OTUCHA: Szczęście wielocukrów
Francesca Chiani CC BY-NC-ND 2.0

13 minut czytania

/ Obyczaje

OTUCHA: Szczęście wielocukrów

Urszula Zajączkowska

Wystarczy wreszcie zgodzić się na rozpad, a  cała pozostałość naszego czasu złagodnieje.  Każdy jest garścią atomów świata. Zwierzęta lasu nie muszą myśleć, co będzie potem. Żuk grabarz inicjuje przeistoczenie

Jeszcze 3 minuty czytania

Każdy obiekt – tak zwany „ożywiony”, jakby to martwe kamienie nasączone były pierwiastkiem życia – zanurzony jest w przestrzeni, która zmienia się w czasie, więc i on, jako że jest jej poddany, zmienia się razem z nią. Stwarzanie się, przyjmowanie i poznanie, organizowanie się: swoich tkanek, charakteru i całego ekosystemu –  wszystko to, póki generuje novum, wyrażone w formie kwiatu bodziszka, szczeniaka, czy małego, kwaśnego jabłka, otaczane jest przez człowieka rozczuleniem, serdecznym przyjęciem. I tak w przyrodzie zachwycają nas porody liści i owoców, zapach olejków eterycznych z owulujących kwiatów, puchate futerka, mleczne zęby, różowa skóra i kocięta. A przecież i tak wszystko to musi umrzeć. Dokładnie tak samo, jak zechciało powstać, wyłonić się z gęstwiny nieprawdopodobieństwa, że właśnie ten genotyp, właśnie ty, tu i teraz jesteś, powstały z miliardów możliwości, wygrałeś ty, jak to jabłko, po które sięgasz, i powietrze pochodzące z równie niemożliwych liści.

Poznanie podstaw genetyki generuje przede wszystkim wielkie zdziwienie, niedowierzanie – także we własne istnienie. Choć tu nie chodzi o emocjonalne uniesienia, bo to tylko matematyka, prawdopodobieństwo i straszliwie mała liczba w wyniku tej kalkulacji. Nie wiem, czy przekonanie, że to właśnie nam udało się urodzić, przegonić miliardy innych kombinacji, planów, projektów na życie naszego niedoszłego rodzeństwa, powinno pociągać za sobą szczęśliwość. Bo przecież wszystko to pewnie było wypełnione nadzieją. Ale nie. Rodzimy się my. Jakoś to idzie, a potem trzeba umrzeć. Trzeba dotknąć tego krytycznego punktu odcinka, wykreślić do końca symetrię własnego życia, przekroczyć ostatni skrawek istnienia i przestać już być.

Ta poczciwa prawda zagłuszana jest ideami życia bez wytchnienia świeżym „tu i teraz”, najlepiej w formie niezmiennej, gładkiej i szczęśliwej. Natura działa zupełnie inaczej, tworzy dla „tam i potem” i często bardzo chropowato. Pokora śmierci nie jest dla niej pokorą. To nam się tak tylko wydaje. Nie ma tam zgody na śmierć, bo nie było wcześniej o nią pytania czy wobec niej sprzeciwu. Koniec bycia jest językiem przekształcania bytów ożywionych i nieożywionych w coś nowego, zwykle jeszcze bogatszego, lepszego, tak jak pokazuje ewolucja kwiatów, która tworzy formy coraz to bogatsze, trwalsze, inteligentniejsze. Kwiaty rozpoczęły przecież od nieśmiałego wystawiania się na wiatr, przez miliony lat niezliczone z nich gniły, dziś powstałe w toku ewolucji ich pochodne korespondują już z owadami, ptakami, są kapryśne i wymagające, jak np. storczyki czy lilie. Lecz każda żyłka, wiązka przewodząca wodę w ich liściach mogła kiedyś przewodzić krew, bo jej cząstki i atomy mogły tworzyć wcześniej geometrie tętnic, na przykład myszy polnej. Mysz ta może miała szczęśliwe, długie życie i przez te całe dwa lata jadła i mnożyła się jak należy, ale kiedyś to się musiało skończyć i ciało trzeba było oddać w przemiany wszechświatowej energii i masy. Stało się i z miejsca zaczęło dziać coś innego, co zostało stworzone, zorganizowane przez innych, szczegółowo w każdym pojedynczym etapie przejścia do innego stanu istnienia.

Są tacy, co płaczą, patrząc na drzewa, które jeszcze rosną w lesie przy granicy wypełniającego się cmentarza, i są tacy, co oddadzą swoje ciało w potoki przemian bez wzruszenia. Wystarczy wreszcie się na to zgodzić, a wtedy cała pozostałość naszego czasu złagodnieje. Pewność rozkładu, pewność oddania się procesom rozdziału na cząstki elementarne sprawia, że nikt nie powinien myśleć o sobie, że jest niczym, bo niezależnie od wszystkich przekonań i wiary lub niewiary, zawsze przecież tu na Ziemi jest się garścią atomów świata. Lecz jak je rozsypać potem, jak nazwać, posegregować, oddać tym, co je chcą? Po swojej śmierci zwierzęta lasu mają towarzysza, grabarza pospolitego (Nicrophorus vespillo). Nazwany jest, podkreślam, pospolitym, żadne tam Vespillo mirabilis czy singularis. Zwierzęta lasu nie muszą myśleć, co się będzie działo potem. To między innymi on, grabarz, inicjuje dalsze istnienie, przeistoczenie, najpierw całkiem fizycznie, póki fizyka jeszcze obowiązuje.

Grabarz i mysz czekająca na metamorfozęGrabarz i mysz czekająca na metamorfozę / fot. Tomasz Mokrzycki

Ten chrząszcz ma przy tym gest szczery, jednoznaczny, nawet mechaniczny, bo powstałe zwłoki zakopuje, odsypując spod nich glebę, przez co zapadają się  w otchłań biochemii, by trafić zaraz do Hadesu, albo do Wyraju pod postacią ptaka. Ale zanim to się stanie, grabarz żyje w padlinie, składa jajeczka, zakłada rodzinę i nie obchodzi go duchowość ani los dusz.

W każdym lesie czy pęczniejącej nadzieją życia łące ktoś, coś ma wielką moc czarowania materii, nadawania jej nowego znaczenia. Będzie służyć gestami ewolucji w kreacji bogactwa świata, tylko niech się podda, niech przestanie sama żyć. Tę moc mają właśnie owady, ich larwy, nekrofagi, grzyby, krocionogi, bakterie – czyli wszystko brzydkie, obrzydliwe wręcz.

One nie grymaszą, to jest ich codzienność, wykonują swoją pracę z pasją i zaangażowaniem, dzięki czemu, gdy wejdziesz do lasu, oddychasz pełną piersią i mówisz, że las pięknie pachnie, że to tu jest powietrze. Na polance położysz koc, zjesz kanapkę i wcale nie będziesz myśleć, ile skrzepniętej krwi, gnijących wnętrzności, stosów trupów, pleśniejących liści i odchodów tu w historii było, bo wszystko jest na bieżąco przemieniane: w żołędzie, pazurki, rude kitki i borowiki. Na martwy liść najpierw rzucają się bakterie i grzyby. Przemiany są tak burzliwe, że wzrasta jego temperatura, a to przecież tak, jakby ten liść stawał się bardziej zwierzęcy. Gdy się ochładza, gdy przypomina otoczenie, pojawiają się promieniowce rozkładające celulozę. Jeszcze przed tygodniem jesienne liście zbierały dzieci z przedszkola, teraz te same liście są już tylko pod postacią wielocukru:

..

 

Im bardziej liść znika, tym bardziej sam układ sprzątający się demontuje, nagle pojawiają się roztocza, nicienie, które pożerają bakterie i grzyby, skoczkonogi i wreszcie dżdżownice, jelita ziemi, jak są określane przez romantyków. One też wchłaniają, mieszają i wydalają, zwyczajnie, bez uniesień. I tak następuje koniec, i to dotyczy wszystkich elementów natury. My tego nie zauważamy, nie słuchamy, nie myślimy o wielkiej skali rozkładu tego, co umiera, co się przeobraża, wolimy zawsze to gotowe, świeże, różowe lub jasnozielone. Prawdziwy cud przemienienia wody w krew dzieje się w naturze, gdy karmiony łąką skowronek złoży jaja, gdy wylęgają się kijanki, gdy urodzi się szczur.

Nie mogłam się przestać zachwycać pracą studentki o leśnych owadach rozkładających ptaki i ssaki. Olśniło mnie, gdy patrzyłam na kury zmieniające się w padlinę, potem w jeszcze bardziej gnijące wnętrzności, a potem czyste kości i na końcu glebę, mineralną, nieco bogatszą, jakby nigdy nic.

Kura-padlina-larwy-ziemia-muchy-powietrze.Kura–padlina–larwy–ziemia–muchy–powietrze / fot. Katarzyna Maciąg

Myślałam też o odrażającym smrodzie tego procesu – dlaczego padlina cuchnie (człowiekowi cuchnie)? Nadałam temu wymiar powagi, koniecznego oddalenia i spokoju, by nikt i nic nie podchodziło do tego misterium. Rozkład kur trwał tylko tydzień. Tylko siedem dni rozdzielania złożonego ciała na cząsteczki, ciepło i gaz. Tysiące larw. One jedzą, żrą, ale tylko to, co gnije, nasz czysty naskórek i tętnica żwawa ich nie zainteresuje. Ignorują mój palec, przechodzą po dłoni, szukając drogi ucieczki. Przypominają małe, białe wałeczki. Zjadają, czyszczą z pasją. Kto to mógłby zrobić? Kto mógłby przekształcić trupa cicho, zostawiając tylko białe kości, a samemu potem odlecieć pod postacią muszki z kolorowymi oczami i szmaragdowym pancerzykiem? Moc dzieła much jest nieprawdopodobna, zwłaszcza w porównaniu z naszą walką z widelcem, zębami i udkiem na talerzu. Jakże niezdarnie wypadamy na ich tle, jakże fatalnie wyglądałby świat i my sami, gdyby nie istniała ta magiczna metamorfoza materii, wszystkiego tego, co za odcinkiem życia, za nawiasem nadziei. Jak w malarstwie Beksińskiego, który stan tej przemiany ubierał w emocje, zatrzymywał go, rozdrapywał, ale nie pozwalał się mu skończyć. Straszy to nieco i w sypialni najprawdopodobniej się nie wiesza, ale jest i brzmi silnie, i domaga się zauważenia. 

Przyroda działa znacznie skromniej. Nie ma zwierząt ani roślin, które zabijałyby czy straszyły swoją zdolnością do szybkiego rozdrabniania martwego ciała. To nie działa jak ostre kły, pazury czy trucizna w śliniankach. Towarzystwo, które nas wtłoczy w nowy, lepszy byt, jest nieme – przynajmniej z naszej perspektywy. Milcząco się o nas zatroszczy i odda innym lub w innych. Czy nie wystarczający to powód wdzięczności dla nich? Jakże ciekawe i piękne jest to, że rośliny czują śmierć i na swój zielski sposób wiedzą, że odczepiające się liście od suchych pędów spadną na ziemię i zaczną rozdawnictwo cząsteczek. Dlatego też jeszcze za ich życia zabierają z nich to, co cenne, na przykład chlorofil. Skoro żyć roślina będzie, to najpierw ograbi z życia wszystko to, co odda śmierci, a wyrazem tego jest jesienny piękny kolor liści, żółty, czerwony – bo już bez chlorofilu. Takie liście można oddać, niech sobie umierają i gniją, jak już muszą. Gnicie roślin jest mniej dramatyczne od rozkładu zwierząt, bo rośliny nie mają palców, oczu ani ust. Tworzenie pachnącej ziemi, aromatyzowanej mszakami, garbnikami z kory, powietrzem z kopca podgniłych martwych liści i gałęzi, spleśniałych owoców, cuchnących, zgrzybiałych i niezidentyfikowanych roślinnych resztek jest cudem natury, pełnym mocy twórczych, wyrażających się formą doskonałą, łagodną i dostępną dla każdej dłoni: pod postacią kompostu. Tak, kompost fascynuje poetów, Walt Whitman poruszony nim najnormalniej krzyczy: „Spójrz na ten kompost! Przyjrzyj mu się dobrze! Każda drobina mogła być kiedyś cząstką trędowatego – a jednak spójrz!”, a Julia Fiedorczuk o nieoznaczoności skompostowanej materii pisze tak:

Te maleństwa, które jedzą ciała liści na podłodze lasu.
Rozcieram w palcach zimną grudkę ziemi,
proch wypełnia poziomice egzotycznej mapy.

Kompost jest całym, odrębnym biotopem, czyli żywym środowiskiem życia i mimo że dotyczy on pierwotnie rozkładu, to jednak przede wszystkim jest domem pracy twórczej cząstek elementarnych świata. Bo przecież componere znaczy po łacinie „składać razem”. Bo przez rozkład powstaje nowa tkanka łatwo dostępnej materii, wspólnej dla wszystkich roślin, potem zwierząt i na koniec/początek grabarza. Samo stwarzanie się natury bazuje na permanentnym recyklingu energii, a przede wszystkim na przekazywaniu sobie, z siebie samych, własnej materii i pamięci zapisanej językiem genów.

Oczywiście, wydarzają się tu też i katastrofy, kolizje ciał niebieskich, dziwna wizyta człowieka na Ziemi oraz cała paleta wyjątków w ramach teorii deterministycznego chaosu wszechświata, ale i tak póki co, dzięki rozkładowi, wciąż pojawia się życie. Życie, które zorganizuje się na nowo, ze starego, nie eksploatując, a współistniejąc, budując na ciałach przodków nowe istnienia, by uformować wreszcie postać stabilną biocenozy – lub jak mówią, osiągnąć klimaks. Wtedy rozkład i tworzenie pojawiają się mozaikowo w czasie i przestrzeni jako niezbędne continuum ekosystemu. Z szerszej perspektywy taki stan to już forma skończona. W centrum Warszawy stadium klimaksu stanowi las mieszany. Brzmi to kuriozalnie wobec wszystkiego, czym Warszawa w rzeczywistości obecnie jest. Lecz wyobraź sobie tylko – gęsta, przepełniona zielenią puszcza jako swoiste zakończenie sukcesji roślin i zwierząt w miejscu, gdzie do tej pory tworzył człowiek. To nie jest dziwne, a najbardziej naturalne. I to się dzieje już i wciąż. Wystarczy spojrzeć w szczeliny, rowki i niedostępne dla paluchów kąty. Powolny rozkład miasta odbywa się tam, gdzie nikt nie zagląda. Pojawiają się glony i porosty, które zakwaszając mury, powodują ich erozję. Umierając, tworzą podłoże dla roślin wyższego rzędu, np. dla prątnika srebrzystego czy porostnicy wielokształtnej, którą spotkać można w spękaniach betonu czy rynnach.

fot. Barbara Sudnik-Wójcikowska

One wszystkie są preludium warszawskiej puszczy, która według natury tu powstanie. Tak prawią prawa termodynamiki i zza grobu szepcze Darwin. Bo w stolicy będą kiedyś szumieć graby, a po Marszałkowskiej harcować będą lisy, naturalnie pod jednym tylko warunkiem – jeśli damy im spokój na jakieś tysiąc lat.