Prowokacje i poglądy
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

26 minut czytania

/ Literatura

Prowokacje i poglądy

Rozmowa z Klementyną Suchanow

Gombrowicz doskonale sprawdza się w krajach, w których następuje tąpnięcie, pojawia się kryzys polityczny albo tożsamościowy – mówi autorka pierwszej kompletnej biografii pisarza

Jeszcze 7 minut czytania

MACIEJ JAKUBOWIAK: Gdybyś była poważnie zarażona Gombrowiczem, przeprowadziłabyś tę rozmowę sama ze sobą.
KLEMENTYNA SUCHANOW: O nie!

Nie zaraziłaś się Gombrowiczem?
Jasne, że się zaraziłam, lata temu. Ale to pozytywna choroba, bardziej jak szczepionka. Raczej pomaga żyć niż przeszkadza.

Pytam o to, bo kiedy na początku swojej książki tłumaczysz, że Gombrowicz dostał na drugie imię Witold, bo urodził się na świętego Witolda, to dodajesz, że wypada wtedy również świętej Klementyny.
Takich osobistych wtrętów było w tej książce więcej – wydawało mi się, że jak się pisze o Gombrowiczu, to trzeba to robić w zgodzie z jego filozofią i podkreślać swoje „ja”. Później z tego zrezygnowałam, ale w tym jednym miejscu zostało.

Jak długo zajmujesz się już Gombrowiczem?
Od 15 roku życia, kiedy trafiłam w księgarni na „Dziennik” Gombrowicza i się zaraziłam. Po publikacji w 2005 roku „Argentyńskich przygód Gombrowicza” myślałam, że na tym zamknę swoją przygodę. Ale później zostałam zaangażowana do robienia przypisów do „Kronosu” i wszystko rozgrzebało się na nowo. Zdałam sobie sprawę, że jest tam tyle do zrobienia i że wiem już tyle rzeczy, które mogłabym przekazać dalej, że byłoby grzechem, gdybym tego nie zrobiła. Choć tak naprawdę cały czas liczyłam, że ktoś inny to zrobi, na przykład Jerzy Jarzębski.

Klementyna Suchanow, Gombrowicz. Ja, geniusz. Wydawnictwo Czarne, 2 tomy, łącznie 1176 stron, w księgarniach od 27 września Klementyna Suchanow, „Gombrowicz. Ja, geniusz”. Wydawnictwo Czarne, 2 tomy, łącznie 1176 stron, w księgarniach od 27 wrześniaJaki miałaś pomysł na uporządkowanie tego życiorysu?
Książka jest pisana panoramicznie. Przyglądałam się szerszemu kontekstowi losów Gombrowicza i na tym tle ujawniało się mnóstwo spraw, które wcześniej nie były widoczne, dotyczących np. przedwojennej sytuacji ziemiaństwa czy Warszawy lat 30. Okazało się, że w wielu sprawach mieliśmy klapki na oczach, widzieliśmy Gombrowicza wyrywkowo. Starałam się porozbijać pewne utarte formułki, powtarzane w licznych studiach poświęconych jego twórczości, przez co staje się bardziej ludzki. Wyszłam z założenia, że wszystkie te mity i legendy trzeba odrzucić i zacząć od zera. Zobaczyć tego człowieka na nowo.

Poza tym przybyło mi doświadczenia. Biografii nie można pisać w zbyt młodym wieku. To kwestia nie tylko wiedzy o życiu człowieka, o którym się pisze, ale też własnych uwarunkowań. Pewnych rzeczy nie da się zrozumieć bez bagażu doświadczeń, który pozwala nabrać pokory i zbyt łatwo nie oceniać naszych bohaterów. Życie jest płynne, pojawiają się w nim różne grzechy. Na pewno nie byłabym w stanie napisać takiej biografii 10 lat temu.

Z rozbicia których mitów jesteś szczególnie zadowolona?
Gombrowicz stworzył bardzo wyrazisty obraz swojej matki. Zaczęłam się temu przyglądać z podejrzliwością, bo już przy lekturze „Kronosu” zauważyłam, że pojawia się tam sporo seksistowskich sformułowań wynikających z epoki. Byłam ciekawa, co się wyłoni, kiedy odrzucę te seksistowskie tropy. Okazało się, że jest tam cała masa niejednoznacznych momentów. Antonina Gombrowicz musiała znosić sytuację, w której jej mąż miał kochankę, o czym wszyscy wiedzieli, i choć powinien to być powód do wstydu dla męża, to było na odwrót. A jednocześnie nie mogła podjąć decyzji o rozwodzie, bo według jej światopoglądu małżeństwo było święte. Z jednej strony była feministką, z drugiej strony katoliczką. Dramat, który się w niej odbywał, był czymś znacznie więcej niż histerią, o której pisał Witold. To był dramat kobiet tamtych czasów, które znajdowały się w pułapce: wiedziały, że pewne rzeczy można urządzić inaczej, na przykład wywalczyć dla siebie prawo do głosowania, ale wciąż były obarczone spadkiem tradycyjnego katolicyzmu, który nie pozwalał im się uwolnić.

  

Antonina nie była tylko dziwaczną fantastką, jak mówili o niej synowie. Wyznawała postępowe idee i miała odwagę, by o nie walczyć, ale wtedy takie kobiety nazywano „histeryczkami”. W wypowiedzi zatytułowanej „Przyczynek do kwestii równouprawnienia”, opublikowanej rok później, przytacza przypadki krajów, w których kobiety cieszą się równymi prawami – Skandynawię i Stany Zjednoczone. Krytykuje Europę za konserwatyzm i obala argument, że kobiety wywrą destrukcyjny wpływ na obrady ministerstw, wręcz przeciwnie – dowodzi – kobiety wprowadzają „łagodniejszy kierunek”, jak pokazują doświadczenia w Nowej Zelandii czy w Australii. Pokazuje to, że Antonina była oczytana i śledziła zmiany na świecie. W jej artykułach pojawia się ta sama siła polemiczna, którą znamy z wystąpień jej syna. W innym artykule, „O naszych córkach”, opowiada się za zniesieniem „niewolnictwa”, za udostępnieniem córkom wiedzy, obaleniem muru dzielącego je od życia (na przykład z powodu ciągłego dozoru matki lub męża), by stworzyć „kobietę nowoczesną”. I przy tej okazji Antonina wrzuca uwagi, które można odczytać jako osobiste: „znosimy wszystkie upokorzenia, jakie tylko na świecie istnieją”. Gdy czyta się jej teksty, trudno oprzeć się wrażeniu – zwłaszcza w obliczu tego, co w tym czasie działo się w jej rodzinie – że porusza sprawy, które leżą jej na sercu. Jakież myśli chodziły po głowie Antoninie? W 1905 roku ma trzydzieści trzy lata, jej starsi synowie są nasto­latkami, córka ma lat sześć, a Witek zaledwie roczek. Czyżby tak źle czuła się w związku z ich ojcem? Ludzie mówią o niej, często używając słów takich jak „nerwowość” i „egzaltacja”. Tłumaczy to w artykule „O naszych córkach”, również narzekając na ogromną nerwowość kobiet. Przyczyny tego zjawiska wyjaśnia następująco: „Rozszerzywszy z konieczności zakres nauk kobiecych, popełniamy świadomie niekonsekwencję, wymagając, aby kobieta wyrzekła się czynnego udziału w sprawach, które nauczyła się rozumieć; rozbudzony jej umysł musi przez to iść na manowce, a pozbawiony zetknięcia z szerszym życiem gubić się w chorobliwych fantazjach”.

Klementyna Suchanow, „Gombrowicz. Ja, geniusz”.


W części dotyczącej europejskich losów Gombrowicza chyba najbardziej uderzające jest to, jak bardzo jego kariera okazała się uzależniona od polityki zimnowojennej i działań amerykańskiego wywiadu. Sugerujesz w książce, że był w tej polityce pogubiony.

Miał dobre wyczucie polityki międzynarodowej, nie interesował się natomiast polityką wewnętrzną, bieżącymi rozgrywkami. Potem, z perspektywy argentyńskiej, stracił wyczucie spraw europejskich, o czym świadczyła seria nieporozumień zapoczątkowana przez aferę Swinarskiej. Zupełnie nie rozumiał sposobów funkcjonowania PZPR, mechanizmów manipulowania ludźmi i opinią publiczną. Nie był na to przygotowany.

A czy nie wolał być apolityczny?
Tylko na płaszczyźnie deklaratywnej, jako pisarz, nie chciał być ani z prawa, ani z lewa. Uważał, że jako artysta nie powinien się deklarować z żadnymi poglądami; że to zupełnie nieistotne, bo liczy się tylko artyzm. Ale miał przecież poglądy. Jako człowiek prywatny był zdecydowanie bardziej lewicowy. Rita wspominała, że jego zdaniem najlepszą formą polityczną był brytyjski parlamentaryzm. Przyznawał też, że jako artystyczny wywrotowiec po prostu nie mógłby być konserwatystą.

Ale kiedy konfrontował się ze zorientowanym lewicowo środowiskiem artystycznym, wchodził w rolę konserwatywnego szlachcica.
To była przekora, prowokacja, rodzaj dialektycznej gry. Żonglował poglądami politycznymi i potrafił wynajdywać argumenty tak samo prawicowe, jak lewicowe. Prowokacje były dla niego istotniejsze niż prawdziwe poglądy.

A czy kontakty z młodymi twórcami z Ameryki Południowej, z których część zaangażowała się mocno w politykę, miały jakiś wpływ na jego poglądy? Wspominasz w książce, że znał się m.in. z późniejszym prezydentem Argentyny Arturo Frondizim czy z przyszłym rewolucjonistą Roberto Santuchem.
Nie sądzę, żeby mieli na niego jakiś specjalny wpływ. Dla Gombrowicza, który był wówczas 40-, 50-latkiem, wszystkie spory polityczne stanowiły powtórkę tego, co działo się w Polsce: kłótni między skrajną lewicą a skrajną prawicą. Dlatego patrzył na nowe zjawiska z dystansem. Nie znał natomiast kontekstu latynoamerykańskiego, w którym sytuacja była na opak w stosunku do tego, co działo się w Polsce. Po II wojnie światowej Polska była zagrożona komunizmem, natomiast Argentyńczycy byli zagrożeni skrajnie prawicowym konserwatyzmem wpieranym przez Stany Zjednoczone. Gombrowicz uważał te wszystkie historie o wpływach USA za przesadzone. Dziś wiemy, że nie miał racji.

  

Tym, co dla Gombrowicza najistotniejsze i co okazuje się decydującym argumentem za pozostaniem w Argentynie, jest anonimowość w tłumie. Od pierwszego dnia, kiedy przeszedł z portu ulicą Florida, poczuł komfort, jakiego nigdy nie zaznał w rodzinnej Warszawie. To poczucie, że nikt cię nie zna, nikt nie patrzy, nikt nie wie, czyim jesteś synem, nikt nie wie nawet, jakiej jesteś narodowości. Ta możliwość uwolnienia się od rodzinnego i klasowego „ja” stworzyła szansę dla uwolnienia hamowanego w Polsce tymi czynnikami homoerotyzmu. To dlatego odważa się wypowiedzieć słowa: „[…] czasem skłonny byłbym uwierzyć, że to trzęsienie świata po to tylko było, iżbym znalazł się w Argentynie i mógł zanurzyć się z powrotem w młodości mojego życia, której nie umiałem w swoim czasie doznać i wyzyskać. Po to była wojna i Argentyna i Buenos Aires”. No, może był jeszcze jeden poważny argument, by nie wracać – mistrzostwa szachowe. Tego samego dnia, którego przypłynął „Chrobry”, w porcie przycumował statek „Piriápolis” z delegacją polskich szachistów, w tym Paulinem Frydmanem. W Argentynie pojawiło się dwadzieścia dziewięć ekip narodowych, które przez sierpień aż do października 1939 roku rozgrywały mecze, szeroko komentowane w prasie. Mistrzostwa wygrali Niemcy, zwyciężając przewagą pół punktu nad Polakami. Wielu członków ekip szachowych nie miało jak wrócić do swoich krajów z powodu wojny i żeby zarobić na życie, zaczęli udzielać lekcji, założyli pisma szachowe, stworzyli podręczniki. Buenos Aires staje się zagłębiem szachowym. Zagubieni w wielkim mieście szachiści zbierają się na pierwszym piętrze Café Rex przy Corrientes 831. Gdy grają, wokół nich gromadzą się tłumy widzów oraz ciekawskich. W ten sposób właściciel kawiarni Luis Cazabán proponuje Paulinowi Frydmanowi poprowadzenie sali szachowej, gdzie pod koniec 1941 roku Gombrowicz z zapałem zaczyna oddawać się grze. Młode ciała oraz szachy stają się jego dwoma pasjami w latach wojennych.

Klementyna Suchanow, „Gombrowicz. Ja, geniusz”.

Gdzie najdalej musiałaś pojechać w ślad za Gombrowiczem?
Do Santiago del Estero w Argentynie, jednej z tych miejscowości, do których podróżował, żeby wypoczywać. Jeździłam też do Stanów, gdzie są zdeponowane archiwa Gombrowicza. Byłam w Szwecji, przede wszystkim w związku z wątkiem noblowskim. W ciągu trzech lat pracy nad książką odbyłam sporo podróży, które uzupełniały to wszystko, czego dowiedziałam się wcześniej.

W książce jest sporo zdjęć przedstawiających miejsca, w których Gombrowicz mieszkał i pracował.
Na początku miałam pomysł, żeby ta książka była czymś w rodzaju mapy, która prowadziłaby przez życie Gombrowicza. Zostało z tego to, że książka jest podzielona według miejsc zamieszkania, a rozdziały są pooddzielane mapkami pokazującymi miejsca akcji. Wiem, że wiele osób podróżuje śladami Gombrowicza. Ta książka może im się do tego przydać.

Witold Gombrowicz / fot. Bohdan PaczkowskiWitold Gombrowicz / fot. Bohdan PaczkowskiNie myślałaś o zrobieniu osobnego przewodnika?
Jest pomysł Muzeum Literatury, żeby przygotować grę miejską o Warszawie Gombrowicza i żebym parę razy poprowadziła wycieczki jego śladami. Bardzo chętnie to zrobię.

Wspominasz, że wielu miejsc, w których Gombrowicz bywał w Warszawie, dziś już nie ma.
Jasne, ale część miejsc się zachowała. Na przykład kamienica na ul. Chocimskiej, z której wyjeżdżał do Argentyny. Jest też jego gimnazjum na Traugutta. Nie ma natomiast kawiarni na ul. Mazowieckiej, ale jak się pójdzie tam w nocy, to można sobie wyobrazić przedwojenny klimat.

  

Oprócz Franusia, prawdopodobnie parobka, i „lokajczyka” pojawia się tylko „C. z Zodiaku”, co można by odczytać jako „chłopak z Zodiaku”. Czy jest ich w porównaniu z kobietami rzeczywiście tak mało, czy to sprawa pamięci? Czy Gombrowicz należy do tych, którzy na placu Napoleona jako znak trzymają duży palec w klapie marynarki lub paltota? Tak to się właśnie załatwia, po czym panowie udają się, każdy z osobna, do pobliskiego zamaskowanego lokalu czy hoteliku. A może mężczyzn jest tak mało, bo Gombrowicz zdaje się na siłą rzeczy rzadsze parobkowe przygody na wsi? Andrzejewski ma mu za złe, że nie chce się przyznać do homoseksualizmu, i to w towarzystwie, w którym można sobie na to pozwolić. Ale Gombrowicza w kwestiach erotycznych cechuje wysoka dyskrecja. Nie zachowa się wiele „twardych” danych ani na temat tożsamości jego kochanków czy kochanek, ani rodzaju relacji z nimi. Wziąwszy pod uwagę, że ulubioną scenerią erotycznych uniesień Gombrowicza są albo krzaki na Powiślu, albo legendarne kuchenne schody, można się dziwić, jak udało mu się nie zaliczyć wpadki. O przyprowadzanych czasami na Chocimską partnerach czy partnerkach może wiedzieć Aniela, która ma w zwyczaju rano przynosić paniczowi śniadanie. Ale z powodu bliskości matki, mającej widok z obu stron – na wejście z ulicy do budynku i na podwórko – dyskrecja jest z pewnością sprawą zakodowaną w jego trybie życia. Erotyzmem Gombrowicza kieruje chyba nie tyle płeć partnera, ile młodość (dwadzieścia lat to już za dużo), świeżość i niższość. W tej sferze jest smakoszem, lubuje się w prostych potrawach, ale o „doskonałym gatunku”, czyli „żadnych majonezów, sosów, przypraw, pieprzów, nic przyrządzonego, skomplikowanego – chleb razowy, ale pyszny, owoc świeży, prosto z drzewa, soczysty, woda źródlana”. W „Dzienniku” poczyni publiczne wyznanie, które wyjaśnia jego upodobania: „Jedyna różnica, jaka zachodziła pomiędzy mną a »normalnymi« mężczyznami polegała na tym, że ja uwielbiałem błysk tej bogini – młodości – nie tylko w dziewczynie, lecz i w młodym chłopcu, że nawet młody był dla mnie doskonalszym jej wcieleniem niż młoda…”. Mimo to, a może właśnie dlatego, swój erotyzm Gombrowicz określa jako „tragiczny, fizyczny, zawsze szukający na oślep czegoś bezcennego, […] popęd erotyczny był zawsze we mnie siłą ściągającą w dół”.

Klementyna Suchanow, „Gombrowicz. Ja, geniusz”.

Myślisz, że doświadczenia Gombrowicza związane z tymi miejscami miały duży wpływ na jego pisanie?
Amerykański slawista David Goldfarb zauważył kiedyś, że Gombrowicz lubił pisać w warunkach klaustrofobicznych. Rzeczywiście, jak przyglądałam się tym wszystkim miejscom, w których mieszkał, to przeważnie były ciemne, ciasne. Nie dbał o wygodę, raczej był ascetą. Ludzie chyba lubią dowiadywać się, w jakich warunkach tworzą pisarze. Dlatego starałam się to opisać. Pokazać te momenty, w których prywatny człowiek przemieniał się w twórcę.

Gombrowicz nie lubił o tym mówić?
Kiedy jeden z jego argentyńskich młodych przyjaciół zrobił mu zdjęcie podczas pisania, bardzo się zdenerwował. Chyba uważał to za naruszenie czegoś sakralnego.


W książce przeprowadzasz kilka razy małe edytorskie śledztwa i pokazujesz, jak przekształcały się kolejne wersje tekstów pisanych przez Gombrowicza.
Postanowiłam to zrobić kilka razy, żeby odkryć tajemnicę tworzenia. Zastanawiało mnie, ile Gombrowicz musiał się namęczyć, żeby napisać na przykład pierwszą stronę „Kosmosu” w takiej wersji, jaką znamy. To nie było natchnienie. Gombrowicz wciąż dopracowywał teksty, do samego końca, a nawet i dłużej. Na przykład kiedy w latach 50. w Polsce miało się ukazać drugie wydanie „Ferdydurke”, zdecydował się zmienić tekst za sprawą hiszpańskiego tłumaczenia. Proces wprowadzania poprawek nigdy się nie kończył. Gombrowicz ciągle był niezadowolony. Oczywiście takie analizy były możliwe tylko w odniesieniu do ostatniej, europejskiej części życia Gombrowicza – mamy takie materiały dzięki Ricie Gombrowicz. Wcześniejsze manuskrypty zaginęły.

Śledząc uważnie brudnopisy, pokazujesz też, jak Gombrowicz przerabiał życie na literaturę. Nie bałaś się, że wpadniesz w koleiny biografizujących odczytań jego twórczości?
Nie. Może jeszcze parę lat temu byłabym pod większą presją teoretyków literatury, którzy nakazują oddzielać jedno od drugiego, ale dzisiaj wydaje mi się, że taki rozdział można włożyć między bajki. To oczywiste, że życie ma wpływ na twórczość. Gombrowicz nie miał rozwiniętej wyobraźni, dlatego musiał tak wiele rzeczy czerpać z życia. Bardzo się przy tym męczył. Zamiast narzucać jakieś interpretacje, staram się raczej podsuwać tropy, sugerować, jak można by rozumieć pisarstwo w związku z biografią. Czytelnicy mogą się ze mną zgadzać albo nie, raczej chodziło mi o to, żeby otworzyć pewne drzwi.

Biograficzne czytanie Gombrowicza ma swoją tradycję. Zresztą jego życie dla wielu osób było przedmiotem fascynacji.
Kiedy mówiłam różnym ludziom, że piszę biografię Gombrowicza, pytano mnie: „Ale po co? Przecież tyle już jest biografii Gombrowicza!”. Otóż dotychczas nie było żadnej. Właśnie ze względu na fascynację jego życiem i nieustannie powielanie pewnych historii w różnych wersjach powstało wrażenie, że o Gombrowiczu wiemy wszystko. Książek o różnych wycinkach jego życia jest wiele, stanowią one świetny materiał, z którego chętnie korzystałam. Natomiast to wszystko nigdy nie zostało zebrane w całość.

Jest jeszcze ta wersja jego biografii, którą pisał on sam – nie tylko w listach, „Dzienniku” czy „Kronosie”, ale też w powieściach. Czy nie bałaś się, że twoja biografia Gombrowicza okaże się mniej atrakcyjna niż jego autobiografia? Że suche fakty nie są tak ciekawe jak fakty przerobione na literaturę?
Nie, nie wydaje mi się, żeby jedno mogło stanowić konkurencję dla drugiego, to zupełnie odmienne konwencje.

Gombrowicz pisał kolejne wersje swojej autobiografii, żeby uwieść czytelników, wywalczyć sławę, zbudować swój mit. A po co tobie była potrzebna jego biografia?
Żeby się od niego uwolnić. Przez lata nazbierałam mnóstwo materiałów dotyczących jego życia, w szufladach miałam pochowane oryginalne dokumenty, rękopisy. Znałam wagę tych materiałów i czułam się niekomfortowo, że je mam, ale nie mam z kim się nimi podzielić. A nawet gdybym komuś po prostu je oddała, to nie mogłabym już przekazać swojej wiedzy o nich – tych wszystkich historii, które słyszałam. Czułam się źle z tym, że trzymam to wszystko dla siebie. Postanowiłam więc to zebrać i przekazać światu – żeby ludzie to sobie wzięli, a ja żebym mogła posprzątać szuflady.

Klementyna Suchanow Klementyna Suchanow – od lat zajmuje się badaniem życia i twórczości Witolda Gombrowicza oraz historii i literatury Ameryki Łacińskiej. Autorka „Argentyńskich przygód Gombrowicza” (2005) i „Królowej Karaibów” (2013). Udało się?
Tak, teraz mogę wyczyścić szuflady.

Czy w takim razie „Gombrowicz. Ja, geniusz” to już ostateczna, pełna i skończona biografia?
Pewnie w najbliższych latach zyskamy nowe informacje o szansach na Nobla dla Gombrowicza. Zakładam, że w przyszłych wydaniach będę uzupełniała tego rodzaju drobnostki. Ale zasadniczy obraz już się nie zmieni.

A czy coś w życiu Gombrowicza pozostaje dla ciebie niejasne, niezrozumiałe?
Próbowałam znaleźć dokumenty spraw, które Gombrowicz prowadził jako aplikant, ale większość archiwów została spalona podczas powstania warszawskiego. Nie natrafiłam na żadne akta, na których byłby podpis Gombrowicza. Ale archiwa bywają zaskakujące. Archiwum Państwowe w Warszawie ma lokalizację na Krzywym Kole, ale to małe miejsce, więc masa rzeczy trzymana jest w filiach poza Warszawą. Sprowadzałam z tych filii różne zakurzone dokumenty, ale nie wykorzystałam wszystkich opcji, samo to zajęłoby mi przynajmniej rok.

Jest też wciąż sporo niewyjaśnionych kwestii związanych z kuzynem Gombrowicza, Gustawem Kotkowskim. Udało mi się dowiedzieć dużo o jego działalności jako agenta w Ameryce Południowej, ale myślę, że w archiwach brytyjskich może być trochę dodatkowych dokumentów na ten temat. Ale to też wymagałoby osobnego projektu, na który nie miałam już czasu ani środków.

  

Podróż „Federico C.” zaczęła się od takiego samego pośpiechu jak podróż „Chrobrym”. O decyzji wyjazdu z Polski, a teraz z Argentyny zadecydowały działania w ciągu kilku tygodni. W jednym i drugim wypadku impuls osadzony był na silnym emocjonalnym gruncie. To pozwoliło Gombrowiczowi uchwycić możliwości w ich efemerycznej postaci, jak tylko pojawiły się na jego drodze. Podróż latem 1939 a rejs w kwietniu 1963 roku to dwie zupełnie różne historie, rozgrywające się nie tylko w innym kontekście historycznym, ale i w odmiennym stanie ducha. W jednym i drugim wypadku, rozdzielonym dwudziestoma czterema latami, Gombrowicz płynie w stronę „niewiadomego”. Oczywiście „niewiadoma” w 1939 roku była większa z powodu wydarzeń historycznych, ale w roku 1963 jest cięższa ciężarem wieku. Płynąc do Argentyny, mógł być podekscytowany przygodą i tym, co się przed nim otwiera; gdy płynie z powrotem do Europy, towarzyszy mu tylko myśl, że to „jazda w śmierć”.

Klementyna Suchanow, „Gombrowicz. Ja, geniusz”.

Historia Kotkowskiego jest jakby wyjęta z thrillera szpiegowskiego. A wszystko zaczyna się od pytania tak oczywistego, że chyba nikt przed tobą go nie zadał: co on właściwie robił w Buenos Aires?
To pytanie wynikło z moich rozmów z Ritą Gombrowicz. I ja, znając różne historie o Kotkowskim, i ona, która znała go osobiście, czułyśmy, że w jego życiorysie coś jest nie tak. Stworzyłyśmy hipotezę, że być może zajmował się szpiegostwem. Zaczęłam szukać archiwów, które mogłyby rzucić jakieś światło na tę kwestię. Okazało się, że hipoteza była słuszna.

Rozmawiamy dzień po 48. rocznicy śmierci Gombrowicza. Czy po tych latach, wraz z publikacją twojej dwutomowej biografii, sprawa Gombrowicza zostaje raz na zawsze zamknięta?
Nie chciałabym, żeby to był gwóźdź do jego trumny. Wolałabym raczej myśleć, że ta biografia pozwoli ludziom odnaleźć w jego dziele wiele nowych rzeczy, na które wcześniej nie zwracali uwagi. Że otworzy nowy rozdział w odbiorze Gombrowicza. I może zainspiruje artystów innych sztuk. Od kilku lat pojawiają się pomysły nakręcenia filmu biograficznego, w końcu jego życiorys to gotowy materiał na film.

Mam też sporo sygnałów z zagranicy, że istnieje zapotrzebowanie na kompletną biografię Gombrowicza. Znam wielu jego tłumaczy i miłośników na świecie i wiem, że bardzo tego potrzebują. Wiedzą pewne rzeczy, ale zdają sobie sprawę, że to tylko fragmenty albo legendy. Zresztą fragmenty tej książki były już publikowane za granicą, po angielsku, po hiszpańsku.

Właśnie, parę razy odniosłem wrażenie, że piszesz bardziej dla czytelnika zagranicznego, któremu musisz wytłumaczyć, czym była „Kultura” paryska albo kim był Czesław Miłosz.
Założyłam, że czytelnikami tej biografii będą młodzi ludzie, którzy mają średnie pojęcie na przykład o Maisons-Lafitte, ale też ludzie z zagranicy. Czasem konsultowałam, na ile pewne sprawy są znane poza Polską. W tej książce siłą rzeczy mieści się kawał polskiej historii: faktów, nazwisk, sporów.

Często powtarza się, że Gombrowicz to taki dialektyczny i przewrotny pisarz, który uczy, jak unikać pułapek tożsamości. Ale czy nie zapowiada on jednocześnie pewnych tendencji współczesnej kultury, których nie ocenialibyśmy tak jednoznacznie? Na przykład artystycznego celebryctwa?
Nieraz myślałam o tym, że dla Gombrowicza idealnym narzędziem byłby Facebook. Od razu zrobiłby sobie fanpage. Miał świadomość tego, jak zarządzać swoją karierą i sławą. Pod tym względem wyprzedził swoją epokę. Kiedy zaczynał być tłumaczony na francuski, to nie miał ochoty podpisywać typowej umowy dla drugorzędnego pisarza z zagranicy, ale domagał się warunków jak dla pierwszorzędnych pisarzy francuskich. Takie biznesowe podejście do umów autorskich nie było typowe w tamtych czasach. Pisarstwo to był dla niego w jakiś sposób także biznes. Jego ojciec był przedsiębiorcą, cała rodzina jego matki prowadziła fabryki i przedsiębiorstwa. I on sam potrafił zadbać o sferę biznesową swojej twórczości.

  

Gombrowicz w Vence żyje w izolacji. Donikąd się nie wybiera, choć ma dobre połączenia ze światem szybkimi pociągami i samolotami z Nicei. Jego obecność w Paryżu z pewnością wpłynęłaby na sprzedaż książek, gdyby pojawił się na publicznej dyskusji lub zechciał podpisać egzemplarze dla czytelników albo gdyby przyjechał na któreś z przedstawień swoich sztuk (wszystkim reżyserom odmawia). Że nigdy tego nie robi, to nie tylko kwestia astmy. Na przykład w 1967 roku dostaje zaproszenie Feltrinellego do Florencji – trochę go kusi, ale bardziej niż z powodu astmy nie jedzie tam, ponieważ dowiaduje się, że to „spotkanie pisarzy, a ja dostaję alergii, jak widzę dwóch–trzech pisarzy razem”. Chciał być uznany, dążył do tego przez całe życie, ale bez przemieniania się w wędrownego literata prostytuującego się na kongresach, konferencjach, spotkaniach i dyskusjach. Jest wiele osób, które powinien spotkać (na przykład wydawców), i innych, które chciałyby spotkać jego, ale on woli czynić z Vence centrum wszechświata – jeśli ktoś chce go zobaczyć, musi się wybrać na Południe.

Klementyna Suchanow, „Gombrowicz. Ja, geniusz”.


Do czego dzisiaj może się przydać Gombrowicz?
Kiedy zaczynałam pracę nad tą książką, zdawało mi się, że piszę o klasycznym pisarzu, którego życiorys nas nie zbulwersuje, bo wszystko już wiemy. W trakcie pisania, mniej więcej w połowie, w Polsce zaczął się zmieniać kontekst polityczny i okazało się, że sporo kwestii, które wydawały mi się oklepanymi prowokacjami, na nowo stają się kontrowersyjne. Z tego powodu musiałam wrócić do części, które były już napisane, i sformułować niektóre kwestie bardziej precyzyjnie, żeby nie pozostawić miejsca na pozbawione sensu spekulacje. Tak było na przykład z wątkami dotyczącymi homoseksualizmu Gombrowicza. Zdawało mi się, że w Polsce to już temat przepracowany i niewzbudzający kontrowersji. Ale nagle okazało się, że niekoniecznie.

Od dawna mam teorię, że Gombrowicz doskonale sprawdza się w krajach, w których następuje tąpnięcie, pojawia się kryzys polityczny albo tożsamościowy. Gombrowicz okazuje się pisarzem, który podsuwa sposoby – oczywiście bardzo indywidualistyczne – wynajdywania nowych dróg. Wydaje mi się, że w roku 2017 Gombrowicz jest jedynym polskim pisarzem, który potrafi powiedzieć nam coś ważnego.