Wojna to nie wszystko
fot. Maksym Rudnik i Marek Michalski/MPW

7 minut czytania

/ Muzyka

Wojna to nie wszystko

Piotr Szwed

Album „Jestem przestrzeń” Moniki Borzym, na którym jazzowa wokalistka interpretuje wiersze Anny Świrszczyńskiej, to jedna z najlepszych płyt wydanych przez Muzeum Powstania Warszawskiego

Jeszcze 2 minuty czytania

Monika Borzym potrzebowała poezji Anny Świrszczyńskiej. Artystyczna droga 27-letniej wokalistki przypominała dotąd pasmo spełniających się marzeń. Bezsprzecznie uzdolniona, starannie wykształcona piosenkarka szybko podpisała kontrakt z dużą wytwórnią i postawiła na jazzowy repertuar. Jej płyty zyskały zyskały w Polsce status złota i platyny. Ona sama zaś szansę współpracy z wybitnymi muzykami, m.in. z amerykańskim mulitinstrumentalistą Larrym Campbellem. W tym success story czegoś jednak brakowało. Nawiązując do telewizyjnego show, w którym Borzym niedawno wzięła udział, można powiedzieć, że wadą jej dotychczasowych nagrań było to, że „brzmiały znajomo”. Nie potrafiła bądź nie chciała wyjść z roli interpretatorki. Zaczęła od płyty z coverami („Girl Talk”) i do nich w zeszłym roku powróciła na albumie poświęconym twórczości Joni Mitchell. Poruszała się w obrębie bezpiecznych, kojących dźwięków, śpiewała uniwersalne teksty w najbardziej uniwersalnym języku świata. Subtelność może być wielkim atutem, chyba że zmienia się w zwyczajny brak wyrazistości.

W historii polskiej jazzowej piosenki ogromną rolę odegrały świetne teksty, pisane przez Agnieszkę Osiecką, Wojciecha Młynarskiego czy Jeremiego Przyborę. Między innymi dzięki nim Ewa Bem czy Hanna Banaszak stały się artystkami tak rozpoznawalnymi. Monika Borzym, w której wielu słusznie upatruje spadkobierczyni tych postaci, jak dotąd śpiewała niemal wyłącznie po angielsku. Prawdopodobnie długo się nie wahała, gdy Muzeum Powstania Warszawskiego zaprosiło ją do roli wokalistki projektu poświęconego Annie Świrszczyńskiej. W ten sposób autorka „My Place” znalazła się we właściwym dla siebie miejscu i czasie. Otrzymała szansę nadania swojej twórczości bardziej indywidualnego charakteru.

Poezja Anny Świrszczyńskiej potrzebowała Moniki Borzym. To banał, że nawet twórczość klasyków (a może szczególnie ona) potrzebuje ponownych artystycznych odczytań. Potrzebuje ich bardziej niż organizowanych odgórnie akcji narodowego czytania czy obecności w kanonie lektur szkolnych. Do niego tak na marginesie warto by w końcu Świrszczyńską, poetkę dziś nieco zapomnianą, wpisać. Język autorki „Budowałam barykadę” jest bowiem jednocześnie uniwersalny i bardzo osobisty, sugestywny, bliski potocznej polszczyźnie. Świrszczyńska to doskonały materiał do muzycznego zagospodarowania. Z tej okazji przed Moniką Borzym skorzystała jedynie Maria Peszek na swojej pierwszej i najlepszej płycie, „Miastomanii”, umieszczając w jednej z piosenek fragment wiersza „Suka”.

Monika Borzym, Jestem przestrzeń. Wiersze Anny Świrszczyńskiej, Muzeum Powstania Warszawskiego 2017Monika Borzym, Jestem przestrzeń. Wiersze Anny Świrszczyńskiej”,
Muzeum Powstania Warszawskiego 2017

Muzeum Powstania Warszawskiego, wydając płytę „Jestem przestrzeń”, kolejny raz udowodniło, że w swoich artystycznych przedsięwzięciach potrafi być dalekie od promowania infantylnej wersji patriotyzmu. Albumowi nie da się zarzucić, że bazując na powstańczym doświadczeniu Świrszczyńskiej (była sanitariuszką), kreuje ideologiczną opowieść. Można go wręcz postrzegać jako protest przeciwko instrumentalnemu traktowaniu człowieka i literatury.

Uwaga nie została skupiona na tomie „Budowałam barykadę”. Jest on reprezentowany tylko przez dwa teksty. Oba wyrażają pragnienie przeciwstawienia się przemocy i przetrwania za wszelką cenę:

Ja przeżyję.


Znajdę taką najgłębszą piwnicę,
zamknę się, nie wpuszczę nikogo,
wygrzebię w ziemi jamę,
zębami wygryzę cegły,
schowam się w murze, wejdę w mur
jak stonoga.

Wszyscy umrą, a ja
przeżyję.
(„Człowiek i stonoga”)

Poszczególne elementy albumu układają się w spójną opowieść o różnych formach wolności: odkrywanej, manifestowanej, uświadamianej sobie w coraz większym stopniu jako wartość, której należy bronić:

Jestem przestrzeń
nie zamieszkana.
Błagam was,
nie zaludniajcie mnie.
Nie wstawiajcie we mnie niczego.
Ani krzesła,
ani nadziei zmartwychwstania,
ani tabliczki mnożenia,
ani celu
ani kodeksu przepisów drogowych
ani imienia, ani wieku, ani płci.
(„Jestem przestrzeń”)


Monika Borzym, choć czasem może drażnić przesadną egzaltacją (szczególnie refrenie singlowego „Muszę to zrobić”), dobrze odnalazła się zarówno w utworach bliskich melorecytacji (świetny duet z Wojciechem Waglewskim w „Bardzo smutnej rozmowie nocą”), jak i w konwencji dość swobodnej, na tle całego albumu, bluesowej piosenki „Jak głupi pies”. Piosenkarka stała się narratorką rozpisanej na wiersze historii. Wojna jest w niej tylko (ważną, ale nie jedyną) częścią doświadczenia kobiety walczącej o swoją tożsamość – z ludźmi, ideami, a nawet własną emocjonalnością:

Szczęśliwa jak pies włóczęga
co dzień i noc nosi w kudłach
wiatr i mróz.

Jak pies, co nie da się uwiązać
na łańcuchu żadnej miłości
I z nim są tylko
jego cztery kudłate
łapy.
(„Jak głupi pies”)

Wyciszone, ale dynamicze kompozycje Mariusza Obijalskiego pasują zarówno do tekstów Świrszczyńskiej, jak i do głosu Borzym. Smyczki pojawiają się w sposób daleki od sztampowości. Zakończenie kompozycji „Wszystkie chwyty dozwolone”, dzięki stopniowemu natężaniu powtarzanych dźwięków, wywołuje wręcz skojarzenia z finałem „Burn The Witch” Radiohead. Śledzenie aranżacji poszególnych instrumentów, które stopniowo zaznaczają swoją rolę na momentami niemal ambientowym tle, to fascynujący przegląd rozwiązań charakterystycznych dla współczesnego jazzowego minimalizmu. Słychać tu wyraźnie, że jednym bohaterów Obijalskiego jest legendarny Bill Evans, słynący z oszczędnego, impresjonistycznego stylu gry.

Jacek Świąder napisał, że „Jestem przestrzeń” to „jedna z najlepszych płyt w serii Muzeum Powstania”. Trudno się z tym nie zgodzić. Można co prawda narzekać, że wybór tekstów zaproponowany przez Agnieszkę Glińską prezentuje Świrszczyńską w wersji nieco ugrzecznionej. Nie znajdziemy wśród nich ani wierszy krytycznych wobec dowódców powstania, ani tych odważnie przełamujących w polskiej literaturze tabu pisania o seksie czy bolesnych doświadczeniach ciąży. Album został jednak skonstruowany w określony sposób ze względu na Monikę Borzym. Poświęcono więc prowokacyjność w imię stylistyki. Poezja Świrszczyńskiej to po prostu zbyt duża przestrzeń na jedną, nawet tak dobrą, płytę.