Palmy i draceny
fot. Błażej Pindor

8 minut czytania

/ Sztuka

Palmy i draceny

Marcin Wicha

Błażej Pindor pokazał tylko zdjęcia. Swoją dokumentację zostawił bez komentarza. I dobrze. Tak żyjemy z architekturą. W kolejce do lekarza nikt się nie zastanawia, kto zaprojektował szpital i jakim sposobem zdobył zlecenie

Jeszcze 2 minuty czytania

Żeby dotrzeć na wystawę, należało uchylić monumentalne drzwi Teatru Studio, pokonać imperialny hall, wspiąć się po marmurowych schodach, minąć porcelanowe żyrandole, reliefy i resztki umeblowania. Nowoczesną architekturę lat 30. pokazano w Pałacu Kultury. Była w tym pewna ironia.

Wystawa składa się z kilkudziesięciu czarno-białych zdjęć w różnych formatach. Do tego projekcja wideo. Fotografie przedstawiają budynki zaprojektowane przez Romualda Gutta, architekta pierwszej połowy zeszłego wieku. Wśród nich szkoły różnych szczebli, szpitale i przychodnie, domy mieszkalne dla podoficerów (fundusz kwaterunku wojskowego odegrał dużą rolę w historii polskiej architektury). Jedyna powojenna realizacja to siedziba Głównego Urzędu Statystycznego w Alejach Niepodległości. Biurowiec powstał na przełomie epok, w latach 1949-1952. Wyglądał jak dekoracja do alternatywnej, kto wie, może lepszej, wersji historii.

Gdybyśmy zwiedzali muzeum, przy wejściu witałby nas portret Gutta (w nawiasie lata urodzenia i śmierci). Obok plansza z życiorysem. Pewnie znalazłoby się miejsce dla gabloty z rysunkami. Błażej Pindor pokazał tylko zdjęcia. Swoją dokumentację zostawił bez komentarza. I dobrze. Tak żyjemy z architekturą. W kolejce do lekarza nikt się nie zastanawia, kto zaprojektował szpital i jakim sposobem zdobył zlecenie.

Błażej Pindor, „Stan fugi”

Kuratorki: Dorota Jarecka, Barbara Piwowarska, Galeria Studio, do 27 września 2017.
Strona projektu poświęconego Romualdowi Guttowi: romualdgutt.net

W tekście kuratorek można przeczytać: „Wystawa nosi tytuł «Stan fugi». Psychologia określa tak proces dysocjacji, kiedy jednostka ucieka od własnej tożsamości. Metaforycznie można tak określić oddalanie się budynków od własnej tożsamości. Stan fugi to także stan, w który popada fotograf, kiedy chce dotrzeć do sedna architektury (…). Wobec czasowości i cielesności przeżycia architektury zdjęcie zawsze będzie ułomne”.

Zdjęcia nie potrafią opowiedzieć o architekturze. Raczej są zapisem gry, którą architekt prowadzi z fotografem. Próbą odcyfrowania listu, odnalezienia śladów zostawionych przez projektanta.

Błażej Pindor przeczytał Gutta. Dostrzegł charakterystyczne gesty, docenił swobodę w kształtowaniu płaszczyzn, rozmach, troskę o detal, wyczucie materiału i rozsądek (nazywany funkcjonalizmem). Odnalazł w przestrzeni obrazy, które kiedyś powstały na desce projektanta. Z powrotem przeniósł je na płaszczyznę. Użył w tym celu wielkoformatowego aparatu z gumowym kołnierzem (aparat jest jedynym bohaterem projekcji wystawionej w sąsiedniej sali).

Romuald Gutt urodził się w 1888 roku, więc należał do starszego pokolenia przedwojennych architektów. Przez wiele lat uprawiał styl dworkowy. Ten narodowy eklektyzm był dość karkołomną próbą zastosowania swojskich elementów – przysadzistych, pękatych kolumienek, miękkich łuków, ganków i dachówek – do współczesnych potrzeb i funkcji.

fot. Błażej Pindor

Za przełom w twórczości Gutta uważa się gmach Szkoły Nauk Politycznych. Projekt przedstawiony podczas konkursu wyglądał tradycyjnie. Jednak budowa zaczęła się kilka lat później. O zrealizowanej wersji możemy przeczytać, że „w niczym nie przypomina projektu konkursowego, raczej kojarzy się charakterem swojej pracy z projektem Lacherta i Szanajcy, który na tymże konkursie w 1926 r. został wyróżniony zaszczytną wzmianką” (cytuję za „Awangardową architekturą polską 1918-1939” Izabelli Wisłockiej). Swoją drogą, musiało to zirytować młodszych architektów.

Zmiana stylu nie wynikała tylko z ewolucji przekonań czy kaprysów mody. Architektura Gutta miała służyć państwu, jego armii, szkolnictwu, kadrom, służbom statystycznym. Od początku lat 30. modernizm przenikał do sztuki oficjalnej. Stawał się częścią propagandy. Architektura już nie opowiadała o kraju lat dziecinnych, poczciwym zakątku, gryce i pobielanych ścianach, które świeciły się z dali. Nowa dekada potrzebowała przemysłu, technologii, organizacji, pancernej stali i szarej cegły. Nowoczesnych form dla europejskiego mocarstwa.

Ściany wojskowych instytucji obsadzano bluszczem. Ponoć miał zatrzymywać i filtrować gazy bojowe, użyte podczas tej przyszłej wojny. Tej, w której nie oddamy guzika.

Gra w odczytywanie miała trzeciego uczestnika.

Nawet nie zdając sobie z tego sprawy, patrzymy na polski modernizm oczami fotografa Czesław Olszewskiego. Prace z archiwum Olszewskiego już dawno stały się klasyką. Są wystawiane, reprodukowane, służą jako ilustracja w książkach o architekturze Dwudziestolecia. Może w ogóle przedwojenną Polskę widzimy w ten sposób: nową, prawie nieużywaną. Błyszczącą w świetle elektrycznym. Wykonaną ze świetnych materiałów. Obłożoną marmurem, piaskowcem i drewnem.

Minęło osiemdziesiąt lat. Błażej Pindor krążył po tych samych okolicach. Budynki wciąż użytkowano zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem. Ale wszystko zmatowiało, podłogi zniknęły pod warstwą wykładzin dywanowych i linoleum. Cementowa cegła jeszcze bardziej zszarzała. Nie wspominając o graffiti, billboardach i śladach kul.

fot. Błażej Pindor



Fotografie Pindora były bezludne, jak zdjęcia Olszewskiego. Jednak nieobecni użytkownicy zostawili ślady. Zasłonili okno koszem do koszykówki. Pod sufitem puścili przewody wentylacji. Oblepili ścianę tabliczkami o kierunku ewakuacji – niszcząc kadr i psując kompozycję, w której można było jeszcze wyczuć rękę Romualda Gutta.

Na zdjęciach widać rekwizyty polskiego biura: stosy skoroszytów zrzucone na podłogę. Kraciaste obrusy w Krajowej Szkole Administracji Publicznej, bańki z wodą, termosy na kawę i lodówkę (w środku na pewno leżą kanapki podpisane przez właścicieli i mleko z karteczką „Nie ruszać”).
I jeszcze inwazja roślin w plastikowych doniczkach. Palmy, juki, draceny skolonizowały wszystkie wnętrza. Pracownikom GUS udało się wyhodować rekordowego trzymetrowego kaktusa. Przekroczył swoje naturalne rozmiary i pewnie by się złamał pod własnym ciężarem, gdyby go ktoś troskliwie nie przywiązał do kolumny. Ten widok zapada w pamięć. Biały filar – odwrócony stożek, paraboliczny kształt, którego nie powstydziłby się gmach ONZ czy UNESCO – i długachny kaktus przytroczony kordonkiem.

Wszystko to złożyło się na niepowtarzalny styl instytucji i urzędów. Obraz bezwładu i obojętności. Nie oceniajmy pochopnie. Niektórzy mówią, że urzędniczy stupor nas ocali. Że jest rodzimym odpowiednikiem sławetnych „Checks and Balance”; piątą władzą, w której grzęzną ambicje wszystkich pozostałych.

Kilka lat temu Błażej Pindor fotografował wnętrza Pałacu Kultury.
Kalendarze, gaśnice i rośliny doniczkowe opanowały także przestrzenie socrealizmu. Dracena i fikus rosną tak samo. Wszystko im jedno, czy zasłonią dzieło akademika Rudniewa, czy świadectwa polskiej nowoczesności.

Chciałem napisać, że w zdjęciach Błażeja Pindora jest ironia, ale to chyba złe określenie. Jak nazwać, gdy w jednym kadrze spotykają się zamiar i realizacja? Plany i rzeczywistość?

Architektura składa obietnice, których życie nie potrafi dotrzymać. A mimo to – dobra architektura pozostaje sobą, nawet pod warstwą brudu i tandetnych przeróbek.

Może należałoby po prostu powiedzieć, że zdjęcia Błażeja Pindora są mądre.