OTUCHA: ABC dobrego wychowania
tom-b CC BY-NC-SA 2.0

OTUCHA: ABC dobrego wychowania

Olga Drenda

Trudno jest wzbudzić w sobie zdolność do współczucia dla kogoś nie z naszej bajki, spróbujmy więc potraktować sprawę pragmatycznie – schłodzenie temperatury debaty umożliwia komunikację

Jeszcze 3 minuty czytania

Dlaczego pszczelarze nie mogą żyć w zgodzie? – pyta pewien popularny mem. Niestety, nie jest to takie proste, i zapewne nigdy powszechna zgoda nie zapanuje nie tyko wśród pszczelarzy, ale i w ogóle społeczeństwa. Można jednak minimalizować potencjalnie tragiczne skutki niezgody i zapobiegać szkodzie, nim sprawy zabrną za daleko. Pytanie, jak to robić, staje się naglące, więc zastanówmy się nad zyskami ze staroświeckich wartości: uprzejmości i życzliwości.

„Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą”, żeby zacytować „Pana Tadeusza”, ale też czasy nie są zbyt sprzyjające grzeczności. Częściej spotyka się błąd polegający na utożsamieniu „mocnego” (co zazwyczaj oznacza po prostu obraźliwy) przekazu z przekazem prawdziwym, czyli – jakaś opinia musi być prawdziwa, bo wyrażono ją brutalnie. To oczywiście rodzaj błędu poznawczego, podobnego do utożsamiania wypowiedzi skomplikowanej (albo dla odmiany – prostej) z mądrością i głębią, do założenia, że nieprzystępne dzieło sztuki musi być w jakiś sposób dobre, albo do przekonania, że wypowiedź będzie bardziej przekonująca i prawdziwa, jeśli pojawią się w niej przekleństwa. Taki typ był w każdej szkole i zapewne również i wy takiego znacie: mówił bliźniemu, choć nikt nie pytał go o zdanie, „jesteś głupi”, „masz beznadziejny sweter” albo coś podobnego, po czym tłumaczył się: „no co, po prostu jestem szczery”. W jakiś dziwny sposób ta rzekoma szczerość dotyczyła wyłącznie opinii negatywnych i nieproszonych jednocześnie, nikt nie bywał szczerze życzliwy.

Bezceremonialne porzucenie cywilizowanego konwenansu na rzecz brutalnego sposobu komunikacji może wypływać z nadziei na komunikację bardziej uczciwą i pozbawioną fałszu, i chyba można zrozumieć do pewnego stopnia, skąd taka potrzeba się bierze. W życiu publicznym zaufanie do ludzi „walących prosto z mostu” pojawia się na fali rozczarowania politykami i autorytetami, których starannie kreowany wizerunek nie zgadza się z faktycznymi działaniami. Pojawia się więc nadzieja, że brutal przynajmniej nie będzie hipokrytą, że między tym, co mówi, i tym, co czyni, będzie jakaś zgodność i przewidywalność, pozwalająca uniknąć zawiedzionej nadziei.

Handel, reklama i usługi wykształciły konwenans, w którym uśmiech kojarzy się z nachalną akwizycją, a grzeczne zachowanie uruchamia alarmową lampkę podejrzliwości: oho, ktoś znowu chce coś nam sprzedać czy do czegoś nas namówić; perswazja obezwładnia ludzi nieśmiałych i mało asertywnych, a odmowa bywa trudna. Tak powstaje skojarzenie uprzejmości z ukrytym zamiarem, manipulacją. Tragicznym paradoksem tego stanu rzeczy jest to, że dzisiaj sprzedawca pozostaje bezradny wobec „szczerego” klienta i nawet gdy jest atakowany, jest zobowiązany do zachowywania się uprzejmie wobec najgorszego grubianina. W takiej sytuacji chroniący przed hobbesowską nagą przemocą lakier cywilizacyjny, który ma zapewniać konwenans, nie tylko przestaje odgrywać swoją rolę, ale staje się szkodliwy dla atakowanego.

Warto pamiętać, jakie wrażenie przed dwudziestu kilku laty robiły na wielu komentatorach dobre maniery w nowo powstających sklepach prywatnych i nawet pozorowana życzliwość obsługi, możliwość uczestniczenia w prostej transakcji, przypieczętowanej utartym gestem uprzejmości. Czytając chociażby dzienniki Zbigniewa Mentzla z późnych lat 80., można odnieść wrażenie, że klient słysząc zwyczajne „proszę” i „dziękuję”, czuł się szczęśliwie ocalony z wojny wszystkich ze wszystkimi, uwolniony od konieczności dopraszania się, wystawania, wpraszania się w łaski, załatwiania, kombinowania i innych rytuałów międzyludzkich zależności, które wymuszała rzeczywistość ostatniej dekady Peerelu. Grzeczność, nawet powierzchowna, ma tu niemal rewolucyjną  moc.

Niezależnie jednak od wyrozumiałości wobec przyczyn, nadzieje pokładane w tym, że rozpuszczenie społecznego kleju umożliwi prawdziwą i nieskrępowaną komunikację między wolnymi jednostkami, są mirażem, o ile nie cynicznym oszustwem nie mniejszym niż PR-owe obietnice polityka. Oto widzimy w kiosku tygodnik zapowiadający, że Jan Kiciusiowski wypowiada się W OSTRYCH SŁOWACH albo BEZ PARDONU o jakiejś sprawie, natomiast nie wiadomo, czy słowa Kiciusiowskiego mają rzeczywiście sens, czy leżały w ogóle obok faktów, wreszcie czy nie są zwyczajnie fałszywym oskarżeniem.

Eric Hoffer, amerykański myśliciel i robotnik portowy (co podkreślał przez całe życie), który zajmował się przyczynami fanatyzmu i skłonności do zaślepienia ideami, pisał, że słabość własna degeneruje człowieka tak samo jak władza, a jednym z objawów tego stanu rzeczy jest właśnie nieuprzejmość i grubiaństwo. Nieuprzejmość, mówi Hoffer, jest imitacją, erzacem siły dla człowieka słabego. Podobną myśl podziela częściowo Rachel Cusk w swojej refleksji nad kampaniami wyborczymi Hillary Clinton i Donalda Trumpa: być może nieokrzesanie kandydata republikanów dawało właśnie pozór siły jego wyborcom, którzy czuli się gorsi od świata reprezentowanego przez Clinton. Demokratka wyrażała się kulturalnie, ale sprawiała na wielu ludziach wrażenie, jakby patrzyła na nich z góry. Ci zaś nie umieli się tak dobrze wysławiać i nie byli obyci w świecie, ale w jednym byli dobrzy – w mówieniu bez ogródek.

Nie jestem pewna, czy ta zasada sprawdza się w ogólności. Być może w odniesieniu do samego prezydenta USA, który na pewno nie zastanawia się trzy razy przed puszczeniem w świat kolejnego tweeta, dzięki czemu może sprawiać przekonujące wrażenie człowieka spontanicznego i będącego po prostu sobą. Nie bez znaczenia jest też specyficzny kontekst amerykański, w którym od dawna republikanie oskarżają demokratów o skłonność do krokodylich łez i fałszywego współczucia, a demokraci republikanów o bezduszność – jest to więc część utartego politycznego teatru.

Na polskim gruncie „mówiący jak jest”, „mocni”, „bezpardonowi” publicyści i komentatorzy, niezależnie od politycznej afiliacji, raczej manipulują i oszukują tak samo jak wytrawni PR-owcy polityczni, jedynie przybierając nieco inny kostium; są zwykle dobrzy w erystyczne klocki, z premedytacją wykorzystują błędy poznawcze, korzystają ze „snarl words”, czyli negatywnie nacechowanych etykiet, mających na celu zdyskredytować z zasady wszystko, co mówi osoba etykietowana. Zazwyczaj odwołują się do emocji, ale potrafią również korzystać instrumentalnie z opanowania i pozornej grzeczności, gdy słuszny gniew trzeba zneutralizować, rozwodnić, wpuścić w kanał. Człowiekowi oburzonemu jakąś niesprawiedliwością czy krzywdą każą się tłumaczyć z tego, co go tak zabolało; uderzają celowo w czułe punkty rozmówcy, dodając niewinnie „ale ja tylko pytam”, a sami wywołani do odpowiedzi, fachowo udają Greka. Gdy przejrzy się ich grę, milkną. Ten, kto twierdzi, że „mówi jak jest”, nie ma nic wspólnego z prawdziwością; mówi raczej to, co sobie uważa, albo – to, co chce, żebyście i wy uważali, korzystając z arsenału starych narzędzi sofistycznych. Robi to w sposób przypominający podsuwanie torebki z butaprenem zagubionemu dzieciakowi – a przeciwskuteczność i samobójczy charakter siania pogardy podsumował kiedyś najzgrabniej Malachy McCourt, aktor i aktywista polityczny: „pogarda to zażycie trucizny w nadziei, że to ta druga osoba umrze”. By pociągnąć  tę metaforę dalej, przypomnijmy sobie radę wspomnianego Erica Hoffera, który „antytoksyną dla duszy” nazywał współczucie.

Być może trudno jest z miejsca wzbudzić w sobie zdolność do współczucia dla kogoś nie z naszej bajki, spróbujmy więc potraktować sprawę pragmatycznie. Pewne umiarkowane i zrozumiałe standardy zachowania, uprzejmość i powściągliwość nie mają bowiem służyć kłamstwu, budowie iluzji, jakobyśmy wszyscy się lubili. Nie jest wcale przyjemniej usłyszeć „pan jest głupi” niż „jesteś głupi”. Nie jest również ich celem dystynkcja i podział społeczeństwa na lepsze i gorsze grupy wzdłuż linii znajomości niewypowiedzianych kodów, czemu mogły służyć skomplikowane i hermetyczne zasady dawnego savoir-vivre’u. Ich cel jest zupełnie pragmatyczny – schłodzenie temperatury debaty umożliwia komunikację jako taką, a nie mówienie mimo siebie, wyalienowanie i wrogość. Jak twierdzi Jürgen Habermas, to cywilizowana komunikacja jest warunkiem rozwiązywania konfliktów w społeczeństwie i zapobiegania im – a zasadą cywilizowanej komunikacji jest dopuszczenie do głosu wszystkich stron po równo i podjęcie ryzyka zaufania, że mówią one prawdę. Slavoj Žižek przypomina z kolei o znaczeniu tego, co Hegel nazywał Sittlichkeit, czyli pewnego etycznego konsensusu, poczucia przyzwoitości podzielanego mniej więcej przez ogół społeczeństwa. Žižek zwraca uwagę na paradoksy debaty publicznej, które niszczą Sittlichkeit z różnych stron: z jednej strony brutalność i bezpardonowość ataków „szczerych”, z drugiej eufemizacja oficjalnego języka, która każe nazywać tortury „zaawansowanymi technikami przesłuchania” w celu rozmycia etycznej odpowiedzialności. Nonkonformista filozofii paradoksalnie staje tu w obronie konwenansu, który trzeba ratować, żeby uniknąć katastrofy; może wymaga to pójścia na kompromis z samym sobą i utemperowania własnych skłonności, ale w zamian zyskujemy rodzaj społecznej „poduszki powietrznej”.

Artur Schopenhauer może nie przepadał za ludźmi, ale wiedział, co robić, by życie wśród nich było znośne. W jednym ze swoich pism przytacza opowiastkę o jeżozwierzach, które pozostając zbyt daleko od siebie, narażały się na zamarznięcie, natomiast zbliżając się do siebie nadmiernie, kłuły się nawzajem. I, jak pisał słynny ponurak z Gdańska: „Pośrednią odległością, jaką w końcu odkrywają, i przy której możliwe jest współżycie, jest uprzejmość oraz dobre obyczaje”. Obyczaje te są opłacalne, ale również – i to ważne – wyuczalne. Zapewne wystarczy zdać się na własny nos w tej kwestii – życzliwość jest cechą, do której każdy z nas jest zdolny – ale gdyby nie, to „ABC dobrego wychowania” Ireny Gumowskiej w antykwariatach kosztuje zwykle około złotówki.