Korzystanie z zasobów
fot. Jerzy Wypych

10 minut czytania

/ Sztuka

Korzystanie z zasobów

Anka Herbut

Tegoroczny TIFF Festival to bardzo dobra edycja o spójnie i konsekwentnie zakomponowanym programie. Ograniczone środki zostały potraktowane jako sytuacja generująca alternatywne możliwości. Chodzi o umiejętne korzystanie z tego, co się ma

Jeszcze 3 minuty czytania

W tym roku tematem nadającym kierunek wrocławskiemu festiwalowi fotografii TIFF stały się szeroko rozumiane zasoby. Nie chodziło jednak tylko o dość tradycyjnie pojmowane zasoby ludzkie czy finansowe, które w kontekście tego typu przedsięwzięć rozważa się niemal automatycznie. Chodziło też – a może zwłaszcza – o fotograficzne obrazy przeszłości, które gromadzi się na później. O to, co otacza nas w przestrzeni miejskiej i wirtualnej, co się w nas mimowolnie osadza w postaci ciężaru wspomnień i doświadczeń albo do czego dostęp uniemożliwiają nam blokady twórcze. O to wszystko, co wokół nas i w nas samych krąży lub zalega i co trzeba najpierw zauważyć, żeby móc to dobrze wykorzystać.

Tegoroczny TIFF to bardzo dobra edycja o spójnie i konsekwentnie zakomponowanym programie. I choć ograniczone środki, stwarzające wiele trudności, stanowią tło wszystkich produkowanych w ramach festiwalu wydarzeń, to okoliczności te zostały potraktowane przez kuratorów i artystów jako sytuacja generująca alternatywne możliwości. W ramach wystawy „Zablokowane” blokada twórcza staje się w ujęciu Antoniny Gugały strategią oporu wobec kapitalistycznego przymusu produkcji 24/7, a w wydaniu Rafała Milacha każe zmienić dotychczasowe medium wypowiedzi artystycznej. Świetny zin Konrada Trzeszczkowskiego, „I can do what other people can't”, wiąże się z niemożnością realizowania podstawowych celów życiowych w intensywnym procesie twórczym. Prezentowane na wystawie „Uśpiłem czarnego kota” fotografie Krzysztof Solarewicz wykonuje na raczej tańszych niż droższych kliszach, co przekłada się na bardzo ciekawą i charakterystyczną dla tego artysty jakość wizualną. Chodzi o umiejętne korzystanie z tego, co się ma.

TIFF Festival – Zasoby

Wystawy:
„Przywiezione” – do 29.10,
„Zablokowane” – do 08.10,
„Rozpoznane” – do 30.09,
„Uśpiłem czarnego kota” – do 22.09,
„Zuchwałość i młodość” – do 21.09,
Wrocław
www.tiff.wroc.pl

Nie wszystkie jednak zasoby pozwoliły w tym roku na przechwycenie i eksploatację. Odbywający się w ramach otwarcia festiwalu performans Diany Lelonek, będący częścią wystawy „Rozpoznane” w Galerii BWA Studio Wrocław, polegać miał na doprowadzeniu wody z Odry do szklanego kubiku i odprowadzeniu jej z powrotem. Harmonijnie zamknięty obieg mógł stać się dowodem na możliwą symbiozę człowieka ze środowiskiem czy sztuki z kontekstem życia codziennego. Tymczasem napływająca pod ciśnieniem woda sprawiła, że szklany sześcian eksplodował, trochę wody się wylało, a reszta wróciła tą samą drogą z powrotem do Odry.

Paradoksalnie jednak ten scenariusz wydaje się znacznie ciekawszy niż ten zaplanowany. Kontekstem dla pracy Lelonek było nadanie statusu osoby prawnej nowozelandzkiej rzece Whanganui czczonej przez Maorysów. Whanganui ma w tej chwili takie same prawa jak niepełnoletni obywatel, a uchwała z 2017 roku uznaje głęboką więź między plemieniem i jego rzeką. Nagranie obrad nad tą właśnie uchwałą jest dopełnione nagraniem z performansu Lelonek oraz krótkim tekstem ukazującym podporządkowanie polskich rzek czynnikowi ekonomicznemu. W Polsce, wiadomo, rząd przyrodę traktuje dosyć użytkowo. Dlatego niezamierzone w tak radykalnym kształcie działanie artystki – a raczej rzeki i artystki – może sugerować,  że zasoby naturalne są aktorami posiadającymi moc sprawczą, więc należy je traktować podmiotowo. Podobnie zresztą jest ze zdjęciami prezentowanymi na wystawach tegorocznego TIFF-u. Nie dałyby się okiełznać i spacyfikować – w pewnym sensie same wskazują obszary poszukiwań myślowych i formułę prezentacji. I nikt nie próbuje im tej sprawczości odebrać.

Performans Diany Lelonek „Wprowadzanie Odry do galerii z Dianą Lelonek”, fot. Jerzy Wypych

Nadrzędną zasadą wystawy „Przywiezione”, kuratorowanej przez Agnieszkę Pajączkowską i Łukasza Rusznicę i pokazywanej w galerii Dizajn BWA Wrocław, jest oddanie kontroli nad jej ostatecznym kształtem w ręce zwiedzających. Propozycja bazowa to ekspozycja prezentująca rodzinne archiwa fotografa i naukowca oraz twórcy fotograficznej techniki izohelii, Witolda Romera, sprowadzone po wojnie z Lwowa do Wrocławia. Skanowane ze szklanych negatywów fotografie nie zostały oczyszczone z niedoskonałości – czasem widać na nich ślady zalania, działania grzybów czy mechaniczne usterki. Są wśród nich kojące ukraińskie pejzaże i niewinne portrety chłopów, których historia zakończyła się krwawo zaraz po zrobieniu zdjęcia. Są pozowane zbiorowe fotografie rodziny Romerów, dowcipne zdjęcia z podróży, jest tajemnicza muza Witolda Romera. To, co w naturalnym odruchu chce się zachować w pamięci. Umieszczone w prostych ramach, zdjęcia funkcjonują jednocześnie jako archiwa domowe i fotografia artystyczna. Zależnie od tego, jak podłączy się do nich widz. Przekonuje o tym zwłaszcza jedno niewielkich rozmiarów zdjęcie kobiety o ledwie widocznej twarzy. Towarzyszy mu krótki cytat z Barbary Romer – wnuczki Witolda, a obecnie spadkobierczyni jego zbiorów: „Lubię to zdjęcie, bo to jedyne, na którym babcia się uśmiecha”.

Ale „Przywiezione” to wystawa interaktywna i to w bardzo analogowym, urzekającym, sensie: publiczność może dopełnić ją własnymi zdjęciami, przywiezionymi do Wrocławia między 1945 rokiem a dniem dzisiejszym. Sporo zdjęć się już zresztą pojawiło. Na odwrocie każdego znajduje się krótki opis, pozwalający odkrywać je z perspektywy estetycznej lub poprzez spersonalizowaną narrację tego, kto je do galerii przyniósł. Dzięki temu wytwarza się społeczno-emocjonalna mapa miasta, a zasoby prywatne zaczynają wkraczać w granice przestrzeni publicznej.

„Przywiezione”

Z kolei w wystawie Krzysztofa Solarewicza „Uśpiłem czarnego kota” zasoby przeszłości wykorzystywane są w zupełnie inny sposób. Nie tyle po to, by pamiętać, ile by pewnemu etapowi nadać kształt i przyjrzeć mu się z dystansu. Na wystawie kuratorowanej przez Beatę Bartecką w galerii Miejsce przy Miejscu 14 rozwieszone wzdłuż ścian i pozbawione ram zdjęcia tworzą mniej lub bardziej regularne linie. Delikatnie tylko przesunięte względem siebie. Ledwie zauważalnie. Wszystkie zdjęcia są mniej więcej tej samej wielkości. Niektóre się powtarzają – w nowym kontekście nabierają innego sensu i inaczej działają na odbiorcę. Trochę przypominają zdjęcia z rodzinnego album, które bardzo chce się zobaczyć wszystkie na raz. Może się też wydawać, że stanowią utopijną próbę ujarzmienia tego, co się nazbierało, a teraz się ulewa. Ale ciężko doszukać się tu jakiegoś porządku. Owszem, pewne elementy, wzory i tematy się powtarzają, ale na tej samej zasadzie, na jakiej kompulsywnie mielimy te same myśli i wspomnienia. To nie jest zamknięta struktura. Próba uporządkowania byłaby chyba w tym wypadku tożsama z próbą przyblokowania tego, co jeszcze w tych zdjęciach nieodkryte.

Każda fotografia opowiada tu osobną historię. Drobne linki pozwalają budować między nimi asocjacje, ale nawet one wynikają z wewnętrznej konstrukcji emocjonalnej odbiorcy. To właśnie miejsce podłączenia. Na jednym ze zdjęć dziecko na tle meblościanki rozrzuca w powietrzu karty do gry. Na innym absurdalne trofea po zabitych zwierzętach pokrywają ściany jakiegoś muzeum. Dalej są układające się w podobne kształty pajęczyny. Podwójne okulary składające się z dużych, grubych szkieł. Gdzie indziej pochylona kobieta z rurą od odkurzacza. Albo inaczej: grupka ludzi na tle lasu wpatrzona w jakiś punkt, schowany daleko za obiektywem fotografującego ich aparatu. Podobna energia towarzyszy całej wystawie Solarewicza. Energia zapatrzenia w to, co stanowi o naszej tożsamości. W przeszłość, konstytuujące nas relacje i zależności: rodzinne, geograficzne i emocjonalne. Wszystkie zdjęcia wyglądają, jakby zostały zrobione kilkanaście lat temu, tymczasem niektóre są całkiem świeże.

W perspektywie dwuznacznego tytułu, który na poziomie metaforycznym interpretować można jako łagodny gest uśpienia niepokojącej myśli albo też jako radykalną próbę uwolnienia się od jakiegoś ciężaru, wystawa Solarewicza przestaje być tak prosta do zaklasyfikowania, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie do końca chodzi w niej przecież o domknięcie, przepracowanie i pozbycie się wskazanych wątków. Raczej o ich oswojenie i odnalezienie w nich sensu. Choćby tymczasowego. Pierwotnie wystawa miała zresztą nosić tytuł „Garb przydaje się na pustyni”.

„Przywiezione” i „Uśpiłem czarnego kota” to zdecydowanie najciekawsze wystawy tegorocznej edycji. Na koniec warto jednak jeszcze wspomnieć o świetnej ekspozycji Yulii Krivich (pod opieką Krzysztofa Pacholaka), odbywającej się w ramach otwartej selekcji festiwalu przeznaczonej dla młodych twórców. Pracując nad projektem „Zuchwałość i młodość” Krivich przez dwa lata fotografowała środowisko dwudziestokilkuletnich ukraińskich nacjonalistów, urodzonych na niepodległej Ukrainie, walczących na Majdanie i sprzeciwiających się rosyjskiej polityce – nacjonalistów posiadających status celebrytów i weteranów wojennych jednocześnie. Artystkę interesowało jednak nie tyle przyjrzenie się fenomenowi młodych nacjonalistycznych środowisk kibolskich, co zderzenie ich codziennych praktyk z kreowaną przez nich na Instagramie rzeczywistością i konsekwencje nieświadomie w ten sposób promowanej wizji bohatera narodowego.