Promieniowanie „Photonu”

11 minut czytania

/ Film

Promieniowanie „Photonu”

Monika Talarczyk

Być może najważniejszym efektem „Photonu” jest fakt, że możemy na ponad sto minut odejść wreszcie od rodzinnego stołu polskiego filmu fabularnego, przy którym w kółko odbywa się ta sama nużąca „wymiana napięć kierunkowych” przy rosole lub opłatku

Jeszcze 3 minuty czytania

Początek widziany po tysiąc razy w filmach przyrodniczych (zbliżenie na pszczołę na kwiecie) i fabularnych (tapczan, telewizor, rodzina). Nic nie zapowiada innego spojrzenia, aż do ujęcia czarnego tła z ruchomym białym punktem. W tym ujęciu nakładają się na siebie ekran kinowy i czarna tablica w klasycznej sali wykładowej, rusza mechanizm pełnometrażowego filmu. Przeciętny długi metraż oscyluje wokół 90 minut – skrojonych przede wszystkim dla fabuły i jej ludzkich trójaktowych spraw, czasem filmu dokumentalnego, ale też obowiązkowo z bohaterem, jeszcze rzadziej popularnonaukowego, zwykle z bohaterem zwierzęcym. Długi metraż odpowiada też długości wykładu akademickiego, w przypadku „Photonu” wydłużonego o kilkanaście minut pytaniami dziennikarki, szwami wywiadu telewizyjnego. Ów metraż, kompozycyjne szwy, głos Andrzeja Chyry – jeden z najbardziej rozpoznawalnych, a zarazem najbardziej pociągających głosów polskiego filmu fabularnego, wszystko to wyprowadza dzieło Normana Leto z przestrzeni galerii, a dyskurs naukowy z sali wykładowej w pole filmowe ‒ i najciekawsze wynika właśnie z tego przemieszczenia. Poza tym, że kiedy piszę te słowa, ogłoszono Nagrodę Nobla za rejestrację fal grawitacyjnych. (O dziennikarce i wywiadzie telewizyjnym wolałabym zapomnieć).

Bomba megabitowa

Jeśli pokładano nadzieje w Kino-Sztuce, czyli desancie artystów wizualnych w polu filmu fabularnego, to właśnie się one spełniły. Portrety artystów autorstwa Łukasza Rondudy („Performer”, 2015; „Serce miłości”, 2017) albo uszlachetnione science fiction w „Walserze” (2015) Zbigniewa Libery nie przyniosły tej satysfakcji, którą daje filmowy esej Leto – bomba megabitowa rozsadzająca gen filmu i wprowadzająca w lekkie drżenie instytucję kinematograficzną (decyzja o dofinansowaniu developmentu – tak, produkcji – już nie, sugestia zmiany tytułu na „Cud życia”, a obecnie sukcesy filmu na festiwalach we Wrocławiu – Nagroda Publiczności T-Mobile Nowe Horyzonty i w Gdyni – zwycięzca Innego Spojrzenia na 42. FPFF).

Siła oddziaływania wynika po części z epickiego rozmachu owego wykładu, prowadzącego widza od nicości i drgań nieukierunkowanej energii, przez tworzenie stabilnych zlepów atomów, powstanie życia na Ziemi, ewolucję, choroby układu nerwowego i narośl internetu, po futurystyczną wizję połączonych świadomości i… powrót do próżni doskonałej. Od podstawowego pytania: „Jak coś jest?”, po ostatnią odpowiedź: „Nie wiem, co dalej”. Jest w tym rozmachu i w głosie narratora patos, który kryje obietnicę porzuconą już przez współczesną naukę. A mianowicie obietnicę wykładni obejmującej jak najwięcej aspektów istnienia, od drżenia atomu po drżenie egzystencjalne, zasypanie przepaści między wiedzą abstrakcyjną a empiryczną, między ideą atomu a bilionami atomów na obrzeżach paznokcia.

Drugim źródłem silnego promieniowania „Photonu” jest wizualne piękno jego cyfrowej abstrakcyjnej estetyki, ale, jak skwitowałby autor, to zaledwie uboczny skutek wizualizacji zagadnień z fizyki, biologii, chemii, fizjologii, antropologii. Od monochromatycznych animacji wielkiego wybuchu i wnętrza atomu, przez zdjęcia z lądu – brzegów wód i geologicznych bruzd, po ujęcia ze środowiska współczesnego człowieka, na które znów patrzymy jakby świeżym okiem oraz, last but not least, śmiałą wizję doliny krzemowej, która zagarnie obszar całej planety. W tym tak unikatowe ujęcia jak gwałtowne gonzo kopulacji pierwotnych ludzi albo czarno-biała chmura wiersza drgająca nad głową Wojtka Bąkowskiego w autobusie. Dyskursywnie „Photon” jest oczywiście zadłużony w stosunku do nauk ścisłych, ale metaforycznie – do estetyki filmu. Leto twierdzi, nie bez racji, że metafizyczna strona nauki najlepiej wyraża się w jej filmowej ekspresji.

„Photon”, reż. Norman Leto

Obrazy pulsującego białego punktu, dynamicznych sześciokątów i wirujących okręgów, gwiezdnego pyłu na czarnym niebie, stop-klatek przekrojów czaszki, wszelkich cyfrowych wizualizacji fastrygowanych obrazami części ciała bądź całych ludzkich postaci na zdjęciach tomograficznych lub w ich naturalnym otoczeniu – wszystko to uruchamia ciąg skojarzeń wiodących przez rzadko używaną ścieżkę historii polskiego filmu: od „Obliczeń rytmicznych” (1933) Jalu Kurka oraz manifest „O potrzebie tworzenia widzeń” (1937) Stefana Themersona, przez filmy bezkamerowe Józefa Robakowskiego („Test”, „Prostokąt dynamiczny” 1971) i „Iluminację” (1972) Krzysztofa Zanussiego, po „Film mówiony 5” Wojciecha Bąkowskiego, który odbieram jako niechlujny, poetycki wariant „Photonu” w miniaturze. Tym, co łączy wywołane z archiwum filmy, jest poszukiwanie filmowego ekwiwalentu dla refleksji naukowej, dla estetycznego wymiaru nowoczesności oraz włączenia elementów dyskursu nauk ścisłych do eksperymentów artystycznych. Potrzeba tworzenia widzeń, jak przekonywał Themerson, zrodziła się w wyniku spojrzenia człowieka w ekran kosmosu, a jedynym organem świetlnym reżysera, i w ogóle człowieka, jest jego umysł. Z kolei awangardowa idea „czystego kina” i jego realizacje – obliczenia rytmiczne podstawowych kształtów geometrycznych i ludzkich – czyż nie zapowiadały języka nowych mediów? Testy Józefa Robakowskiego wywoływały powidoki i były wizualną realizacją elementarnej poznawczej obserwacji „jest/nie ma” z początku „Photonu”. Wreszcie „Iluminacja” – jedyny film w kanonie polskiej kinematografii, który można śmiało wskazać jako krewnego filmu Leto sprzed przełomu cyfrowego.

„Iluminacja”, w porównaniu z „Photonem”, była totalnie antropocentryczna. I to on, mężczyzna, Franciszek Retman, filozofujący fizyk, był w niej miarą wszechrzeczy. Lądowanie na Księżycu i patos życiowych wyborów. Co ciekawe, znajdujemy w nim niemal dokładnie to samo ujęcie czarnej otchłani i białego punktu, który nie istniał w czasie i nie miał jeszcze wymiarów. Franciszek objaśnia wszechświat swojej kochance, starszej od niego artystce, po pierwszej wspólnej nocy. Kobieta całkiem trzeźwo pokpiwa: „Masz takie bardzo podniosłe problemy. Chyba naprawdę nie jesteśmy tak ważni, jak nam się wydaje”. Dziennikarka w „Photonie” nie ma odwagi na taką kpinę. A sam Norman Leto dąży do porzucenia antropocentrycznej perspektywy, aby ukazać zagadnienia „z perspektywy nici DNA”.

Mężczyźni objaśniają nam (wszech)świat

Podobno wiedza wyłożona w „Photonie” odpowiada ostatniej klasie liceum o profilu ścisłym. Nie wiem, nie jestem pewna. Na lekcjach fizyki w profilu humanistycznym czytałam w ostatniej ławce, w najlepszym razie, powieści Stanisława Lema. Może nawet żałuję. Byłabym skłonna widzieć w idealnym odbiorcy wykładu Leto tytułowego kujona z wystawy poprzedzającej premierę filmu, operującego swobodnie terminologią nauk ścisłych, ale niekoniecznie terminów literackich, odpornego na „coś przewieszone przez coś” w sztuce współczesnej. Niemniej wykazał tę intuicję, że nic nie jest skuteczniejsze poznawczo niż podstawowa z figur retorycznych, jaką jest porównanie. Właśnie w porównaniach zawiera się humor „Photonu”, i to w porównaniach trywialnych, zestawiających obserwacje zjawisk fizycznych z szumem w telewizorze, wydzielanie brudnej piany z wrzątku ze zmarszczkami na mosznie zimą. „Artysta wnosi alkohol do domu”, jest okazja wejrzeć w atomową strukturę uciskającej jego palce reklamówki. Osobiście wątpię, czy możliwy jest punkt widzenia z perspektywy nici DNA. Natomiast odnajduję w „Photonie” ton i wizualny ekwiwalent dla prozy Lema, jego sceptycznego humanizmu, chłodnej racjonalnej narracji, nieposkromionej futurologii, przerażającego humoru, świat opowieści dalekich od „polskich tematów”.

„Photon”, reż. Norman Leto„Photon”, reż. Norman Leto. Polska 2017, w kinach od 6 października 2017Jednak nic tak nie studzi entuzjazmu dla filmu Leto, jak spostrzeżenie, że zamiast dekompozycji antropocentrycznego świata otrzymaliśmy w istocie jedną z najbardziej konserwatywnych narracji, w której dojrzały mężczyzna objaśnia (wszech)świat młodej kobiecie, w dodatku blondynce. Kiedy prawie zapominamy o tym żenującym punkcie wyjścia, w połowie wykładu, po omówieniu miliardów lat świetlnych, dziennikarka wtrąca to swoje trywialne pytanie: „Czy znajduje pan czas dla bliskich?”. I kolejne po kilkunastu minutach, w którym dystansuje się do ustaleń nauki, co skłania naukowca do złożenia jej propozycji: „Proszę tu napluć” – i przygotowuje preparat. Nie wiemy, czy podobną cierpliwość ma naukowiec w stosunku do swojej żony, młodszej o 20 lat byłej studentki, która milcząco zmienia pieluchę ich synowi, „nowemu transportowi nitek DNA”. Nie miał jej narrator i bohater poprzedniego filmu Leto, czyli „Sailor” – jego partnerka Nel miała chwytne kończyny i podejmowała głupie decyzje, nie obyło się bez szturchańców i wyzwisk. Z lektury storyboardu „Photonu” wynika, że pierwotnie wykład miał się odbywać po prostu w sali wykładowej, a pośród studentów zasiadać miał pięćdziesięcioletni dziennikarz z dyktafonem. Kompozycja oparta na mansplaining w formie telewizyjnego wywiadu pozwoliła zredukować koszty produkcji tych scen, i rzeczywiście – pomysł okazał się bardzo tani i zdecydowanie passé. Na dodatek nie wydaje się przypadkowy. Naukowiec (Chyra) powściąga swoją irytację z powodu braku zrozumienia ze strony dziennikarki, ale jego młodsze wcielenie – nauczyciel fizyki z „Sailora” (Leto) – nie ukrywał pogardy dla ludzi o „płaskich bryłach życiorysu”, dla „bydła, które nie umie czytać wykresów, ale dostarcza nawozu w postaci danych”. Z uwagi na tę pogardę, manifestowaną w „Sailorze”, powściąganą w „Photonie”, uważam prace Leto za równie pociągające, co niebezpieczne. W powieści „Sailor” narrator żałował, że „zmarnował tak wyrafinowaną mowę w tak prostym towarzystwie” i wyrżnął z popsutego krzesła na podłogę. W „Photonie” widać postęp i etyczny, i technologiczny w stosunku do debiutanckiego filmu. W scenach z udziałem chorego na parkinsona Stanisława czy robiącej na drutach Emilii daje się odczuć, że chłodna obserwacja łączy się z szacunkiem dla bohaterów. Tylko ta blondynka…

Być może najważniejszym efektem „Photonu” w polu pełnometrażowego filmu kinowego i życia festiwalowego jest fakt, że możemy na ponad sto minut odejść wreszcie od rodzinnego stołu polskiego filmu fabularnego, przy którym w kółko odbywa się ta sama nużąca „wymiana napięć kierunkowych” przy rosole lub opłatku: komunia, cicha noc, wesele. Już dość.