Androidy toną we łzach

8 minut czytania

/ Film

Androidy toną we łzach

Darek Arest

Robota polega ciągle na tym samym: chodzi się w długim płaszczu ulicami pokolorowanymi przez neony i zabija zbuntowanych replikantów. W „Blade Runnerze 2049” ostało się trochę Philipa K. Dicka i Ridleya Scotta, ale najwięcej jest (niestety?) Denisa Villeneuve’a

Jeszcze 2 minuty czytania

Spoiler na dzień dobry. W reżyserskiej wersji „Blade Runnera” Ridley Scott sugerował, że tytułowy łowca androidów sam może być androidem. W filmie Denisa Villeneuve’a wykonujący ten sam zawód android podejrzewa, że może być człowiekiem.

Rozmazanie granicy człowieczeństwa przez technologię było jedną z obsesji autora powieści, która zainspirowała kultowy film z 1982 roku. W zrealizowanej 35 lat później kontynuacji wciąż da się jeszcze odnaleźć ślady twórczości Philipa K. Dicka, choć są przykryte przez wpływy filmowej wizji Scotta. Zdecydowanie najwięcej jest tu jednak samego Villeneuve’a. Nie są to moje ulubione proporcje, ale warto docenić, że można „Blade Runnera 2049” odbierać jako niezależną opowieść i kolejny autorski projekt kanadyjskiego reżysera, a nie jedynie „sequel kultowego filmu”. Nawet powrót Harrisona Forda wnosi tu pewien dysonans i wydaje się niezręcznym upominkiem dla fanów, z którym nie wiadomo do końca co począć.

Bajki o grzecznych robotach

Robota polega na tym samym, co trzy dekady temu: chodzi się w długim płaszczu ciemnymi ulicami pokolorowanymi przez neony i zabija zbuntowane, humanoidalne maszyny. No i oczywiście buja się po mieście latającym samochodem. Bohater Ryana Goslinga, ukrywający się pod jednoliterowym imieniem K, mógłby być dorosłą wersją mechanicznego dzieciaka o złotym serduszku ze „Sztucznej Inteligencji” Stevena Spielberga. Podobnie smutnymi oczyma przygląda się okrutnemu światu, fantazjując o byciu prawdziwym chłopcem. Reprezentuje nową, „grzeczną” generację androidów, które w odróżnieniu od niebezpiecznych Nexusów-6 z filmu Scotta nie buntują się przeciw ludziom. Nie do końca wiadomo, jak bezwzględne posłuszeństwo osiągnięto, bo Villeneuve nie lubi wdawać się w techniczne szczegóły. W jednej z mocniejszych scen obserwujemy przegląd, któremu poddawany jest policyjny android, polegający na kontroli odruchów empatycznych. Na szczęście niezawodność nowej technologii przez ostatnie trzy dekady niespecjalnie się poprawiła, więc przynajmniej wiadomo, że Gosling nie będzie grzeczny przez całe trzy godziny seansu.

Gwiazdor nie ginie tu wcale w cieniu legendy. „Blade Runner” kojarzy się oczywiście z Rickiem Deckardem o znękanej twarzy Harrisona Forda, ale jest to właściwie postać wyzywająco nijaka. W filmie Scotta dokonuje co najmniej wątpliwych moralnie wyborów, nie stoi za nim dobro ani prawda, a do tego bywa przerażająco kiepski w swojej robocie. Radzi sobie jako tako tylko wtedy, kiedy trzeba strzelić w plecy nagiej kobiecie. Na takim tle prawdziwym bohaterem szybko zostaje tu android Roy Batty, o przenikliwie zimnych oczach i elektrycznej charyzmie Rutgera Hauera. To on ucieleśnia życie, doświadczając go każdym włóknem doskonałego ciała. Z powodu czteroletniego cyklu życiowego przeżywa wszystko z zawstydzającą ludzi intensywnością. Nie godzi się na swój los, staje więc przed własnym stwórcą i żąda od niego wprost „więcej życia”. Bunt i zabijanie nie jest dla niego jakąś mizerną zemstą, ale rekompensatą za brak kontroli nad własną śmiertelnością.

U Dicka jedną z oznak wysokiego statusu życiowego jest posiadanie żywego zwierzęcia (biedacy muszą zadowolić się pająkiem w słoiku, albo mechaniczną reprodukcją kota). Biologiczne życie ma wysoką cenę rynkową. To dla ludzi zarezerwowane są przeżycia mistyczne i wyższe uczucia, ślepe na własną wyższość roboty prą więc do człowieczeństwa, szarpiąc swoje niewolnicze kajdany. W nowym filmie ta walka zostaje przystrojona w mesjanistyczne szatki.

Stare szaty króla

Spoiler drugi: z replikantki rodzi się człowiek. To dla ludzi radosna zapowiedź podboju wszechświata. Tempo zasiedlania nowych, niezniszczonych jeszcze przez człowieka planet ogranicza bowiem niewydajna produkcja replikantów (zarządza nią zły demiurg o twarzy Jareda Leto). Z drugiej strony zagrożona zostaje nieprzekraczalna granica między człowiekiem a maszyną. „Nic nie będzie już takie samo” – wieszczy dostrzegająca symboliczny koniec świata szefowa głównego bohatera (mało zaskakująco obsadzona Robin Wright).

„Blade Runner 2049”, reż. Denis Villeneuve

Scenariusz oparty na tekście Hamptona Fanchera (który odpowiada także za pierwowzór) łączy te motywy z wieloma jeszcze innymi, ale żaden z nich nie wyrasta w trzygodzinnym filmie na pierwszorzędnie ważny. Wątki i postaci to tylko elementy kompozycji, podporządkowanej wypielęgnowanemu nastrojowi melancholii. Nowy „Blade Runner”, jak wszystkie wspólne filmy Villeneuva i autora zdjęć Rogera Deakinsa, wygląda fantastycznie. Panowie trochę oczywiście zrzynają od Scotta, ale filtrują jego wizję przez swoją wrażliwość, a do tego po swojemu nasycają ekranowy świat głębokimi barwami, każdemu pomieszczeniu nadają niepowtarzalny charakter, każdemu przedmiotowi wagę i fakturę. Chciałoby się wyciągnąć rękę i podotykać. Za atrakcyjnymi obrazami zieje jednak pustka. Nie powinno to może dziwić w świecie ukazanym jako pustynia, po której błąkają się udręczone widma przeszłości. Rok 2049 to pełne optymizmu, dobrobytu i elegancji amerykańskie lata 50. odbite w krzywym zwierciadle.

„Blade Runner 2049”, reż. Denis Villeneuve„Blade Runner 2049”, reż. Denis Villeneuve. USA 2017, w kinach od 6 października 2017Na „Blade Runnera” nie idzie się raczej po to, by śledzić akcję, ale żeby zanurzyć się w świecie. Na fenomen oryginalnego filmu składa się przecież w równej mierze historia, co właśnie aspekt wizualny. Może nawet bardziej uderza wszystko to, co „dzieje się” pomiędzy wydarzeniami: kostiumy, scenografia, efekty specjalne, detale, które można śledzić z lupą przytkniętą do ekranu. Brudne ulice i agresywne reklamy wdzierające się w życie intymne człowieka, nie są tu scenografią, ale organiczną częścią opowieści. Od Scotta ściąga całe współczesne kino fantastyczne, choć wchłania najchętniej to, co najbardziej powierzchowne (obraz ponurej metropolii skąpanej w deszczu, postać nękanego egzystencjalnymi lękami androida). Film z 1982 roku odnosi sukces tam, gdzie fantastyka zwykle zawodzi – pokazuje świat wypełniony życiem, zaludniony przez przechodniów, za którymi chce się pobiec i pierwszorzędnie ciekawe postaci drugoplanowe, które poruszają się w świecie doraźnych interesów. Świat, który żyje i oddycha, głęboko zaciągając się radioaktywnym powietrzem.

Odwieczne pytania

Tymczasem świat „Blade Runnera 2049” istnieje tylko po to, by wprawiać widza w ten przyjemny melancholijny nastrój, który dyskretnie sugerują pracujące niewolniczo dzieci i tonące we łzach androidy. Villeneuve raczej unika humoru, bo lubi podniosłą atmosferę obcowania z tajemnicą. Oglądanie jego filmów potrafi dostarczyć wiele przyjemności, ale przypomina rozmowę z człowiekiem, który chwyta cię za rękę, zagląda głęboko w oczy i tonem sugerującym, że zaraz zdradzi ci sens życia na świecie, mówi, że dobro trudno jest oddzielić od zła, albo że wszechświat jest nieskończony. Spod pretensji wyłania się po prostu wyrafinowane plastycznie kino gatunkowe – i nie inaczej jest tutaj. Mocne obrazy i porywające sceny składają się na film przyjemny w odbiorze, chociaż nieco rozwlekły, trochę mało szalony i lekko nadęty.

Na koniec jeszcze trochę matematyki. Akcja nowego filmu dzieje się 30 lat po wydarzeniach z pierwowzoru, choć od jego premiery minęło lat 35. Film Scotta pokazywał jak będzie wyglądać życie na ziemi za lat 37 – akcję umieszczono w roku 2019. A więc w przyszłości, którą tak pięknie wyrysowano nam w roku 1982, będziemy już za kilkanaście miesięcy. Co z kolei sprowadza nas do najważniejszego pytania: gdzie, do jasnej cholery, są nasze latające samochody?