Mała stabilizacja

10 minut czytania

/ Muzyka

Mała stabilizacja

Piotr Szwed

Opisać dorosłość. Tego zadania autorzy rockowi unikają jak ognia. W końcu małżeństwo jest tematem o wiele mniej efektownym niż na przykład pierwsza miłość. Na swojej czwartej płycie to wyzwanie podejmuje Muzyka Końca Lata

Jeszcze 3 minuty czytania

Mało jest zespołów z tak dobrze dobraną nazwą co Muzyka Końca Lata. Zbitka tych trzech słów świetnie oddaje atmosferę płyt mińsko-warszawskiej grupy. Jest też nieoczywistym hołdem dla młodzieńczych fascynacji jej lidera, Bartosza Chmielewskiego. Jeśli potraktować określenie „muzyka końca lata” jako nazwę gatunku, to jego czołowym reprezentantem byłby m.in. Piotr Szczepanik, znany m.in. z przeboju „Goniąc kormorany”. To piosenka świetnie oddająca stan tęsknoty za tym, co choć jeszcze trwa, to zmierza ku nieuchronnemu końcowi. Trudno więc się dziwić, że piosenka znalazła się kiedyś w koncertowym repertuarze zespołu Bartosza Chmielewskiego.

Lider Muzyki Końca Lata był jedną z pierwszych osób, które postanowiły potraktować internet jako okazję do wyszukiwania skarbów rodzimej fonografii lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. W utworach wspomnianego Piotra Szczepanika, ale także Krzysztofa Klenczona czy Marka Grechuty, odnajdywał pierwiastek naiwności, który krytycy tak cenili choćby na płytach szkockiego Belle & Sebastian. Chmielewski postanowił założyć zespół, który swoją ostentacyjną archaicznością zapoczątkowywał ważny trend: fascynacje dokonaniami zapomnianych bohaterów krajowej piosenki. Działo się to, zanim Zbigniew Wodecki wystąpił z Mitch & Mitch, zanim Ten Typ Mes zaprosił do współpracy Andrzeja Dąbrowskiego, zanim powstała stawiająca sobie za cel promocję polskiej muzyki z czasów PRL-u wytwórnia The Very Polish Cut Outs, a wśród młodych krytyków muzycznych zapanowała moda na twórczość Andrzeja Zauchy lub Haliny Frąckowiak.

Z retro stylistyką od początku istnienia Muzyki Końca Lata fantastycznie korespondowały teksty przykuwające uwagę subtelnym humorem, uczuciowością, a przede wszystkim połączeniem kameralności tematu z szerszą perspektywą opowieści. Piosenki Chmielewskiego układały się w opowieść o dorastaniu w Mińsku Mazowieckim. Były jak czytanie kolejnych, krótkich rozdziałów powieści, dzięki której dowiadujemy się coraz więcej o ludziach, zdarzeniach i emocjach. Chłoniemy atmosferę miejsca, bierzemy głęboki oddech świeżego, przedmiejskiego powietrza. Inspiracją dla takich tekstów była m.in. twórczość Bohumila Hrabala i Juliana Tuwima. Od pierwszego z nich lider Muzyki Końca Lata zaczerpnął przekonanie, że jazda na rowerze po najbliższej okolicy może być piękniejsza niż daleka podróż, od drugiego – umiejętność opisywania codzienności, która kipi witalnością. Na długo przed innymi muzykami ze swojego pokolenia (takimi, jak choćby członkowie zespołów We Call It A Sound czy L.Stadt) pokazał, że to, co najciekawsze i najbardziej inspirujące, jest dosłownie na wyciągnięcie ręki.

Sentymentalne piosenki podwarszawskiego zespołu tak naprawdę były niezwykle odważne. W tekstach odnajdziemy wiele dźwięków i sformułowań, które wywołują wrażenie drażniącej czułostkowości. Chmielewski często sięga do nigdzie oficjalnie niespisanego, ale obecnego w naszej świadomości Indeksu Słów Zakazanych. Spróbujcie bez zażenowania powiedzieć: dzidzia, bobo. Daliście radę? To spróbujcie teraz to samo zaśpiewać, co ważne, bez ironii. Wiele lat temu jeden z muzyków współpracujących z Chmielewskim po usłyszeniu jego tekstów stwierdził, że wstydzi się prezentowania takiego repertuaru. Trzeba było nie lada wytrwałości, żeby przetrzymać kpiny, obojętne reakcje publiczności (w historii Muzyki Końca lata zdarzył się koncert, na który nie przyszedł nikt), konflikty personalne, a jednocześnie stopniowo wypracowywać sobie skromną, ale wierną publiczność.

Gdy sześć lat temu ukazywała się płyta „PKP Anielina”, wydawało się, że zespół wreszcie wyszedł na prostą. Znajdująca się na niej piosenka „Dokąd” nabiła setki tysięcy wyświetleń w YouTubie i świetnie radziła sobie na listach przebojów. Jednak na kolejny studyjny album Muzyki Końca Lata trzeba było czekać aż sześć lat. W rozmowie z Noisey Bartosz Chmielewski mówi o zmaganiu się z nerwicą lękową oraz szeregiem drobnych przypadków torpedujących pracę nad nową płytą („To było coś, jak w koszmarach o niemożności działania: uratujesz się, jeśli zrobisz krok do przodu, niby coś prostego, ale nie możesz, bo but się rozwiązał, spodnie opadły, a nogi zatapiają się w podłodze”). Powstawała ona w czasie poważnych życiowych zmian: przeprowadzka do Warszawy połączona z dużą ilością nowych obowiązków i niepokojów zakończyła złote mińskie lato. W takiej sytuacji Chmielewski postanowił opisać drażniącą, ale przecież także piękną i potrzebną życiową stabilizację. To temat, którego muzycy rockowi konsekwentnie unikają.

„Złoty krążek” zapewnia słuchaczom doświadczenie znane wielbicielom filmów Richarda Linklatera (m.in. „Boyhood”). Tym razem jednak nie chodzi o ukazanie inicjacyjnych doświadczeń, opisywanie smaku pierwszych pocałunków, win czy papierosów, ale o możliwość obserwowania, jak starzeją się nasi bohaterowie. Płyty „2:1 dla dziewczyn” czy „PKP Anielina” odpowiadały etapowi Linklaterowskiego „Przed wchodem słońca”; „Złoty krążek” to już czas „Przed zachodem słońca” – inna miłość, inne wątpliwości, inna przestrzeń. Album rozpoczyna się tam, gdzie zostawiało nas tytułowe nagranie z ostatniej płyty: „na podmiejskiej stacji”. W ciągu niecałych trzech minut niczym poprzez filmowy montaż ujęć z różnych czasów i miejsc, przenosimy się z Mińska do Warszawy, obserwujemy, jak chłopak z futerałem zmienia się z faceta odliczającego przed komputerem „godziny do wyjścia na świat”. Chmielewski potrafi opowiedzieć tę historię w taki sposób, że banalne, zaśpiewane w finale „la la”, do którego zmierza kompozycja, brzmi naprawdę wyzwalająco. To piękny paradoks, że płyta, która kosztowała wiele nerwów, rodząca się przez lata w bólach, zaczyna się od utworu pokazującego, że muzyka może być formą ucieczki z rutyny w beztroską radość.

Chmielewski w rozmowie z Ulą Kaczyńską z Czwórki wyznał, że pisanie piosenek postrzega jako „zrzucenie balastu duchowego”. Na najnowszej płycie znajdziemy wiele utworów, których treść może ciążyć. „Chocholi taniec” to sugestywne przedstawienie nerwowej karuzeli zdarzeń bez znaczenia, ukazanie wpadnięcia w wir męczącego imprezowania, które zamiast dawać wytchnienie, pogłębia samotność. „Słońce na wiatr” opowiada o chęci ucieczki od dojrzałości, powrotu do czasów, w których można było bez wyrzutów sumienia trwonić czas. W „Świątecznym” mamy świetną realizację stałego motywu polskich bigbitowych kapel, czyli piosenkę o świętach Bożego Narodzenia. Pod względem muzycznym i tekstowym to prawdziwa perełka: świetnie wprowadzone akcenty na przeszkadzajkach oraz śpiew Oli Bilińskiej połączony z motywem granym na klawiszach wywołują skojarzenia z fragmentami „Moon Safari” Air. Ale pod tą dźwiękową sielanką da się wyczuć podskórny niepokój, ujawniony w wyznaniu: „pytasz, czy mnie cieszy nasz zimowy flirt?”. Pytanie to pozostaje bez odpowiedzi.

Muzyka Końca Lata, Złoty krążek, Thin Man Records 2017Muzyka Końca Lata, Złoty krążek”,
Thin Man Records 2017
Tytuł płyty to z jednej strony ironiczny komentarz do braku komercyjnego sukcesu, ale i nawiązanie do ślubnego pierścionka. O ile miłość jest najpowszechniejszym tematem piosenek, to już małżeństwo nie jest aż tak songwritersko efektowne. Chmielewskiemu udała się sztuka opisania euforii ludzi marzących o trzymaniu gołębi na balkonie i wspólnym coniedzielnym rosole, a jednocześnie przekonujące odmalowanie ciemnych stron trwającego dłużej związku. Ważną rolę w opowieści o uczuciach odgrywa na płycie dwugłosowość. W kilku utworach całkowitą odpowiedzialność za śpiew przejmuje Ola Bilińska. Co ciekawe, perspektywa jej bohaterki często kontrastuje z entuzjazmem męskiego punktu widzenia. Dzięki temu piosenki można traktować jako osobne historie, ale także jako przyglądanie się podobnym sytuacjom z różnych stron. Uczuciowe komplikacje odnajdują na „Złotym krążku” adekwatną dźwiękową formę. Płyta o dojrzałości faktycznie jest dojrzała: zaaranżowana z rozmachem, różnorodna, spójna pod względem narracyjnym. Rozpoczyna się nawiązaniem do przeszłości, a kończy cudownym utworem o patrzeniu z lękiem w niepewną przyszłość.

Często albumy, które powstawały bardzo długo i kosztowały wiele nerwów, okazują się przełomowe – zyskują status najważniejszego dokonania albo zostają uznane za całkowite rozczarowanie. „Złoty krążek” nie wpisuje się w ten scenariusz. Miło byłoby posłużyć się dziennikarskim frazesem i napisać: zespół wraca po latach ze swoją najlepszą płytą, ale nie byłoby to do końca zgodne z prawdą. Muzyka Końca Lata nagrała album piękny, choć nierówny. Dziwić może, że te nierówności eksponuje dotychczasowy wybór singli. „Słowaccy piłkarze” jak i „Gorzej już nie może być” to piosenki pozbawione zaczepności, jaką miało „Dokąd”, a jednocześnie naprawdę blado prezentujące się na tle najbardziej wzruszających fragmentów „Złotego krążka”. Od czasu pamiętnej ballady „To, co widziałem”, Muzyka Końca Lata nie miała tak poruszającej, wzniosłej, a jednocześnie zachowującej ważną dla zespołu bezpretensjonalność piosenki jak „Stare zaklęcie”. Taki utwór jako pointa płyty sprawia, że słuchaczowi, któremu wcześniej zdarzało się czasem kręcić nosem, zakręci się w oku łza.