie w rodzinę, patriarchalizm, kultura macho i wieczne niezadowolenie z roli, jaką zajmuje się w społeczeństwie, szukanie winy na zewnątrz, nigdy w sobie. Alfred, dla bliskich Fred, mieszka w małym miasteczku pod Warszawą w domu rodziców wraz z żoną. Matka jest zazdrosna o żonę, ojciec jest sparaliżowany. Fred jest z kolei zazdrosny o brata, który właśnie wrócił ze Stanów i zaczął się wtrącać w rodzinny biznes. Dla pracowników jest opryskliwy, kolekcjonuje starą broń, rozbija się po drogach wiekową mazdą, w niedzielę chodzi grzecznie do kościoła. Lubi adrenalinę, ale w momencie, gdy banda wyrostków zaczyna terroryzować w pociągu młodą dziewczynę, w odróżnieniu od brata, tchórzy. W efekcie brat zostaje sparaliżowany, a jego paraliżują wyrzuty sumienia i urażona męska duma.

6. Alfred jest Polakiem z prowincji, a tu rzadko zaglądają polscy filmowcy, są oczywiście wyjątki, chociażby „Wkręceni” Piotra Wereśniaka, którego akcja rozgrywa się w fabryce samochodowej na Śląsku. Trzej główni bohaterowie filmu, grani przez Piotra Adamczyka, Bartosza Opanię i Pawła Domagałę, pracują w niej na różnych stanowiskach, ale mają wspólne tematy i wspólne zainteresowania. Rozmawiają o tym, czy mielone powinny być przyrządzane z czosnkiem, wieczory spędzają w pijalni piwa, gdzie z szalikami kibicują naszym piłkarzom. Gdy z dnia na dzień dostają wypowiedzenie, jeden z nich podejmuje całą odprawę, wynajmuje porsche i zaprasza kolegów na pożegnalną przejażdżkę przed wyjazdem na roboty do Niemiec. Przejażdżka będzie będzie obejmować ubranie się u najlepszego krawca, a potem wieczór i noc spędzoną w knajpach stolicy, w towarzystwie poderwanych dziewczyn. I skończy się na pustej drodze z wyczyszczonym portfelem i pustym bakiem.

Problemy z pieniędzmi są jednym z głównych motywów działania bohaterów polskiego kina. W „Pierwszym milionie” trzech muzyków, którzy grają do kotleta, urządza casting na gwiazdę; każą lokalnym dziewczynom tańczyć na rurze, ale chyba nie wierzą, że to pozwoli wyrwać się im z ruder, w których mieszkają.

Dwa inne obrazki: gliniarz z „Pitbulla”, który żywi się tylko wódką i kiełbasą, jeżdżący rozklekotanym złomem, dorabiający jako stróż nocny, bo nie stać go na alimenty. I samotny ojciec rodziny, który wygrał wczasy all inclusive w „Last minute”, zakradający się do kuchni egipskiego kurortu, żeby wykraść trochę jedzenia i dający nura do basenu w zwykłych slipkach, bo widocznie nie stać go na kąpielówki. Za obydwa odpowiedzialny jest Patryk Vega, który jak mało kto zdaje się mieć dojście do polskiej duszy, przynajmniej tak można wnioskować po wynikach finansowych jego filmów. Vega robi filmy pośpiesznie i wulgarne, nadużywa grubej kreski, ale też ma dziwny nos do konkretów, wyczuwa dobrze polską schizofrenię. Tu wszystko się ze sobą łączy: dziwna buda blisko torów, sklecona z kawałków płyt paździerzowych, gdzie mieszka były agent SB, i jacht, który czeka na francuskim wybrzeżu na właściciela gazety; siłownia w piwnicy i żona, która co chwilę wtrąca anglojęzyczne, korporacyjne zwroty; Kubanka, którą kupił sobie generał i chore zęby jego podwładnego; moda ortalionowa i haute couture; nowotwór trzustki i państwo przeżarte przez korupcję.

O ile Vega prezentuje wizję kraju z bulwarówek, o tyle komedie romantyczne są raczej po stronie kolorowej prasy kobiecej. Tego typu filmów jest zatrzęsienie i kto wie, czy to nie ona są najwyraźniejszym znakiem charakterystycznym ostatniej dekady. W nich prym wiodą kobiety, tak rzadko obecne w innych filmach. Ich aspiracje są jednak zawsze ograniczane praktycznie do marzeń o księciu z bajki, ewentualnie o kobiecej solidarności, która najczęściej ma źródło w dzieciństwie. To w dzieciństwie bohaterki „Lejdis” przyrzekły sobie, że będą dla siebie zawsze opoką. Teraz urządzają wspólnie sylwestra w środku roku, podczas którego partner jednej z nich przebiera się z kolegami za rzymskich centurionów. Nie inaczej jest w „Kochaj!”, tylko że tu mamy młodsze bohaterki, które idą w długą na chwilę przed ślubem jednej z nich. Podczas upojnej nocy rozwiązują wszystkie problemy. Alkohol jednak zbliża nie tylko kobiety. Gdy bohaterowie „Testosteronu” lądowali w nowocześnie urządzonym dworku dzieliło ich wszystko i patrzyli na siebie wilkiem. Po kilku kolejkach już spoglądali w tę samą stronę i gorliwie potwierdzali, że z kobietą to trzeba krótko: nachylić się nad nią znacząco i po prostu obiecać, że się jej przetrzebi sakwę albo żubra wyłotoszy. Do dziś nie wiem, co to znaczy.