Jeszcze 2 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: Słowo na k.

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

Dla jednych kornik jest pazerną masą żerną, dzikim fatum drewna świerkowego, niechcianym gościem kłód. Dla drugich to archetyp siły przemian przyrody, topos nietkniętej ludzkim palcem dziewiczej puszczy

Tyle mówi się, że mowa jest ważna. Że nie należy wymawiać takich kwestii, które nic nie mówią, bo lepiej wtedy nie mówić wcale, niż mówić to jakby-coś. Mówi się także o tym, że w mowie dobrze jest używać słów w prawdziwym ich znaczeniu, zasadzonych w logicznym kontekście, prosto i jasno, lecz mimo wszystko bez popadania w skrajność rzeczowości. Dlatego w każdej wypowiedzi nutka emocji jest dopuszczalna, do pewnej granicy i jednak bez wulgaryzmów. Dziś słowem, które w bezprecedensowy sposób wdarło się do prasy, na ulicę, na sztandary, słowem, które brzmi przy rodzinnym stole, inicjuje odczyty poezji, zmienia zdjęcia profilowe fejsbuka, zmusza do wypowiedzi w Parlamencie Europejskim jest słowo kornik.

Łatwo powiedzieć kornik i słuchać jego echa. A gdzie tu podziewa się precyzja filologów, podteksty i treści wyrwane z antycznych znaczeń przekazywanych z pokolenia na pokolenie? Kornik? Jak to kornik? To jak o Lemie i Witkacym powiedzieć Stanisław. Ich morfologia z grubsza była niby podobna i podobne było ich rzemiosło, ale pozostałe wszystko różniło ich raczej bardzo. A to jest rzecz przecież zasadnicza: czy wykrzykując kornik, mamy na myśli drzewożerka wielożennego, czy może jednożennego, kornika ostrozębnego, korniczka, czterooczaka, drukarza, rytownika sześciozębnego, a może wgryzonia świerkowego, czy jednak, czego można byłoby się spodziewać, bielojada olbrzymiego? O czym mówimy, wypowiadając to czarne słowo kornik? Pomyślmy teraz może wspólnie. Wymaga to skupienia, dobrze wiem. Usiądźmy więc na chwilę, przeżyjmy jedność z naturą w stanie „tu i teraz”, w uważności pełnej, w stanie total slow, odpuśćmy sobie, poćwiczmy jogę, stańmy w pozycji drzewa, poczujmy każdą komórkę swego ciała, rozluźnijmy tę komórkę i powiedzmy: kornik. I co? No tak, nie jest sprawą prostą wyjść z tej nieścisłości, by wreszcie nieco skonkretyzować tego drania.

My tu w ojczyźnie mamy dwie wizje tego czegoś, które panują, wiszą i działają nieco podobnie jak na niebie chemitrails. Dla jednych kornik jest prostacką, ogołoconą z sumienia, pazerną masą żerną, dzikim fatum drewna świerkowego, niechcianym gościem kłód, na którego wymyślono remedium w postaci pilarki lub w wersji pro: harwestera. Dla drugich kornik to archetyp siły przemian przyrody, oniryczny wyraz twórczości ekosystemu, topos nietkniętej ludzkim palcem dziewiczej puszczy, więc niechaj ona czyni swoje, a niechaj tworzy. Ale czym jest, kim jest tak właściwie kornik i skąd ta do niego straszliwa niechęć? Skąd te uprzedzenia?

Postaram się nieco to naświetlić, lecz od razu zaznaczam, odpowiedzi jeszcze nie znam. Na samym już początku studiów nad kornikiem uznałam, że muszę dołączyć tu jego obraz, a dokładnie obraz jego buzi. Bo przecież powszechnie jest znane, że z wyrazu ust, oczu, symetryczności elementów twarzy można odczytać bardzo dużo. Na uczelni spytałam więc kolegę, świetnego entomologa, doktora Byka, czy ma może zdjęcie kornika. Odpowiedź była: – Którego? (o masz! patrz! naśladuj!). Mówię: drukarza. – En face? – Tak. – Załatwię i dam. I oto specjalnie sportretowany dla was świeżutki kornik drukarz. Widzicie?

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jego karnacja. Jest niepokojąco ciemna. Czarny jest jego oskórek chitynowy i ciemne są jego oczy. Literatura wskazuje na jego niekorzyść, że ta twarz, brutalnie zredukowana do określenia aparatu gębowego, jest u niego w postaci gryzącej. Niedobrze to brzmi. Wysokie czoło zdradza jednak wrodzoną inteligencję, błysk w oczach sugeruje spryt, a fryzura mówi wprost, że jest to typ z charakterem, że jest to indywidualista, który nie sili się na oryginalność, ubierając się dziwnie, bo wystarcza mu być sobą. Myślę, że takie cechy mogą budzić pewne podejrzenie i niepewność w kontaktach osobistych z ludźmi, niemniej jego styl życia, brzydko określany biologią, odkrywa już znacznie więcej. Poznajmy więc ją w imię zasady, że nie wygląd jest ważny, a wnętrze, charakter.

fot. Tomasz Gazurekfot. Tomasz Gazurek

Jak każdy z nas, kornik drukarz uprawia miłość (przepraszam tych spoza tego zbioru), lecz w jego przypadku forma tego działania jest dziś całkiem słuszna, bo jeśli wierzyć źródłom: to jest to wyłącznie prokreacja (choć z iskrą szaleństwa). Rójka (co to znowu za słowo?!) jest, wiadomo, zależna od pogody. Gdy jest pięknie, rójka trwa trzy tygodnie. Tylko trzy tygodnie, ale to ona daje największy odsetek narodzin. Lecz gdy za korą jest wszawo, rójka rozciąga się nawet do siedmiu tygodni! Jest to w pewnym sensie zasadne, spójrzmy na nas samych, przypominając eksplozje narodzin dokładnie dziewięć miesięcy po wielkiej awarii prądu w New York City w roku 1965, lub po huraganie nękającym wschodnie wybrzeże USA w 2012 (liczba narodzin wzrosła wtedy o 30%!).

Komorę godową (klubowy, ustronny pokój z łóżkiem i czerwoną lampką) zakłada sam pan kornik. Jak podają księgi, łatwo można ją zlokalizować na pniu, bo wysypuje się z niej brązowa mączka. Pan kornik ma zwyczaj kopulować z dwoma lub trzema korniczynkami. Myślę, że ta niestosowność ma prawo być nieprzychylnie postrzegana, a gdy dodam, że zespół tej wspólnej zabawy potrafi wzrosnąć do siedmiu panien, to już wygląda na jawnie niemoralne i wprost niegodne, choć pewnie przyjemne. Ale potem, jak w życiu, już tylko ciężka praca, dla pań. Panie drążą chodniki macierzyste, brzemienne szukają miejsca na złożenie jaj. Trzeba jednak przyznać, że pan jest wtedy całkiem genderowo przyzwoity. On wysypuje trociny na zewnątrz, choć wiadomo, że gdy jest niepogoda – robi to wolniej. Jakże to zbieżne z: – Wyrzuć śmieci! – Ale pada! Potem są jaja lśniące, kremowe i już zaraz dzieci: larwy głodne i dziko żrące zasoby drzewa.

Trudno się dziwić. Wcinają floem, czyli komórki przewodzące cukier, miękkie i słodkie, jak galaretka, żelki i nutella. Siedzą tam jak w korniczym niebie. Pech drzewa, że chodniki larw, czyli ścieżki obżarstwa, rozchodzą się na boki, więc odcinają całkowicie drogę transportu asymilatów do korzeni, no ale kto by tu o drzewach myślał w stanie takiej euforii? Ciepło, cicho i kupa cukierków. Gdy larwy dojdą do połowy podstawówki, znamiennie dla tego okresu znacznie tyjąc, zmieniają się w poczwarki, a te po 2–3 tygodniach w chrząszcze, gotowe, by odlecieć w dal, tj. na sąsiednie drzewo.

Białe chrząszczyki ze skrzydełkami i wszystkim, co należy mieć, na początku jeszcze są uwięzione w macierzystym drzewie. Ale i one działają w stylu nadanym przez rodziców i zaczynają od imprezy, no niech to, która nazywa się żer uzupełniającynie czekając na lepsze lata, żrą póki coś jest, tworząc przy tym nieregularne chodniki w straszliwie już poranionym łyku, totalnie je dewastując. Kształt tych chodników „zwykle bywa upodobniony do jelenich rogów lub egipskich hieroglifów” (Andrzej Szujecki, „Entomologia leśna”, tom 1–2, SGGW 1998), podaje biblia entomologii. Mało znaczący detal różni przecież te dwie formy, możemy jednak sobie dość konkretnie wyobrazić, jak to wygląda: spontaniczne zawijasy, niesymetryczne ekspresje, pijacki bełkot nastolatków bez składu i ładu, tuż przed dorosłością. Potem młodzież wylatuje, szuka partnerek, partnerki partnerów, cukru oraz spokojnego kącika obitego dźwiękoszczelnym korkiem. I tak ciągle, ciągle przez całą wiosnę i lato.

No przecież każdy by tak chciał. Korniki żyją swobodnie i na bogato, wyznają idee Flower power, są niesubordynowane, aspołeczne i zachłanne na rozkosze codzienności. Przyznam, że z punktu widzenia nauczyciela akademickiego takie życie to marzenie. No więc o co chodzi? Skąd ta awersja? Czemu to niektórzy widzą świerkową belkę w oku swego brata? Nie wiem. Spoglądam więc w dal, wyciągam dłoń (na wysokość czoła, ale z łokciem wyprostowanym) i zatroskana mówię: odpuście. Dajcie spokój. Dajcie im żyć!