Festiwal w Gdyni: zagubienie

6 minut czytania

/ Film

Festiwal w Gdyni: zagubienie

Jakub Socha

W Gdyni pokazano debiutanckie filmy Denijana Hasanovića i Jagody Szelc. W obu nie bardzo wiadomo, o co chodzi

Jeszcze 2 minuty czytania

Rozumiesz coś z tego? – zapytałem po godzinie siedzącego obok mnie kolegę z Białegostoku. Nie, ale mam wódkę, chcesz? – odpowiedział kolega. Jasne, że miał – na festiwalu filmowym w Gdyni alkohol jest równie powszechny jak powietrze; nawet w biurze prasowym czeka na dziennikarzy piwo i wino. Nie wyciągałbym z tego jakiś przesadnie odkrywczych wniosków, nie zapominałbym jednak, że na kacu film ogląda się po prostu inaczej. Całe szczęście był to dopiero pierwszy dzień i czysta głowa. Wypiliśmy więc po łyku, niestety nic się nie rozjaśniło.

Debiutancki film Denijana Hasanovića „Catelina” do końca pozostał dla mnie tajemnicą – nie wiem, kto mógł w ogóle skierować do realizacji tak niedopracowany projekt. To ten rodzaj kina, w którym bohaterka, mimo że żyje we współczesności, biega po mieście w poszukiwaniu budek telefonicznych, żeby do kogoś zadzwonić; biegnąc, przechyla się niebezpiecznie na prawą stronę, bo w prawej ręce dźwiga wielką walizkę, choć jest to walizka na kółkach, którą spokojnie można by na nich postawić i sobie trochę ulżyć. Ale gdzie tam. Catelina nic sobie nie chce ułatwiać, nikomu nie pozwoli sobie pomóc, sama nie wie, czego chce. Jest dzieckiem we mgle, które urwało się z choinki – które porzuciło Paryż na rzecz Sarajewa, bo stwierdziło, że pojedzie tam, żeby przeprowadzić badania na temat zbrodni wojennych w byłej Jugosławii. Z badań nic nie wychodzi, więc bohaterka ląduje w mieszkaniu pewnej Bośniaczki, która ma traumę po śmierci brata i romansuje z pewnym Polakiem, który ma w Polsce żonę.

Losy tej trójki reżyser splata ze sobą z uporem godnym lepszej sprawy. Konstruuje dla bohaterów przedziwne sceny, w których szukają się po knajpach, kłócą się na polu golfowym albo rozmawiają o liczbie kroków, które trzeba wykonać, żeby dojść z punktu „a” do punktu „b”. Uwaga – okazuje się, że ta liczba nie zawsze jest taka sama. Gdyby ktoś zapytał reżysera „dlaczego?”, ten pewnie odpowiedziałby: „pomidor”. Lęk przed tym, żeby, nie daj boże!, coś stało się zbyt oczywiste, przed jakąś zwykłą sceną, w której bohaterowie choć przez chwilę po prostu żyją, skutkuje tym, że puszcza się ich samopas, a zza kadru włącza się wątpliwej jakości monologi Cateliny, odczytywane przez nią na głos fragmenty jej pamiętnika, który po jakimś czasie okazuje się brudnopisem do jeszcze nie napisanej książki – bałbym się ją czytać. Nie, nie tak się robi kino artystyczne.

Kino artystyczne, a właściwie kino wysokoartystyczne reprezentuje też „Wieża. Jasny dzień”, debiutancki film Jagody Szelc. To ten rodzaj kina, który zaczyna się od planszy z napisem „Wieża”, a kończy planszą z napisem „Jasny dzień”. Środek wypełniają cuda-niewidy. Drzewo dymi jak nadepnięta w lesie purchawka, w wiadomościach trąbią o śmierci Dalajlamy, proboszcz zapomina słów odprawianej mszy i zamiast nauczać, poleguje na kościelnych ławkach, pies ryje w ziemi, jakby szukał w niej zakopanego diabła, kobieta podjada z worka śmieci, jej ciężko chora matka zdrowieje z dnia na dzień, po lesie błąka się uchodźca, w kominie trzepocze skrzydłami uwięziony ptak, którego tak naprawdę tam nie ma, a nad wszystkim unoszą się długie niskie i głośne dźwięki, miejscami przypominające ultrasonograf.



Akcja rozgrywa się w przyszłości, w Kotlinie Kłodzkiej, i koncentruje się wokół uroczystości komunijnych. Ale to tylko zmyła – tak naprawdę akcja skupia się wokół postaci dawno niewidzianej tajemniczej ciotki, która ma w sobie coś z wiedźmy i dostęp do jakiegoś innego porządku, ukrytego przed wzrokiem ludzi. Tłem dla jej guseł jest życie rodzinne i praktyki wczasowe – obiadki, zakrapianie oczu, kąpiele w rzece, wspominki i kłótnie. Takiej mikstury w polskim kinie dawno nie widziałem, a może wręcz nie widziałem jej nigdy.

Gdyby ktoś mnie zapytał, o co tu chodzi, też nie potrafiłbym opowiedzieć, tyle że w odróżnieniu od „Cateliny” tu mi to nie przeszkadza. Film Hasanovića buksuje w miejscu, a Szelc wciąga w świat, który wymyka się prostym definicjom i który nie tak łatwo zracjonalizować. Mówi się w Gdyni, że to kino metafizyczne – jeśli chodzi o kino metafizyczne, to jednak wolę zdecydowanie to, które trzyma się blisko ziemi. Kamera, która frunie nad światem – jak to ma miejsce w „Wieży. Jasnym dniu” – nie kojarzy mi się niestety z okiem boga. Patrząc na tego typu ujęcia, myślę raczej o dronach, nadużywanych obecnie przez filmowców, no ale to już chyba mój problem. Choć wolałbym, żeby nie wszystko było tu tak podniosłe, trudno nie docenić odwagi Szelc, która nie chce asekurować się ironią, sugestią, że to wszystko to tylko zabawa z gatunkiem.

To o tej grze mógłby z pewnością powiedzieć pisarz z „Amoku” Kasi Adamik, a za nim pewnie też reżyserka, która w swoim kolejnym filmie podejmuje tzw. grę z gatunkiem. Pisarz jest pierwszej wody psycholem, autorem krwawej powieści, która dla wrocławskiego policjanta staje się kluczem do zagadki pewnego morderstwa. Literat, od niedawna też podejrzany, co chwilę chwali się, że wie, o co chodzi z Nadczłowiekiem i co to precesja symulakrów. Trochę niestety wygląda to tak, jakby reżyserka chciała nam sygnalizować, że ona też wie. To miło. „Amok” udowadnia niestety, że to się wcale nie musi przełożyć na kino. Z tej erudycyjnej szarży najbardziej zapamiętałem wałkowany tu na prawo i lewo cytat o tej otchłani, która patrzy się na ciebie, gdy ty się na nią patrzysz. I jego parafrazę ukutą przez policjanta: gdy długo patrzysz się w otchłań, przyzwyczajasz się do tego. Zarówno jeden, jak i drugi wariant frazy Nietzschego dałoby się zastosować do gdyńskiego doświadczenia – tego jedynego w swoim rodzaju tygodnia w roku, gdy człowiek zajmuje się tylko oglądaniem polskich filmów. Jak dokładnie? Tego jeszcze nie wiem, ale to jeszcze nawet nie półmetek.