Nie tylko kociaki
Wojciech Plewiński, z cyklu Nowa Huta, 1958

Nie tylko kociaki

Rozmowa z Wojciechem Nowickim

Fotografia to twór wielokomórkowy, rozległy, nie można zawężać jej pola do dzieł sztuki czy fotografii rodzinnej. To także dokumentacja kosmosu albo komórki, reportaż, fotografia medyczna, w tym rentgen. Długo by wymieniać – rozmowa z kuratorem wystawy Wojciecha Plewińskiego

Jeszcze 4 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Wojciech Plewiński jest utożsamiany głównie z fotografią portretową i okładkami starego „Przekroju”. Pan jednak nie włączył do wystawy „Żarliwa ciekawość” ani jednego z tych zdjęć.
WOJCIECH NOWICKI: Uczestniczyłem w projekcie cyfryzacji negatywów Wojciecha Plewińskiego. Te 300 zdjęć, które znalazły się na wystawie „Żarliwa ciekawość”, to zaledwie ułamek potężnego archiwum, nad którym pracuję z Fundacją Sztuk Wizualnych. Przy tak olbrzymim materiale można sobie pozwolić na nowe rozdanie, przewartościowanie i pokazanie Plewińskiego, jakim on sam dotąd się nie pokazywał. Plewiński to nie tylko „kociaki” i „Przekrój”.

Portrety pięknych młodych kobiet z okładek „Przekroju” zdominowały jednak twórczość Plewińskiego.
Całkowicie go zaszufladkowały. Został zamknięty w złotym pudełku: z jednej strony praca w tak ważnym periodyku jak „Przekrój” postawiła go na piedestale i była powodem do dumy, ale z drugiej ograniczała, nie pozwalała zobaczyć niczego poza nią.

Dlaczego postanowił pan zmierzyć się z tą szufladką?
Muszę przyznać, że Wojciech Plewiński na początku działał na mnie w pewnym sensie odstraszająco. Kraków mitologizuje swoich bohaterów, jeszcze za życia spiżowi siedzą na ławeczkach czy kawiarnianych krzesłach. Plewiński bez wątpienia należy do grona krakowskich ikon, m.in. obok bohaterów jego zdjęć – Tadeusza Kantora, Piotra Skrzyneckiego czy Sławomira Mrożka. Ale obudziła się we mnie dojmująca ciekawość, chęć zajrzenia poza tę fasadę.

Wojciech Nowicki

ur. w 1968 r., kurator wystaw fotograficznych, dziennikarz i pisarz. Autor esejów o fotografii „Dno oka” (2010) oraz „Odbicie” (2015). Wspólnie z Fundacją Sztuk Wizualnych podjął się uporządkowania i digitalizacji archiwum Wojciecha Plewińskiego. Jest kuratorem wystawy „Wojciech Plewiński. Żarliwa ciekawość” w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie (do 4 października 2017).

Co pan za nią odkrył?
Fantastycznie uzdolnionego fotografa, obdarzonego ciepłym stosunkiem do świata, ale też bacznego obserwatora rzeczywistości. Poza tym skromnego faceta, który nie demonizuje i nie mitologizuje swojej roli w fotografii, ale raczej usuwa się w cień. Dlatego nabrałem przekonania, że trzeba zawalczyć za niego.
Odkryłem też coś, co nazywam trwaniem w czasie. Przyjmuje się, że jego kariera zaczęła się w 1956 czy 1957 roku, a skończyła pod koniec lat 80. A przecież fotografował jeszcze zanim zaczął pracować dla „Przekroju” i robi to do dziś. Te najwcześniejsze i najpóźniejsze zdjęcia są niezwykle ciekawe, często zaskakujące.
Największym odkryciem tej wystawy, również dla samego autora, są zdjęcia robione od 1952 roku, zanim stał się tym Plewińskim z „Przekroju” i innych pism. Bardzo wcześnie w dojrzały sposób układał swój świat. Widać w nich zdolność do natychmiastowego komponowania rzeczywistości, układania jej w kadry, wyniesioną być może ze studiów na ASP czy, później, z architektury.
Wiele było tych zaskoczeń, na przykład dotarłem w archiwum do odbitek zdjęć z Jugosławii. Krótki cykl z 1968 roku, na wystawie pokazujemy ledwie ponad dziesięć fotografii, jest opowieścią o starym rybaku, który codziennie wyrusza z kamienistej plaży i harpunem łowi ośmiornice. Ten człowiek też wygląda jakby był z kamienia.

Wojciech Plewiński, z cyklu Zauważone, Witowice Dolne 1976Wojciech Plewiński, z cyklu Zauważone, Witowice Dolne 1976

Z pana wyboru zdjęć Wojciech Plewiński ukazuje się jako rasowy fotoreporter.
Bywał fotoreporterem, który jeździł w teren na zlecenie redakcji i często przywoził porażająco mocny materiał. Dostawał nagrody za swoją pracę, na przykład za fotoreportaż z wizyty papieża w Polsce w 1979 roku. Trudno jednak powiedzieć o nim, że to rasowy fotoreporter. Nie zabiegał o dokumentowanie wydarzeń ważnych dla kraju ani mniej spektakularnych politycznych zjazdów, spotkań i zebrań, co widać na zdjęciach fotoreporterów lat 60. czy 70. Pociągało go coś całkiem odmiennego. Fascynujący jest cykl „Ziemie Zachodnie” z 1957 roku, powstały na zlecenie „Tygodnika Powszechnego”. Plewiński miał udokumentować, jak „nasze”, „piastowskie” tereny odradzają się pod łaskawym okiem władzy ludowej, a wyszedł z tego zapis ośmiu dni podróży przez ruiny i smutek – wypatroszone miasta, zamurowane wejścia do hoteli i sklepów, wałęsające się dzieci. W „Tygodniku” ostatecznie ukazało kilka zdjęć, z których trudno cokolwiek wyczytać. Sam Plewiński mówił po latach, że ten reportaż nie mógł się udać: on te ziemie doskonale znał, jego rodzina przyjechała z Kresów i osiedliła się na Dolnym Śląsku, wiedział, jak tam jest. Zdjęcia nie miały szans przejść przez cenzurę, ale zachowały się i dziś je pokazuję, bo to jeden z najwspanialszych dokumentów epoki. Plewiński nie umiał pracować wbrew sobie.

Olbrzymią przyjemnością było też zagłębienie się w inny jego cykl z 1957 roku, zatytułowany „Italia ’57”. To relacja z jego pierwszej wycieczki zagranicznej, kiedy to z grupą fotografów pojechał autokarem do Włoch. Pusty Rzym, brak turystów, Neapol czy Florencja wyglądają bardzo biednie. Ludzie wygrzewają się w słońcu, czekając zbawienia albo przynajmniej jakiejś odmiany. Wenecja zalana wodą i normalnie żyjąca. Ale jednocześnie było tam wszystko, do czego Wojciech Plewiński tęsknił: wieczne światło i wolni ludzie. Życie w zniewoleniu i wiecznym strachu komunistycznej Polski stało w jaskrawej sprzeczności z tym, co zobaczył we Włoszech. Potrzebował światła i wolności, a nie wielkich zjazdów PZPR czy katastrof górniczych.

Wojciech Plewiński, z serii Ziemie Zachodnie__ from the Western Teritorries series, Nysa 1957 © Wojciech PlewińskiWojciech Plewiński, z serii Ziemie Zachodnie, Nysa 1957

Jak by pan wobec tego nazwał twórczość Wojciech Plewińskiego?
Jego zdjęcia można nazwać artystycznymi, ale on sam odżegnuje się od tego określenia. Nie usłyszymy od niego żadnego fotograficznego credo. Niech więc zostanie poza szufladkami. Po prostu fotograf, który, jak twierdzi, solidnie wykonuje swój zawód. Ale moim zdaniem robi to w sposób olśniewający. Dominuje u niego coś, co nazwałbym chłopięcą ciekawością świata.

Co dzisiaj go interesuje?
Dzisiaj jest to fotografia bez zamówienia, notatki z codzienności. Zawsze inspirowały go podróże, teraz często robi zdjęcia z okna pociągu czy przez samochodowe szyby. Ale obecnie bardziej interesuje go własne archiwum niż czynne fotografowanie. Korzysta z niego na różne sposoby, tworzy na nowo cykle ze zdjęć powstałych przed laty. To fantastyczne objawienie dwóch obliczy tej samej osoby: stary Plewiński dyskutuje z młodym. Chce mieć wpływ na kształt swojego archiwum i na to, co zostanie pokazane. Nie składa broni.

Pracuje pan nad twórczością wielkich fotografów, jak Zofia Rydet czy teraz Wojciech Plewiński, ale w swoich esejach o fotografii często pochyla się nad zdjęciami anonimowymi, przypadkowo kupionymi na targach staroci albo w sieci, z błędami technicznymi i kompozycyjnymi.
Pociągająca jest w nich właśnie ta niedoskonałość. W przypadku wybitnych autorów można z łatwością śledzić drogę, twórcze etapy, patrzeć na kolejne prace, często z podziwem; a u tych przypadkowych fotografów moc obrazu wynika z czegoś innego niż doskonałość rzemieślnicza czy precyzyjnie realizowana wizja. Fotografie prywatne, odrzucone, obarczone felerem czasami zawdzięczają swoją siłę właśnie skazie, dziwnemu układowi linii i plam, niechcianym rozmyciom i przebarwieniom. W dużo większym stopniu niż u artystów są dziełem przypadku. I to właśnie mnie interesuje: rola przypadku, jego udział w ostatecznym efekcie. Nie można zapominać, że fotografia w swoim głównym nurcie jest przede wszystkim rzemiosłem związanym z rejestracją rzeczywistości; u samego źródła jest więc związana z przypadkiem, ze światem zastanym. Robi się jeszcze ciekawiej, kiedy tych przypadków nagromadzi się więcej, kiedy się wymkną z rąk fotografa i nawarstwią.

Wojciech Plewiński, z cyklu Italia’57,  Wenecja 1957Wojciech Plewiński, z cyklu Italia ’57, Wenecja 1957

A co pana fascynuje w fotografii pośmiertnej?
To nie tyle fascynacja, co odmowa ucieczki przed zdjęciami pośmiertnymi. Jest to częściowo zarzucony w naszej części świata podgatunek fotografii. Trudno się dziwić: odsuwamy śmierć w ciemny kąt szpitala, instytucjonalizujemy ją. W przeszłości zaś była zwykłym elementem życia domowego, umierało się we własnym pokoju, w gronie bliskich. I dlatego fotografowanie zmarłych czy umierających nie uchodziło za złamanie tabu. Ale na przykład w Stanach Zjednoczonych fotografia pośmiertna nadal jest popularna. Tam martwe ciało maluje się i ubiera, żeby zmarły w otwartej trumnie wystąpił po raz ostatni, godnie przygotowany na to spotkanie z bliskimi, którzy przybywają, żeby go zobaczyć i pożegnać się z nim, ale także sfotografować. Te najnowsze zdjęcia mają już postać elektroniczną, więc w przyszłości nie będzie łatwo ich zdobyć; zapewne się gdzieś rozwieją.

Dziś „wszyscy jesteśmy fotografami”, każdy robi zdjęcia od dziecka. Jak się pan odnajduje w tym chaosie?
Tak, ale to nie jest całkowicie nowe zjawisko, bo już na początku XX wieku fotografia była niezwykle popularna i tania. Ten przełom nastąpił dzięki firmie Kodak, która zaczęła wówczas produkować tanie, niewymagające żadnej wiedzy technicznej aparaty fotograficzne. Wtedy na zdjęcia stać było już wszystkich, również klasę robotniczą. Z rozrywki ludzi majętnych fotografia przeistaczała się w sport dla każdego. Teraz jesteśmy świadkami kolejnego przełomu, związanego z nowymi technologiami. Masowość zdjęć jest największa w historii fotografii. A przy tym od wielu już lat fotografia wyzbyła się niemal całkowicie swojej materialnej wersji. Już nie potrzebuje podkładu, jest zero-jedynkowym strumieniem, który można wykorzystywać na różne sposoby, w tym również drukować, do tego jednak rzadko dochodzi. Postać materialną, „papierową”, zyskują więc zdjęcia artystów i masowych producentów rodzinnych pamiątek – jak kiedyś.

Czy fotografia obroni się jako dziedzina sztuki?
Nie wiem, czy ilość ma wpływ na jakość. Nie potrafię powiedzieć, czy dziś powstaje więcej czy mniej dobrych zdjęć niż kiedyś. Jestem jednak przekonany, że choć istnieją już od dawna specjalistyczne studia, a fotografia jest modnym tematem, masowość powoduje mimo wszystko, że stajemy się na nią ślepi. Kanały dystrybucji, głównie internet, a szczególnie portale społecznościowe sprawiają, że najlepiej przyjmowana jest fotografia pewnego typu, ta najbardziej badziewna, nic niewarta, niebudząca w nas większych emocji. W gruncie rzeczy to powtórzenie tematyki kartek pocztowych: dzieci, koty, psy.

Z drugiej jednak strony doskwierają mi aspiracje zrównania fotografii z innymi sztukami. I nie chodzi o dążenie do wielkiej jakości rzemieślniczej, bo dziś pojęcie sztuki od rzemiosła jest bardzo dalekie. Ważkość dokonania sytuuje się po stronie myśli i koncepcji. Fotografia niemal od samego początku walczyła o zrównanie praw z innymi dziedzinami sztuki, o możliwość ekspozycji w muzeach, o tę złoconą ramę, którą myli się często z zawartością. Dziś złoconą ramą może być wystawa w muzeum sztuki współczesnej, sprzedaż na aukcji, wysoka wycena. Podchodzę jednak ze spokojem do tych zjawisk i drążę własną drogę czytania fotografii.

Wojciech Plewiński, z cyklu Zawody obrony cywilnej, okolice Radomia 1967 Wojciech Plewiński, z cyklu Zawody obrony cywilnej, okolice Radomia 1967

Dlaczego uważa pan, że to negatywne zjawisko?
Mówimy o rynku i handlu. Mnie zaś nie interesuje cena zdjęcia ani często jego autor, a jedynie to, jak na mnie działa obraz. A często działa ten pozornie błahy, nieciekawy, za którym nie stoi wielkie nazwisko. Fotografia to twór wielokomórkowy, rozległy, nie można zawężać jej pola do dzieł sztuki czy fotografii rodzinnej. To także to wszystko, co poza tym: dokumentacja kosmosu albo komórki, reportaż, fotografia medyczna, w tym rentgen, zdjęcia uzyskane bez użycia aparatu. Długo by wymieniać.

W swoich esejach o fotografii, „Dno oka” czy „Odbicie”, odbiega pan od tematu samych fotografii, żeby umieścić je w szerokim kontekście historycznym czy kulturowym.
Myślę, że to najmniej fotograficzne eseje o fotografii, jakie się w Polsce ukazały. Fotografia jest narzędziem zagarniającym świat, a jednocześnie służy do porządkowania, opisywania, tworzenia własnego świata. I to jest w niej ciekawe. Zazwyczaj fotografia jest tłumaczona przez samą fotografię: opisuje się dzieła fotografów, przywołując nazwiska innych, powtarza się łańcuszki idei, jakby to wszystko się działo w szklanej kuli, pozbawionej kontaktu ze światem zewnętrznym. Teksty poświęcone fotografii bywają mało czytelne i dość nieciekawe, jakby wychodziło się z założenia, że ich odbiorcami mogą czy powinni być wyłączni inni zainteresowani, a więc sami fotografowie czy historycy albo filozofowie fotografii. Dlatego tak zaciekle przywracam fotografii jej miejsce wśród wydarzeń historycznych, literatury. Fotografia niezwykle rzadko funkcjonuje w oderwaniu od świata. Staram się więc nasycić ją tym wszystkim, co jest jej zazwyczaj odbierane, nieco głębiej osadzić w kulturze.

Pana wybory bywają dość zaskakujące.
W moim przypadku do pewnego stopnia jest to macanie w ciemnościach. Rocznie mam przed oczami dziesiątki tysięcy zdjęć. Część z nich samoistnie się we mnie osadza, myślę o nich, chodzą za mną. Jeśli dojdę do wniosku, że układają się w opowieść, wtedy o nich piszę – szukam skojarzeń i szerszego kontekstu. Inne porzucam na jakiś czas lub ostatecznie.
Pośród moich ulubionych zdjęć mam na przykład urywki filmów bollywoodzkich, które znalazłem kiedyś na moście w Indiach, w Maduraju. Przejeżdżało tamtędy kino obwoźne i spadły ścinki zniszczonych filmów – absurdalne kadry, pozbawione niemal kolorów, porysowane przez piasek. Obraz tworzył się poza wolą człowieka, wynikał z przecięcia kadru w jednej trzeciej czy porysowania powierzchni. Z takich drobiazgów wynika wielkość fotografii znalezionej. Nie musi być wcale doskonała i mieć autora, żeby była ciekawa. Fotografia jest pojęciem o wiele bardziej pojemnym niż mamy w zwyczaju uważać. Trudno ją objąć jedną definicją, uporczywie wymyka się wszelkim kategoryzacjom. I to też jest w niej fascynujące.