Granice dyskomfortu
fot. Michał Ramus

14 minut czytania

/ Muzyka

Granice dyskomfortu

Adam Suprynowicz

Pietraszewski, od ubiegłego roku szef Sacrum Profanum, postanowił ponownie połączyć ogień z wodą, zestawiając ze sobą żywioły muzyki alternatywnej i współczesnej. Zapowiadał zadziornie „dyskomfort”, obcowanie z „innym”

Jeszcze 4 minuty czytania

„Wszystko jest ważne”. Z tą myślą pędziłem do Krakowa, ile sił, przepełniony jeszcze dźwiękami Warszawskiej Jesieni, a w pamięci wciąż tłukły mi się wrażenia z tygodnia spędzonego na Wratislavii. Sierpniowo-wrześniowa kumulacja jest mordercza dla każdego, kto chciałby śledzić polskie życie festiwalowe, które kręci się wokół klasyki. Tym większa była moja wdzięczność dla organizatorów Sacrum Profanum, że przenieśli program nieco w czasie, sytuując go w ostatnim tygodniu września i rezygnując tym samym z otwarcie zaczepnego stosunku do Warszawskiej Jesieni. Ta konkurencja zawsze zdawała mi się niemądra – warszawską legendę przebić niełatwo, można tylko utrudnić życie niewielkiej grupce wędrownych fanów nowej muzyki, zazębiając terminy. Wojenka bywała szczególnie dolegliwa w czasach monograficznych edycji krakowskiego festiwalu: „niemieckiej”, „brytyjskiej” czy „amerykańskiej”. Potem Sacrum pożeglowało w kierunku tak zwanego nurtu indie classical, zjawiska tyleż artystycznie wątpliwego, co nadmuchiwanego przez wielkie wytwórnie płytowe, moje zainteresowanie wrześniowymi podróżami do Krakowa zdecydowanie więc spadło.

Krzysztof Pietraszewski, od ubiegłego roku szef festiwalu, postanowił ponownie połączyć ogień z wodą, organizując imprezę dla ciekawych i otwartych. Zapowiadał zadziornie „dyskomfort”, obcowanie z nieznanym lub „innym”, na które mieliśmy się nastawić. Ekumeniczne połączenie miało miejsce już w dniu inauguracji, w ramach bardzo długiego koncertu w Nowohuckim Centrum Kultury. Zestawienie programu „Série Rose” Frauke Aulbert i Małgorzaty Walentynowicz (według projektu Moniki Pasiecznik – projekt komentował już w „Dwutygodniku” po Warszawskiej Jesieni Krzysztof Marciniak) i premiery piosenkowego duetu Bardo (Barbara Kinga Majewska i Bartłomiej Wąsik) z projektem Murcofa i Vanessy Wagner (elektronicznie rozszerzone proste utwory fortepianowe z XX wieku) oraz osobliwym zjawiskiem, jakim jest Lubomyr Melnyk, wystawiło cierpliwość publiczności od razu na poważną próbę. Po średnio udanym, choć ciekawie pomyślanym i świetnie wykonanym spektaklu „Série Rose” część słuchaczy zdawała się być mocno skonfundowana: czy to w ogóle muzyka? Dlaczego ktoś na dzień dobry funduje nam teatralne utwory? Dla miłośników nowej muzyki trudne do wytrzymania mogły być z kolei następujące zaraz potem produkcje Murcofa, polegające głównie na tworzeniu przesłodzonego elektronicznego tła dla klasycznie traktowanego fortepianu. Do finału czterogodzinnego koncertu dotrwało niewielu, a stanowiła go postminimalistyczna kompozycja Lubomyra Melnyka „The Voice of Trees” (czyli: potwarzanie w nieskończoność kilku porozkładanych prostych fortepianowych akordów z towarzyszeniem banalnej kantyleny tuby, wszystko w mistyczno-ekologicznej aurze; muzyczny Paolo Coelho). Melnyk grał tutaj z samym sobą; kilka partii fortepianu zarejestrowano niewiele wcześniej i nałożono na siebie. Efekt był o tyle ciekawy, że chyba synchronizacja nie do końca się udała i dzięki temu czasami powstawały niezamierzone, mniej banalne harmonicznie spiętrzenia. W tej rzece dźwięków – upieram się – jednak nierównoważnych, umknąć uwadze mógł prościutki, ale szlachetny recital piosenek napisanych i wykonanych przez Bardo. Osobista, kameralna wypowiedź, głos śpiewaczki, która potrafi bez operowych naleciałości, przekonująco i prawdziwie wykonać piosenkę, i romantyzująca nieco narracja fortepianu, bardzo delikatnie przyprawiona elektroniką, wpisują się w najlepszą tradycję songwritingu. Majewska wielokrotnie podkreślała swoją fascynację twórczością Kate Bush, ale nawiązania, jeśli są w twórczości Bardo, to raczej ujawniają się przez wybór twórczej postawy, wyciszonej estetyki, niż konkretne rozwiązania muzyczne. W swoich tekstach artystka łączy bardzo subtelnie cielesną zmysłowość z głęboko egzystencjalną metaforyką. To piękne przedsięwzięcie nie doczekało się jeszcze wydania na płycie; premiera podobno wkrótce.

Koncert „Afrykańskie reperkusje”Jennifer Walshe i Arditti QuartetKoncert „Tribute to MOONDOG”Koncert „DRONE”
fot. Michał Ramus

Pierwszy wieczór Sacrum Profanum pokazał kilka problemów, z którymi musi się mierzyć programujący festiwal. Publiczność okazała się bowiem mniej otwarta na nieortodoksyjne skojarzenia niż oczekiwano. Trudniejszemu repertuarowi towarzyszył exodus słuchaczy, zwłaszcza że część imprez odbywała się późnym wieczorem w Nowej Hucie. Wieczory trwały też nieludzko długo: ponad dwie godziny podobnych do siebie utworów z kręgu rumuńskiego spektralizmu pokonały i mnie, podobnie jak pomysł przedstawienia bardzo złożonego utworu „Everything is Important” Jennifer Walshe w finale koncertu, w którym wcześniej zaprogramowano półtorej godziny ekstremalnie wymagającej od słuchacza muzyki na kwartet smyczkowy. Selekcja materiału i pilnowanie czasu zawiodło, a efekt mógł prawdziwie irytować tych, którzy chcieli posłuchać wszystkiego.

Trzeba jednak przyznać, że było się czym cieszyć i z czego wybierać. Wiele radości wniósł pomysł przypomnienia twórczości Moondoga, głównie zresztą tej piosenkowej, cieszącej zmiennością króciutkich form i kołyszącymi, dowcipnymi melodiami. Z jakiegoś powodu szczególnie interesują się ostatnio Moondogiem Francuzi: do Krakowa zjechały zespoły Dedalus i Muzzix, które przedstawiły pełen uroku program z albumu „Round the World of Sound”. Melodie Moondoga (a miał skłonność do polifonizowania) zostały przedstawione – w nawiązaniu do jego własnej praktyki – w postaci minimadrygałów. Artyści do pewnego stopnia zrekonstruowali uliczną konwencję: używali na przykład osobliwych zestawów perkusyjnych, bez skrępowania wymieniali się też rolami. Choć w pełni profesjonalna, ich interpretacja była pełna prostej radości muzykowania i momentalnie rozkołysała publiczność. Z kolei Cabaret Contemporain, który perfekcyjnie wykorzystuje awangardowe sposoby gry na klasycznych instrumentach, aby osiągać brzmienia przypominające dźwięki elektroniczne, zmienił kultowy repertuar nowojorskiej ulicy w cykl wirtuozowskich miniatur. Wokalistki Linda Oláh i Isabel Sörling z początku używały trochę naiwnej, dziewczęcej artykulacji, aby w kolejnych utworach coraz bardziej ujawniać swoją bardzo świadomą strategię operowania głosem w relacji z zespołem. Blado wypadła na tym tle polsko-słoweńska kooperacja zainicjowana na zamówienie festiwalu. Introwertyczne improwizacje Raphaela Rogińskiego nie do końca kleiły się z etniczną estetyką zespołu Širom, muzycy byli jakby wycofani, nie grali do siebie nawzajem. W tym występie nie dało się wyczuć dobrej chemii, a Natalia Przybysz wydawała się w tej sytuacji trochę zagubiona i odzywała się nazbyt już oszczędnie.

Równoległa prezentacja zapomnianej do niedawna twórczości Juliusa Eastmana pokazała tego afroamerykańskiego minimalistę z różnych, czasem zaskakujących perspektyw. Z utworami z lat 70., wpisującymi się w nurt powtarzalności, który jak echo od lat powraca na Sacrum Profanum, kontrastowały drobne, maksymalnie uproszczone, wyciszone utwory religijne z lat 80. i solenna, nudnawa sonata „Piano 2”, odwołująca się wręcz do atonalnych poszukiwań z I połowy ubiegłego stulecia. Mieszane uczucia wzbudziły we mnie utwory wokalne Eastmana: „Stay On It” w wykonaniu Apartment House wciągało nawiązaniem do soulowej wokalistyki (to zasługa solistki Elaine Mitchener), ale już „Macle”, wokalny teatr absurdu, będący przede wszystkim katalogiem efektów, zdecydowanie stracił dziś na oryginalności. Być może winą należy obarczyć tutaj rekonstrukcyjne podejście S.E.M. Ensemble, grupy, w której w latach 70. grał niegdyś sam Eastman. Dzisiaj kustoszem tej spuścizny jest jego kolega z zespołu, Petr Kotik. Muzycy zrekonstruowali program koncertu sprzed kilku dziesięcioleci, ze wspomnianym „Piano 2” Eastmana, zagranym z nużącym obiektywizmem przez Josepha Kuberę. Ten ciągnący się w nieskończoność wieczór w Łaźni Nowej spotkał się chyba z największą niechęcią publiczności, gremialnie opuszczającej salę, kiedy artyści z iście akademicką swadą odtwarzali m.in. „Song Books” Johna Cage’a. Zabiegi, które niegdyś szokowały publiczność, dzisiaj straciły swój potencjał transgresji. Muzyk, który coś tam skrobie za stołem przykrytym czarnym obrusem, schowany za pulpitami nutowymi, a potem zrywa się znienacka i zaczyna z wrzaskiem biegać dookoła sali, wywołuje raczej znużenie i irytację niż szok.

Członkowie S.E.M. podeszli do tej partytury jak do muzyki dawnej: uroczyście nawiązując do sposobów emisji głosu sprzed wielu lat, zabiegów, które dawno są już oczywiste, a wszystko to w głębokim skupieniu na sobie i na dźwięku, bez kontaktu z publicznością, bez teatralnej inwencji (i aktorskich talentów). Czasami artyści zachowywali się, jakby nagrywali w studiu radiowym, zamiast prezentować koncertowe show. Być może otwartych dzieł awangardowych po prostu nie powinno się rekonstruować w ten sposób? Może ożyłyby, gdyby spróbowano użyć bardziej współczesnych, mniej zbanalizowanych środków? Gdyby nawiązano w jakkolwiek sposób do współczesności?

Eastmanowskim wydarzeniem numer jeden okazała się dla mnie prezentacja „Evil Nigger”, utworu znanego nam dotąd w wersji fortepianowej, a w Krakowie wykonanego w trafnym opracowaniu Tomasza Jakuba Opałki na trzy kwartety smyczkowe. Dwie partie nagrał, a trzecią wykonał na żywo legendarny Arditti Quartet, który przedstawił również dzieło trudne do zaakceptowania przez wielu słuchaczy, dla mnie zaś stanowiące chyba szczytowy punkt programu Sacrum Profanum 2017: IV Kwartet smyczkowy Horatiu Rădulescu, o podtytule „Infinite to be cannot be infinite, infinite anti-be could be infinite”. To gigantyczne dzieło, rozpisane na kwartet zmultiplikowany komputerowo do liczby dziewięciu bliźniaczych zespołów, wprawia w zachwyt wielością pomysłów i wewnętrzną spójnością zarazem, głębokim wykorzystaniem elektronicznej przestrzeni, wyrafinowanymi grami z percepcją, a przede wszystkim – wyobraźnią brzmieniową wynikającą z głębokiej znajomości medium kwartetu. Z jego brzmienia właśnie, z charakterystycznych, ostrych, charczących i skrzypiących, wręcz turpistycznych dźwięków instrumentów smyczkowych, wywodzi się głęboki emocjonalizm tej muzyki.

Muzykę Rădulescu charakteryzuje też radykalna odmowa wdzięczenia się do publiczności. Nie potrafię tego powiedzieć o utworach innych rumuńskich spektralistów prezentowanych w Krakowie: Iancu Dumitrescu i Any-Marii Avram. Niby są to kompozycje radykalne, mocne, głęboko przemyślane, ustrukturowane przemyślnie w swoich improwizowanych partiach. Muzyka wirtuozowska, używająca brutalnych sonorystycznych środków i utopiona w mistyczno-filozoficznym sosie. Mimo fantastycznej gry zespołu Hyperion International, kierowanego przez Dumitrescu i świetnego dyrygenta Ilana Volkova, mimo wsparcia rockowych wirtuozów, Stephena O’Malleya i Orena Ambarchiego, nie potrafię jednak kupić w pełni tej estetyki; wydaje mi się nazbyt efekciarska i patetyczna, w dodatku szantażuje obszerną ideologią. Nie przeczę jednak, że koncert Hyperionu był dobry i wart włączenia do programu festiwalu, podobnie zresztą jak prezentacja twórczości Jennifer Walshe, irlandzkiej artystki tworzącej muzykę połączoną z performansem i filmem. Spotkanie zorganizowane przez magazyn „Glissando” dało wgląd w jej swoiste rozumienie misji współczesnego artysty, a prezentowane prace przedstawiły jej różne oblicza. Walshe miała też szczęście do świetnych wykonawców – Arditti Quartet i Quiet Music Ensemble. Jej konceptualne strategie wydają się świeże i trafne, a ona sama jest kapitalną, precyzyjną i charyzmatyczną performerką. Warto poświęcić jej więcej miejsca; tutaj tylko sygnalizuję jej istotny udział w obrazie festiwalu. Dodam do tego także ciekawe projekty jazzowe w relacji do twórczości Henryka Mikołaja Góreckiego (Evan Ziporyn i Adrien Lambinet z zespołem) i Tomasza Sikorskiego (Tomasz Stańko), a także program „Post Indie Classical”, podczas którego Spółdzielnia Muzyczna zagrała utwory skomponowane przez artystów ze świata popkulturowych nisz.

Sacrum Profanum, Kraków, 26 września – 2 października 2017Sacrum Profanum,
Kraków, 26 września – 1 października 2017
Wreszcie jeszcze jeden wątek: minimalizm polegający na radykalnym ograniczeniu liczby dźwięków, zatrzymaniu czasu, kontemplacji brzmienia i jego powolnych przemian w czasie i przestrzeni. Ogromne wrażenie wywarło dzieło Éliane Radigue „Occam Océan”, przeznaczone na orkiestrę, która nie miała jednak przygotowanej partytury, lecz sędziwa kompozytorka osobiście przygotowała w rozmowach każdego z muzyków Orchestre de Nouvelles Créations, Expérimentations et Improvisation Musicales, kierowanej przez Frédérica Blondy’ego. Mieliśmy do czynienia z wyciszonym, falującym jak tytułowy ocean, godzinnym seansem muzyki wzajemnych relacji, realizowanej przez artystów współpracujących jak komórki wielkiego orkiestrowego organizmu. Ostatniego dnia festiwalu, kiedy jego wytrwali obserwatorzy mogli mieć już trochę dość, zaserwowano seans głębokiego i świadomego słuchania muzyki Pauline Oliveros. Zgodnie z koncepcją tej charyzmatycznej, zmarłej niedawno artystki, dźwięki grane przez Quiet Music Ensemble, poddawane subtelnym elektronicznym zabiegom, dystrybuowane były do kilkunastu głośników rozstawionych w dwóch salach ICE Kraków. Każdy głośnik prezentował nieco inne brzmienie, inną część wykonywanego materiału, zalecane było więc krążenie pomiędzy nimi, zatrzymania w rozmaitych punktach zaplanowanej przestrzeni dźwiękowej. Krążyliśmy zatem między ciemną salą, w której grali muzycy, a pustą przestrzenią pomieszczenia o szklanych ścianach, skąd widać było panoramę Wawelu, Wisły, starej części Krakowa. Muzyka skomponowana gdzie indziej, w innych okolicznościach, wpasowała się w otoczenie, współgrała z nim, tworzyła kontrapunkt do ruchomego obrazu ulicznego ruchu, niedzielnego życia rozsłonecznionego miasta.

Dobry punkt dla Sacrum Profanum. Chyba nie najgorszy moment w historii imprezy. Świetne miejsce do słuchania muzyki. I sama muzyka, która mogłaby stanowić przewrotny mainstream festiwalu: twórczość rzadko u nas obecna, bogata w odniesienia, złożona, ale komunikatywna. Leżąca nieco na uboczu klasycznego festiwalowego świata, ale rozwibrowana skojarzeniami i nieoczywistymi filiacjami w zupełnie innych niszach. To Sacrum Profanum, na które chętnie wrócę. Poleżę zatopiony w muzyce, wmyślę się w mniejszą liczbę spraw i tylko z ciekawości zajrzę na takie koncerty, jak finałowe „Afrykańskie reperkusje”. Nie zawsze trzeba i nie wszystko jest ważne. Mimo wszystko.