Nazywał się Teofil Kosiński
Teofil, 1941 rok / arch. pryw.

14 minut czytania

/ Obyczaje

Nazywał się Teofil Kosiński

Rozmowa z Lutzem van Dijkiem

„W swoim testamencie Teofil zastrzegł, że powinienem zrobić wszystko, aby jego prawdziwa historia ujrzała światło dzienne w Polsce. Jesteśmy świadkami spełnienia jego woli” – mówi autor „Cholernie mocnej miłości”

Jeszcze 4 minuty czytania

JOANNA OSTROWSKA: Co było na początku i kiedy był początek? Jak poznałeś Teofila Kosińskiego – bohatera „Cholernie mocnej miłości”?
LUTZ VAN DIJK:
Na początku były badania historyczne dotyczące tak zwanych więźniów z różowym trójkątem – mężczyzn, którzy zostali aresztowani w okresie nazistowskim na mocy paragrafu 175 niemieckiego kodeksu karnego jako podejrzani o homoseksualizm i umieszczeni w obozach koncentracyjnych. Większość dokumentów, które odnalazłem w wielu archiwach, to były tragiczne i brutalne historie o torturach, szantażu i śmierci. W niektórych przypadkach nie było nawet wiadomo, czy aresztowani mężczyźni byli homoseksualistami, czy zostali zadenuncjowani jako homoseksualiści. W końcu od 1935 roku wystarczyło jedynie podejrzenie o „sprzeczny z naturą nierząd”.

Przypadkowo mój bardzo dobry znajomy przekazał mi list od niejakiego pana Kosińskiego z Warszawy, który starał się o rekompensatę finansową ze względu na zły stan zdrowia wymagający natychmiastowej interwencji. List był zaadresowany do kanclerza RFN Helmuta Kohla. Kosiński twierdził, że w trakcie wojny przebywał w nazistowskich więzieniach i obozach. Miał siedemnaście lat, kiedy trafił do więzienia. Powodem zatrzymania i skazania był list miłosny do innego mężczyzny. Nie zastanawiałem się ani chwili. Natychmiast napisałem do pana Kosińskiego z pytaniem, czy byłby zainteresowany spotkaniem i rozmową o książce, którą moglibyśmy napisać wspólnie na podstawie jego relacji. Od tego momentu wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Starszy pan zaprosił mnie do Warszawy i po raz pierwszy spotkaliśmy się osobiście na stacji Warszawa Centralna 15 listopada 1990 roku. 

Czemu akurat Teofil Kosiński?
Z bardzo prostego powodu – jego świadectwo to historia miłosna między dwoma mężczyznami… nie chodzi w niej tylko o prześladowania, tortury, więzienia itp. W „Cholernie mocnej miłości” na początku pojawia się silne uczucie – doświadczenie miłosne z okresu wojny, które dotyczy Austriaka i Polaka. W tamtym czasie pracowałem dla dużego niemieckiego wydawnictwa (Rowohlt) i zostałem poproszony o napisanie książki dla młodzieży, która dotyczyłaby wątków miłości homoseksualnej i historii. Miała służyć jako pomoc naukowa dla nauczycieli w szkołach. Zależało mi bardzo na tym, żeby młodzi czytelnicy poznali historię świadka, która nie opiera się tylko i wyłącznie na traumie i pogardzie. W ten sposób powstała „Cholernie mocna miłość” opublikowana po raz pierwszy po niemiecku dwadzieścia sześć lat temu.

Cholernie mocna miłość. Prawdziwa historia Stefena K. i Williego G.Lutz van Dijk, „Cholernie mocna miłość. Prawdziwa historia Stefena K. i Williego G.”. Przeł. Agata Chmielecka i Filip Fierek, Ha!art, 208 stron, od października 2017Opowiedz coś więcej na temat samego procesu powstawania książki. Czy to było ciężkie doświadczenie?
Kontakt z Teofilem to była czysta przyjemność od pierwszego spotkania. Zawsze skoncentrowany, precyzyjny, uczciwy i pełen szacunku do naszej wspólnej pracy. Miałem wrażenie, że pragnął wyrzucić ze swojego serca traumatyczne wspomnienia – historie, o których nie opowiadał nigdy wcześniej. Nikt nigdy nie wysłuchał jego historii. Dla mnie i dla niego najważniejsze było wzajemne zaufanie, które z czasem zmieniło się w wieloletnią przyjaźń utrwaloną również w naszych listach, które zostały opublikowane dwa lata temu w książce „«Endlich den Mut... » Briefe von Stefan T. Kosinski (1925-2003)”.

Zanim w twoim życiu pojawił się Teofil Kosiński, wziąłeś udział w wyjątkowej wycieczce do Auschwitz. Na przełomie lat 80. i 90. XX wieku ty i twoi przyjaciele z Rat+Tat-Zentrum für Homosexuelle w Bremie pojechaliście odwiedzić Państwowe Muzeum Oświęcim-Brzezinka. Towarzyszył Wam Karl Gorath – jeden z byłych więźniów.
Ta pierwsza wyprawa do Muzeum odbyła się w lipcu 1989 roku. Z tego co wiem, byliśmy pierwszą otwarcie homoseksualną grupą wizytującą to miejsce. Wspomniany przez ciebie świadek, Karl Gorath – mężczyzna skazany na mocy paragrafu 175 – towarzyszył nam w tej podróży i jego obecność była dla nas czymś nadzwyczajnym. Szczególnie, że byliśmy o wiele młodsi.

Przywołując postać Karla Goratha, warto pamiętać o dwóch sprawach. Do 1988 roku on również, jak Teofil, ukrywał się pod pseudonimem – Karl B. Po pierwsze: przeżył, ponieważ miał możliwość zmiany trójkąta z różowego na czerwony (więzień polityczny) po transporcie z KL Neuengamme do KL Auschwitz I. Po drugie: był prześladowany także po wojnie na mocy tego samego paragrafu, który przetrwał zakończenie wojny i istniał w niezmienionej formie w prawodawstwie RFN do roku 1969. W trakcie tej wizyty w Muzeum przeprowadziliśmy pierwszą kwerendę w poszukiwaniu dokumentów dotyczących „różowych trójkątów”. 

Obok Goratha Kosiński był jednym z najważniejszych świadków, którzy pozostawili relacje dotyczące „różowych trójkątów”. Po publikacji „Cholernie mocnej miłości” najpierw po niemiecku, później po angielsku (1995), jego biografia była dostępna. Chronił go pseudonim, ale czy czegoś się obawiał?
Stefan bał się przede wszystkim tego, że zostanie rozpoznany w Polsce. Bał się, że w jego kraju ktoś dowie się, że jest gejem. Zwracałem się do niego per Stefan od momentu naszego pierwszego spotkania, mimo że naprawdę miał na imię Teofil. Stefan to był jego książkowy pseudonim. Miał go chronić przed rozpoznaniem w ojczyźnie – dawał mu zabezpieczenie.

Z drugiej strony – zależało mu na tym, aby świat poznał prawdę o prześladowaniu osób nieheteronormatywnych w III Rzeszy. Twierdził, że jego cierpienie z okresu młodości nie może pozostać w sferze tabu. 

Stefan K. z Lutzem von Dijkiem, 1996 / archiwum prywatneStefan K. z Lutzem von Dijkiem, 1996 / archiwum prywatne

Czego ty bałeś się najbardziej?
Przede wszystkim bałem się o niego. Wierzyłem, że będzie na tyle silny, żeby przetrwać i żyć także jako osoba w pewien sposób publiczna. Bałem się, że ktoś go urazi. Tak naprawdę uwielbiał spotkania z czytelnikami. Czasami zapominał, że występuje pod pseudonimem. Dopiero pod koniec życia horrory z jego młodości wróciły do niego w koszmarach sennych. Doświadcza tego wielu świadków, którzy przetrwali prześladowania z okresu III Rzeszy.

Nic poza strachem o Stefana nie było w stanie mnie zatrzymać w procesie odzyskiwania tej części historii. Wiedziałem, że byliśmy pierwszym pokoleniem, które umiało walczyć o swoje prawa jako społeczność LGBT. Wiedziałem, że nie jestem sam.

Nie było negatywnych reakcji?
Zaraz po niemieckiej premierze „Cholernie mocnej miłości” otrzymałem kilka listów przepełnionych nienawiścią. Jeden neonazista włamał się do mojego mieszkania w Hamburgu i zniszczył moje rzeczy, ale mimo wszystko większość reakcji na książkę na początku lat 90. w Niemczech była bardzo pozytywna. 

Stefan K.

Tak brzmi pseudonim Teofila Kosińskiego – jedynego Polaka, który był sądzony na mocy paragrafu 175 nazistowskiego kodeksu karnego i odważył się opowiedzieć swoją historię. W listopadzie 1941 roku zakochał się w austriackim żołnierzu Wehrmachtu – Williemie G. Ich relacja trwał tylko kilka miesięcy. Powołanie na front wschodni przerwało romans. Stefan umierał z tęsknoty, więc napisał list miłosny do ukochanego. List został przechwycony przez gestapo. Zgodnie z paragrafem wystarczyło tylko podejrzenie o relację homoseksualną, aby skazać kogoś na ciężkie więzienie albo obóz koncentracyjny. Od września 1942 roku Stefan K. był przetrzymywany w jednostkach penitencjarnych za „sprzeczny z naturą nierząd”. Przetrwał, ale bał się opowiadać o przeszłości. Po wojnie wrócił do Polski i żył w cieniu. Nie wspominał – milczał. Lutz van Dijk trafił na jego historię pod koniec lat 80. XX wieku. Razem stworzyli książkę – świadectwo, które stanowi ważny etap w odzyskiwaniu historii osób LGBT z okresu II wojny światowej. Stefan K. zmarł 4 listopada 2003 roku w Warszawie.

„Cholernie mocna miłość. Prawdziwa historia Stefena K. i Williego G.” autorstwa  Lutza van Dijka ukazała się po polsku w październiku 2017 w wydawnictwie Ha!art w przekładzie Agaty Chmieleckiej i Filipa Fierka. Joanna Ostrowska jest redaktorką książki i autorką przedmowy.

Wasza przyjaźń trwała trzynaście lat. Jak wyglądało jego życie po roku 1989? Kim byli jego bliscy? Pytam szczególnie w kontekście Warszawskiego Ruchu Homoseksualnego i innych organizacji powstających już po transformacji.
Stefan zawsze kochał matkę. Bardzo dużo o niej mówił. Ona była dla niego kimś w rodzaju „kompasu moralnego”. Jednocześnie warto pamiętać, że deklarował się jako oddany katolik. Modlił się codziennie i wierzył, że bóg stworzył go tym, kim jest, i kocha go takim, jaki jest. Miał wielką nadzieję, że w momencie, kiedy komunizm w Polsce upadnie, wszystko się zmieni. Szybko zdał sobie sprawę, że na zmiany dotyczące szacunku dla społeczności LGBT potrzeba o wiele więcej czasu. Znał kilka osób z rodzącego się w Polsce ruchu homoseksualnego, ale w tym kręgu także używał pseudonimu – bał się do końca swoich dni. Z czasem był coraz bardziej zawiedziony brakiem wsparcia ze strony ruchu dla starszych gejów, którzy potrzebowali pomocy, zrozumienia i rozmowy. 

Stefan vel Teofil używał pseudonimu także w życiu codziennym. Rozmawialiście na temat jego relacji miłosnych po wojnie? Czy ten temat był raczej niedostępny?
Dla Stefana rodzina była czymś niezwykle ważnym. Nigdy nie zdecydował się na coming out, ponieważ nie chciał sprawiać im kłopotu. Bał się, że jego przeszłość stanie się niewygodna. Miał również nadzieję, że zaopiekują się nim, kiedy nie będzie mógł już radzić sobie sam. Miał rację. Jego krewne zajmowały się nim bardzo czule przez ostatni rok jego życia. 

Stefan K. próbował kilkukrotnie budować inne relacje miłosne z mężczyznami. Ale nikt i nic nigdy nie zapisało się w jego biografii tak mocno, jak jego pierwsza miłość do Williego. Do końca życia zapalał świeczkę czwartego listopada. Tego dnia poznał swojego ukochanego w Toruniu w 1941 roku. Zmarł dokładnie 4 listopada 2003 roku w Warszawie. Wiele wątków w jego biografii pozostało w sferze tabu. Nigdy nie opowiedział mi o swoim nieudanym małżeństwie z kobietą. W trakcie trzynastu lat naszej przyjaźni był samotny – aż do śmierci. 

Dlaczego Stefan nigdy nie opowiedział swojej historii w Polsce?
Po prostu – czuł, że jako starszy mężczyzna nie ma wystarczająco dużo siły, żeby zmierzyć się ponownie z jakąkolwiek formą dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Włożył wiele wysiłku w to, żeby prowadzić podwójne życie. Miał ku temu wiele powodów. Pozwolił, żeby jego historia ujrzała światło dzienne w kilku krajach, w których opublikowano naszą książkę. Podróżował z nią, brał udział w odczytach. Był bardzo odważnym człowiekiem, ale w Polsce chciał pozostać kimś nierozpoznanym. Bał się, że ktoś ponownie wyrządzi mu krzywdę. 

Jak wspominał czasy PRL?
Nie lubił o tym mówić. Czuł się wykorzystany. Kilkukrotnie wspominał mi, że bał się Służby Bezpieczeństwa. Był praktycznie pewny, że „oni” wiedzieli wszystko o jego przeszłości dotyczącej paragrafu 175. Z tego też powodu zawsze czuł się stygmatyzowany, choć nikt nigdy nie powiedział tego głośno. Nigdy nie pracował na stanowisku, które odpowiadałoby jego wykształceniu (studia ekonomiczne). Szybko przeszedł na emeryturę. Nigdy nie był związanym z żadną partią polityczną. Nienawidził komunistów, ale żył w cieniu – szczególnie w latach 80. Wierzył, że wolność, demokracja, szacunek dla mniejszości LGBT to przyszłość Polski. Nigdy nie zapomniał o żydowskich przyjaciołach rodziców i współwięźniach żydowskiego pochodzenia. Bardzo mocno protestował przeciwko każdemu przejawowi antysemityzmu. Miał nadzieję, że jego kraj będzie bezpieczny dla wszystkich. 

Jakie były reakcje ludzi na całym świecie na „Cholernie mocną miłość” na początku lat 90.?
Książka stałą się bestsellerem. Została przetłumaczona na kilka języków. Stefan udzielił dwóch szczegółowych wywiadów dla Shoah Foundation w Los Angeles i USHMM w Waszyngtonie. W Amsterdamie, w trakcie spotkania z publicznością, otrzymał owacje na stojąco. W USA w trakcie kilku wywiadów prasowych zapomniał się i występował pod swoim prawdziwym imieniem i nazwiskiem. Najbardziej ujęła go postawa młodych ludzi z Niemiec, którzy organizowali zbiórkę pieniędzy na jego leczenie. Natychmiast kupił maszynę do pisania. Chciał odpowiedzieć na setki listów, które otrzymywał od uczniów ze szkół w Niemczech i innych krajach. Każdy z tych listów przechodził przez wydawcę albo był najpierw kierowany do mnie. Stefan pozostawał pod pseudonimem, ale udzielał odpowiedzi – dziękował za słowa otuchy i wsparcie. Był poruszony. 

W filmie dokumentalnym „Paragraf 175” Roba Epsteina i Jeffreya Friedmanna z 2000 roku, w którym świadkowie nazistowskich prześladowań osób nieheteronormatywnych wreszcie zabierają głos, Stefan nie występuje. Pozostał w napisach końcowych jako Polak, który ostatecznie nie zdecydował się opowiedzieć swojej historii. Co się wydarzyło przed premierą filmu?
Rzeczywiście Stefan rozmawiał z reżyserami tego dokumentu. Umawiali się na kolejne spotkania. Korespondowali, ale koniec końców nie doszło do współpracy. Epsteinowi i Friedmannowi nie wolno było użyć nawet fragmentów relacji z dwóch wspomnianych wywiadów. Dla Stefana ta przygoda z filmem to było już za dużo. Zdał sobie sprawę, że jako bohater obrazu filmowego nie zdoła utrzymać swojej tożsamości w tajemnicy. Powracał strach przed coming outem. Wycofał się, mimo że podziwiał reżyserów „Paragrafu 175”. Nie był w stanie przekroczyć tej granicy. 

Jakie było największe marzenie Teofila? O czym ty marzyłeś w trakcie pracy nad „Cholernie mocną miłością”?
Największym marzeniem Stefana była oczywiście informacja, że Willi przetrwał wojnę. Strach o to, że jego list miłosny mógł doprowadzić do aresztowania ukochanego i kary śmierci prześladował go do końca życia. Naszym wspólnym marzeniem była ekranizacja wspomnień Stefana – film na podstawie „Cholernie mocnej miłości” – oczywiście nagrodzony Oscarem! Dziś przede wszystkim zależy mi na tym, żeby zachęcić Polaków, w szczególności młodych ludzi, aby budowali społeczeństwo otwarte, pełne szacunku dla wszystkich, w którym każdy czuje się bezpiecznie. Wierzę, że historia Stefana będzie pomocna w tworzeniu takiego społeczeństwa.