Nawalony jeż, rozerwany koń
Kot na pokładzie australijskiego HMAS Encounter

17 minut czytania

/ Literatura

Nawalony jeż, rozerwany koń

Bartosz Sadulski

W zbiorowej wyobraźni I wojna światowa była wojną okopów, gazu i mechanizacji. Nie była jednak wojną zwierząt. Tymczasem w żadnym innym konflikcie zbrojnym nie były one tak masowo i powszechnie wykorzystywane

Jeszcze 4 minuty czytania

Blaise Cendrards zaciągnął się do Legii Cudzoziemskiej na samym początku Wielkiej Wojny, w sierpniu 1914 roku. W trakcie stacjonowania w Dompierre – gdzie, jak pisał, „ludzie ulatywali w powietrze, i to całymi plutonami, zdmuchiwani przez potworne wybuchy min”, a „niejeden spadał już tylko pod postacią krwawego deszczu” – stał się opiekunem jeża. Początkowo – zgodnie z francuskim zwyczajem konsumowania wszystkiego, co łatwo złapać – kucharz i myśliwy Garnéro chciał udusić zwierzaka pod żarem, oblepiwszy go uprzednio żywcem w glinie. Cendrars drobiazgowo opisał jeża: miał „jedwabisty brzuszek, ale pod brodą kłaki jak zakonnik, oczy mu się jarzyły” i na dodatek był wiercipiętą, samorządnie eksplorującym okopy i zostawiającym wszędzie „ślady maleńkich ludzkich stopek”, co prowokowało pisarza do wyobrażania sobie nieoczekiwanego wsparcia wojennego z kosmosu.

I byłby pewnie jeż w końcu trafił do garnka, skoro wspomniany Garnéro masowo zabijał i przyrządzał koty (mimo niemej zgody walczących ze sobą stron, żeby do nich nie strzelać), gdyby nie osobliwy talent. Jeż Cendrarsa wykrywał miny, czy też raczej podkładających je Niemców. Wybaczono mu nawet słabość do alkoholu, wypijanie resztek wina z żołnierskich kwaterek, a jeż miał „spust przerażający” i „wyżłopałby całe wino plutonu”; setki razy w trakcie powrotów z eksplorowania ziemi niczyjej w poszukiwaniu kropli alkoholu spadał z wielkiej jak dla siebie wysokości w okop, nie robiąc sobie przy tym najmniejszej krzywdy, podobnie jak Rosjanie spadający z piątego albo ósmego piętra. W końcu jeż wykitował, Cendrars znalazł go w swoim chlebaku, a w trakcie sekcji okazało się, że zamiast wątroby ma „maleńką twardą grudkę, nie większą niż ziarnko prosa”.

Ta historia pojawia się w nowej książce Erica Barataya, historyka znanego u nas dotąd jako autor książki „Zwierzęcy punkt widzenia”, której nie dałem rady w całości przeczytać, w czym chyba nie jestem odosobniony, bo Olga Tokarczuk w swojej recenzji przyznała, że nie była w stanie przejść przez rozdział o corridzie. Podtytuł książki to „Zapomniane historie” – Francuz ponownie namawia do zbiorowej anamnezji, przywrócenia historii zwierzętom i nadania im post factum podmiotowości, co jest znacznie istotniejsze niż kolejne stawiane im pomniki. Tokarczuk pisała, że „upieranie się przy idei, że zwierzę jest aktorem, sprzeciwia się głęboko zakorzenionej koncepcji świata zachodniego. Wyłoniła się ona ze starożytnej filozofii greckiej, a chrześcijaństwo przejęło ją, by potem mogła ją odziedziczyć rewolucja naukowa, która – porzucając już wsparcie religii – tak samo wyłączyła człowieka ze świata, ustanawiając go jego sędzią, obserwatorem, podmiotem poznawanej, uprzedmiotawianej i wykorzystywanej przyrody”. „Zwierzęta w okopach” są próbą nie tyle oddania hołdu milionom stworzeń, które poświęciły swoje życie w wojnie panów, ile wywołania ich z historycznego niebytu. Hekatomba zwierząt w trakcie I wojny światowej pokazana jest tu nie przez pryzmat statystyk (jak wiemy od Stalina, śmierć milionów to zawsze tylko statystyka), ale za pomocą jednostkowych historii, których dostarcza wszelkiej maści piśmiennictwo – w tym także literatura piękna.

Wspomnienia Cendrarsa z tomu „Odcięta ręka” przestają funkcjonować wyłącznie jako anegdota i stają się symptomatyczne dopiero w konfrontacji z lekturą Barataya. Możemy sobie zdać wtedy sprawę, że mimo całego okrucieństwa, a częściowo właśnie dzięki niemu, Wielka Wojna przyczyniła się paradoksalnie do nieoczekiwanego zbliżenia ludzi i zwierząt: wyłączyła człowieka ze świata, ale włączyła do niego zwierzę. Miesiące wojny pozycyjnej spędzane w okopach (żołnierz statystycznie przebywał na pierwszej linii 15 procent czasu służby, a kolejne 40 procent w okopach pomocniczych i rezerwowych) sprzyjały kontaktom z przyrodą ożywioną, która dla wielu żołnierzy stała się jedynym łącznikiem z dawnym życiem, zwłaszcza jeśli pochodzili z terenów wiejskich.

W „Marszu Radetzky’ego” Józef Roth pisał o baronie Trotta, który gdy był w dobrym nastroju, to – jeszcze przed wojną – „niekiedy pogłaskał konia, uśmiechnął się do krowy”, zaś w „Szwejku”, niewchodzącym, podobnie jak Roth, w zakres literackich zainteresowań francuskiego historyka, porucznik Lukasz, który „miał album swoich kochanek i zbiór różnych relikwii, bo w ciągu ostatnich dwóch lat przejawiał coraz większą skłonność do fetyszyzmu”, powiedział, że „niektórzy koledzy na froncie mają przy sobie psy i pisali nieraz, że w towarzystwie takiego dobrego i wiernego zwierzęcia wojna szybciej upływa”.

Éric Baratay, „Zwierzęta w okopach. Zapomniane historie”. Przeł. Barbara Brzezicka, W Podwórku, 368 stron, w księgarniach od września 2017Éric Baratay, „Zwierzęta w okopach. Zapomniane historie”. Przeł. Barbara Brzezicka, W Podwórku, 368 stron, w księgarniach od września 2017 Oczywiście wielu żołnierzy z nudów strzelało do wiewiórek, a oficerowie maltretowali konie, byleby szybciej się przemieścić, albo wyrywali gołębiom pocztowym pióra, by dołączyć je do korespondencji, ale równie powszechne, jak polowania na koty i szczury czy przyrządzanie koniny („Nie wolno od razu kłaść jej na patelnię, wtedy twardnieje. Przedtem trzeba ją zagotować w odrobinie wody” – doradzał Stanisław Kaczyński, bohater „Na zachodzie bez zmian”), stały się adopcje. Niekoniecznie zwierząt użytecznych w warunkach bojowych, takich jak koty, osiołki, drób czy wspomniany jeż.

W okopach swoje miejsce znalazły też dzikie zwierzęta, na przykład lew Kudłacz, po spotkaniu którego premier Asquith miał powiedzieć: „Być może się mylę, ale czy nie zobaczyłem właśnie na drodze lwa?”. Kudłacz należał jednak do zwierząt, które brytyjskie oddziały przywiozły ze sobą jako maskotkę; wśród pozostałych były między innymi: „irlandzki prosiak na statku w Dardanelach, kogut bantamka, wybrany, podobnie jak inne, ze względu na swoją nazwę przez 16. batalion z Pułku Bantamów w Cheshire; kozioł z Kaszmiru, podarowany przez króla batalionowi piechoty; stary koń, który walczył w wojnie burskiej, a w obecnej występował jako emeryt; ponadto szympans Dunny, antylopa Nancy, przywieziona przez jeden z batalionów południowoafrykańskich, niedźwiadki Kanadyjczyków, kangury Australijczyków”. Choć cały ten zwierzyniec w większym stopniu był pokazem potęgi imperium niż wyrazem przywiązania do zwierząt.

Nie miał grzbietu, ten nieszczęśnik, miał tylko dwa płaty mięsa na miejscu grzbietu, pod siodłem, szerokie jak moje dwie dłonie i gnijące, zażywa, z wielkimi zaciekami ropy, sączącej się brzegami derki aż do ścięgien pod kolanem. A jednak trzeba było kłusować na tem, raz, dwa. Skręcał się w kłusie. Ale koń, to jeszcze cierpliwsze od człowieka. Zataczał się a kłusował. Można go już było trzymać tylko na dworze. W stodole smród z ran był taki, że dusił. Gdy wsiadałem na niego, grzbiet tak go bolał, że się zginał, jakby usłużnie i wtedy brzuch opuszczał mu się do kolan

– pisał z brutalną szczerością Louis-Ferdinand Céline w „Podróży do kresu nocy” o francuskim podejściu do koni. Nie było to wyssane z palca ani tym bardziej z końskiego kopyta: Baratay zwraca uwagę, że stosunek żołnierzy do czworonogów nie może być rozpatrywany przez pryzmat dzisiejszych ciepłych relacji ze zwierzętami, bowiem wielu (zwłaszcza) Francuzów intuicyjnie hołdowało filozofii kartezjańskiej, która na całe stulecia ustaliła wizerunek zwierzęcia jako bezmyślnego automatu nieodczuwającego bólu. Dlatego tak różne są statystki śmiertelności zwierząt należących do Brytyjczyków, którzy jako pierwsi, dzięki działaniom irlandzkiego polityka Richarda Martina, wprowadzili w 1822 roku ustawę penalizującą przemoc wobec koni i bydła. Ponadto, nauczeni doświadczeniami wojny burskiej, w trakcie której zginęło ponad ćwierć miliona koni, a wiele z nich zostało zjedzonych, zdali sobie sprawę z wagi higieny transportu (Baratay poświęca jej cały rozdział). Brytyjska kawaleria, kiedy tylko mogła, zsiadała ze zwierząt, pozwalając im odpocząć, zamiast gnać je przez setki kilometrów, jak robili to Francuzi (ale nie tylko oni: również bohater Haška, były redaktor czasopisma „Świat Zwierząt”, kiedy trzeba było, przez dwa dni nie zsiadał z konia).

W trakcie Wielkiej Wojny stary świat musiał przejść przemianę na najbardziej elementarnych poziomach. Wojny nie dało się wygrać wytwornymi szarżami kawalerii, błyskotliwymi bon motami ani starymi, sprawdzonymi metodami, a te nowe – jak obozy koncentracyjne, gazy bojowe i siły powietrzne – nadal były w powijakach. Wobec nieoczekiwanego przebiegu wydarzeń (pamiętajmy, że Niemcy planowali zdobycie Paryża w ciągu miesiąca) prym powinny były wieść podstęp i technologia, jednak nie wszystkie armie były na to przygotowane. Barbara Tuchmann w „Sierpniowych salwach” opisuje, z jaką niechęcią spotkał się polityk i generał Adolphe Messimy, który chciał ubrać żołnierzy w spodnie i kepi innego koloru niż rzucający się w oczy czerwony: „Odziać żołnierza francuskiego w jakiś błotnisty, haniebny kolor – wołali bojownicy o sprawę armii – to spełnić najbardziej upragnione życzenia Dreyfusardów i masonów. Zakazanie wszystkiego, co kolorowe, wszystkiego, co nadaje żołnierzowi ożywiający wyraz – pisało «Echo de Paris» – jest przeciwstawieniem się dobremu smakowi francuskiemu i wojskowej funkcji munduru”. Trudno w tej sytuacji mówić o sensownym dbaniu o dobrostan zwierząt.

Niemieccy żołnierzy i muł w maskach gazowych 1916Niemieccy żołnierzy i muł w maskach gazowych, 1916

To wszystko znalazło odzwierciedlenie w statystykach: w armii francuskiej spośród 1 880 000 zmobilizowanych koniowatych zginęło co najmniej 40 procent, podczas gdy w armii brytyjskiej – ledwie 15. Trzeba jednak pamiętać, że delikatność Brytyjczyków względem koni, uwidoczniona chociażby w wojennej bajce Spielberga „War Horse” pod postacią wymuskanych i wrażliwych oficerów (granych przez pierwszorzędnych hollywoodzkich lowelasów, czyli Toma Hiddlestone’a i Benedicta Cumberbatcha), miała swoje granice: w momencie, kiedy zwycięstwo było już pewne, a zwierzęta okazały się zbędne, wiele z nich sprzedano do rzeźni, aby uniknąć kosztów transportu. Dopiero po wybuchu skandalu dowództwo zgodziło się na powrót 60 tysięcy koni z Francji.

Co więcej, w Brytyjskich placówkach zmarło zaledwie 2,6 procent leczonych zwierząt, przy 12 u Francuzów. Angielskie wojsko i 18 tysięcy weterynarzy zza kanału la Manche znacznie częściej przyjmowało ranne zwierzęta do lecznic. Francuscy weterynarze przyznawali, że „niedbałość, z jaką traktujemy te zwierzęce motory w czasie wojny, nadużycia, jakich się w pewnych wypadkach dopuszczamy – oto przyczyna wszystkiego”, oraz: „Zbyt często skłonni jesteśmy traktować konia jak nieożywioną maszynę, od której można bezlitośnie wymagać wszystkiego, co jest w stanie zrobić”. Julian Stryjkowski pisał w „Austerii” o krwawiących od ostróg końskich bokach, że „trzeba być koniem, żeby wytrzymać taką torturę”, w czym kryje się chęć przyznania głosu cierpiącemu zwierzęciu, wynikająca z rodzącej się w sytuacji wojny empatii. Musiała być ona powszechna, skoro – jak wylicza Baratay – na każdych dwóch żołnierzy armii francuskiej i brytyjskiej zginął jeden koń.

W zbiorowej wyobraźni I wojna światowa była wojną okopów, gazu i postępującej mechanizacji; w nieco szerszym aspekcie wojną obsesji: Wilhelma II na punkcie niemieckiego honoru i floty, Niemców na punkcie Planu Schlieffena, Francuzów na punkcie Sedanu i przełożonego na język wojskowości Bergsonowskiego pojęcia élan vital. Nie była jednak wojną zwierząt. Tymczasem w żadnym innym konflikcie zbrojnym nie były one tak masowo i powszechnie wykorzystywane, i to na każdym poziomie wojennej machiny (przypomnijmy, że zanim Wrocławianin Fritz Halber wypuścił swoje gazy pod Ypres i Bolimowem, latami gazował zwierzęta). Przyczyniły się one również do końcowego wyniku wojny: jedną z przyczyn ostatecznego niepowodzenia Kaiserschlacht, czyli wielkiej niemieckiej ofensywy z 1918 roku, były braki w zaopatrzeniu, wynikające z niedostatecznej mocy transportu, który mimo mechanizacji nadal w znacznej mierze opierał się na sile końskich nóg. Kiedy w 1916 roku pojawiły się pierwsze czołgi, dla równowagi na froncie zachodnim przybyło milion kawalerzystów i koni, których zabrakło na drogach i polach: w niektórych częściach Europy pod koniec wojny pola orały cyrkowe słonie, a działa ciągnęli ludzie.

Gołąb Juliusa NeubronneraGołąb Juliusa Neubronnera

Wbrew pozorom, pijanego jeża i rozerwanego konia, który – jak u Remarque’a – po trafieniu pociskiem potyka się o własne wnętrzności, nie dzieli tak wiele. W obu przypadkach zwierzęta znajdują się na froncie nie z własnej woli (chociaż Céline dostrzegał plusy tej sytuacji: „Konie to mają szczęście, gdyż jeśli również znoszą wojnę jak my, nikt od nich nie żąda, żeby się na nią pisali, żeby udawali, że w nią wierzą. Nieszczęśliwe, ale wolne konie! Entuzjazm niestety jest tylko dla nas, ta kurwa!”) i nie z racji swoich właściwości – w armiach konie jeździeckie wykorzystywano jako pociągowe, psy służyły do ciągnięcia karabinów, a jeże do wykrywania min.

Zwierzęta w tych warunkach odnajdywały się różnie w zależności od indywidualnych predyspozycji oraz zachowania ich opiekunów, którzy w większości przypadków mieli znacznie więcej współczucia niż żołnierze. Dobrze to widać we wspomnianym „War Horse”, gdzie wszyscy opiekunowie koni sprawiają wrażenie postaci prosto z „Dnia na wyścigach”, i nawet Niemiec nie jest demonizowany (u Rotha pojawia się postać pułkowego lekarza, „któremu przez całe życie zwierzęta były obojętne”, jednak pod wpływem dramatycznych wydarzeń zaczyna tęsknić za swoim wierzchowcem). Same zwierzęta w filmie, podobnie jak w większości wspomnień i publikacji, antropomorfizuje się zbyt mocno, co po części wynika z faktu, że niektóre z nich zyskały status równy, a czasem nawet przewyższający swoich dwunożnych opiekunów.

Sierżant StubbySierżant Stubby

Początkowo odznaczano głównie weterynarzy i opiekunów, lecz z czasem honorów doczekały się również zwierzęta, co poprawiło ich warunki bytowe i skuteczność. Baratay zwraca uwagę, że był to o wiele częstszy zwyczaj w wojskach anglosaskich i germańskich niż włoskich i francuskich, gdzie zdarzało się to „rzadko i w sposób nieoficjalny (we Francji pochwałę za zasługi podczas wojny otrzymuje zaledwie kilka psów i gołębi, ale zapewne żadne z koniowatych)”. Pochwała dla gołębia nr 2006 z mobilnego gołębnika T8 to jednak niewiele w porównaniu z tysiącami konnych i psich ofiar oraz z szacunkiem, jakiego doczekał się chociażby sierżant Stubby – przypominający Winstona Churchila pies, który w czasie wojny zyskał wyższy stopień niż jego opiekun, a w późniejszych latach spotkali się z nim trzej kolejni prezydenci Stanów Zjednoczonych. Na froncie oczywiście znalazł się przypadkiem, przypałętał się bowiem w trakcie ćwiczeń do 102. Pułku Piechoty w New Haven. Przez osiemnaście miesięcy służby wziął udział w siedemnastu bitwach, ostrzegał przed gazem musztardowym, odnajdywał rannych, a nawet złapał niemieckiego żołnierza. W przyszłym roku na ekrany kin ma wejść film animowany o Stubbym. Sądząc po pierwszym zwiastunie, zapowiada się na infantylną wersję Reksia w okopach.

Obserwacje Barataya na temat nieobecności zwierząt w dyskursie historycznym (i w masowej wyobraźni) potwierdza to, jak późno kinematografia zainteresowała się obecnością nie-ludzi na Wielkiej Wojnie. Pierwszy wysokobudżetowy film o roli zwierząt w starciach I wojny światowej, czyli „War Horse”, będący adaptacją książki dla dzieci opublikowanej w 1982 roku, został nakręcony dopiero w 2011 roku. Przez dziesiątki lat zwierzęta były marginalizowane, do tego stopnia, że pierwszej, nagrodzonej Oscarem ekranizacji „Na zachodzie bez zmian” z 1930 roku nie ma dramatycznej sceny z końmi rannymi podczas ostrzału. W książce Remarque’a pada w niej jedno z najbardziej przerażających i humanitarnych jednocześnie zdań: „Nigdy jeszcze nie słyszałem krzyczących koni i ledwie mogę uwierzyć. To cała nędza świata, wszelkie udręczone stworzenie, dziki, przeraźliwy ból tu jęczy”. W tej samej powieści rolnik Detering, nie mogąc skrócić cierpienia zwierząt, mówi: „To najgorsze świństwo, że się pcha zwierzęta na wojnę”. W telewizyjnej adaptacji z 1979 roku scena jest już odpowiednio jak na swoje czasy udramatyzowana, co dowodzi rosnącego zainteresowania tematyką zwierzęcą, znacznie wyraźniej obecną jednak w literaturze niż kulturze masowej.

Baratay, być może dzięki temu, że nie jest wybitnym stylistą, lecz pragmatycznym historykiem, opiera się pokusie nadmiernego dramatyzowania i poetyzowania, skupiając się na badaniach i faktach. Nie tylko stara się pokazywać historię ze zwierzęcego punktu widzenia, ale sporo miejsca poświęca fizjologii, zwłaszcza zmęczonych i rannych zwierząt. Po tej lekturze nie sposób spojrzeć tak samo na zaczarowane krakowskie konie ciągnące zaczarowane dorożki. Sto lat temu ledwie żywe ciągnęłyby działa Kruppa.