Na hiszpańskim bruku

Olga Wróbel

Czytając „Barszalonę” Agi Sarzyńskiej, brnęłam przez 350 stron ekspozycji w oczekiwaniu, że coś wreszcie zacznie się dziać. Liczyłam na małe cokolwiek, kąsek dla myśli. Tymczasem po zakończeniu lektury wiedziałam tyle, ile przed jej rozpoczęciem

Na hiszpańskim bruku

Jeszcze 2 minuty czytania

Na hiszpańskim bruku

Wydawnictwo Literackie informuje mnie, że tom o irytująco czepliwym tytule „Barszalona” (syczę do siebie to słowo średnio dwieście razy dziennie, z przerysowanym hiszpańskim seplenieniem) to debiut Agi Sarzyńskiej – obieżyświatki, która zamieszkuje szemraną dzielnicę Raval i chce podzielić się wrażeniami z tego oddalonego od turystycznych szlaków miejsca. Resztę opisu, obiecującego „przekorną powieść o pokręconym i szalonym szczęściu”, pominę, ponieważ osoba, która go sporządziła, najwyraźniej nie zajrzała do książki.

Niesamowity świat tekstów z czwartej strony okładek to temat na oddzielny felieton. Kolejny warto by poświęcić rozważaniom na temat debiutantek, które ewidentnie piszą książki o sobie, ale ukrywają się za fikcyjnymi imionami. Nie mam nic przeciwko temu, żeby Aga była Matyldą, Natalia Lucyną („Jak pokochać centra handlowe”), żeby w Krystynę zmieniła się Małgorzata („Najgorszy człowiek na świecie”), ale mam martwi mnie, że młode (stażem) pisarki do narracji pierwszoosobowej nie zbliżają się bez dodatkowej asekuracji. „Jak ufać człowiekowi, który nosi szelki i do tego pasek?” – pyta Cheyenne w „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”. Jak czytać literatki schowane za podwójną gardą?

Ale do rzeczy. Barcelona to scena wielu literackich i kulturalnych ustawek. Eduardo Mendoza, Carlos Luiz Zafon, George Orwell (kolejność przypadkowa). Olimpiada w 1992, Freddie Mercury i Montserrat Caballe. Vicky i Cristina, reżyserowane przez Allena. Craig Thompson szkicujący w „Dzienniku podróżnym” szczegóły fasad zaprojektowanych przez Gaudiego. Blaise Cendrars marznący w okopach I wojny światowej u boku anarchistów z Barcelony. Niewydane w Polsce „Winds of the Night” Joana Salesa czy „Homage to Barcelona” Colma Toibina. Zmierzam do tego, że jest to miasto całkiem nieźle opisane i mocno wprasowane w masową wyobraźnię, podobnie jak większość europejskich stolic. Dlaczego znowu ktoś chce mi o nim opowiadać? Sarzyńska może powiedzieć: „Ale ja pokażę ci zupełnie inne obrazy!”, na co ja się chwilowo złapię, by na koniec uznać, że moja dobra wola została nadwyrężona.

Aga Sarzyńska, „Barszalona”. Wydawnictwo Literackie, 352 strony, w księgarniach od lipca 2017

Na początku „Barszalony” dowiaduję się, że Matylda, bohaterka-narratorka, jest z pochodzenia Polką, ale od dawna nie czuje się przywiązana do kraju urodzenia. Podróżuje po świecie, zarabiając na życie jako nauczycielka angielskiego. Gdy tylko poczuje się zadomowiona, pakuje walizkę i jedzie dalej. Nie jest już młodą dziewczyną z plecakiem, zbliża się powoli do czterdziestki, ale mężczyźni nadal mówią jej, że jest piękna. Matylda nie czuje się szczególnie zmęczona życiem na obrzeżach społeczeństwa: mieszka z drobnym kombinatorem Rafą w rozpadającej się kamienicy pośrodku dzielnicy prostytutek, złodziejaszków, sutenerów i imigrantów, głównie z Afryki i Rumunii.

Obowiązki lektorki szkoły językowej nie są zbyt wyczerpujące, Matylda ma więc sporo czasu na popijanie kawy na rozmaitych ławkach i dziwienie się światu. Czasami (no dobra, dwa razy) doświadcza halucynacyjnych flashbacków, które zdają się mówić coś o przeszłości, którą wyparła. Jakiś mąż, przemoc, suknia ślubna, Szwecja. Przyznam, że liczyłam na rozwinięcie tego tropu, który dodałby bohaterce głębi, wzbogacił powieść o refleksję nad „współczesnym nomadyzmem”, praktykowanym szczególnie przez ludzi z krajów o przyzwoitej sytuacji ekonomicznej i politycznej. Przed czym uciekają? Za czym tęsknią? Czy podróże odpowiadają na którąkolwiek z ich potrzeb? Niestety, autorka postanowiła się skupić na innych wątkach, zaprzepaszczając szansę na wyjście poza poziom opisu.

Czytając „Barszalonę”, miałam wrażenie, że brnę przez 350 stron ekspozycji w oczekiwaniu, że coś wreszcie zacznie się dziać. Nie mam na myśli fajerwerków przerysowanej akcji w stylu przygód fryzjera damskiego, żeby zostać już w granicach miasta. Nie liczyłam też na relację z poszukiwania „pokręconego szczęścia”. Liczyłam na małe cokolwiek, kąsek dla myśli. Tymczasem po zakończeniu lektury wiedziałam tyle, ile przed jej rozpoczęciem.

Uwaga, streszczam: strzeż się tych miejsc, rumuńskie prostytutki, rozbite szkło na klatce schodowej, rumuńskie prostytutki marzą o powrocie do domu, turyści takiej Barcelony nie widzą, afrykańscy sprzedawcy podróbek markowych towarów marzą o powrocie do domu, dzieci na placu zabaw wyzywają się od dziwek i pedałów, rumuńskie prostytutki noszą wysokie obcasy i mają w gruncie rzeczy złote serca oraz marzą o powrocie do domu, a bohaterka jest smutna i w sumie nie wie, co dalej robić.

Powiedzmy sobie szczerze: czy nie wiedzieliśmy przed lekturą „Barszalony”, że każde miasto ma swoje mroczne dzielnice, a kolorowym pocztówkom zdarzają się brudne rewersy? Czy oszałamia nas informacja, że większość prostytutek wolałaby robić coś innego, że mają rodziny, ale nie bardzo mogą pozwolić sobie na powrót, bo spłacają niekończące się długi u sutenerów? I że Afrykańczycy chętnie przyjeżdżają pracować na czarno do zgniłej Europy, ale swoich rodzin woleliby nie sprowadzać do dzielnic przemierzanych przez kobiety lekkich obyczajów i mężczyzn broniących swojego terenu? (Zgoda, ostatnia konstatacja może zaskoczyć Polaków, którzy wypatrują dzikich hord zza dowolnego morza i jakoś nie mogą się doczekać).

Pomniejszym grzechem Sarzyńskiej są wytarte zdania, którymi opisuje wyrzutów z Ravalu: „Barcelona jest miastem wypranym z uczuć. Długoterminowi przyjezdni mówią, że możesz tu znaleźć wszystko. Wszystko oprócz miłości”. Wykorzystajmy ten szablon: „Nowy Jork jest miastem wypranym z uczuć”, „Berlin jest miastem wypranym z uczuć”, „Mińsk Mazowiecki jest miastem wypranym z uczuć”. Przepraszam, poniosło mnie. Moje rodzinne miasto nie jest wyprane z uczuć, budzi permanentną zgrozę.

Nie będę roić o zaprzęgnięciu autorki do opisu katalońskiej Barcelony w kontekście bieżących wydarzeń politycznych. Jej książka mogłaby być dobra, gdyby po solidnej selekcji materiału pisarka zdecydowała się nadać mu wyraźniejszą strukturę. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że miałkość spostrzeżeń i narracji odpowiada miałkości życia w rozpadającym się budynku, wśród tymczasowych sublokatorów i sąsiadów, w tymczasowym kraju tymczasowej Europy. Ale ja się na tak proste wytłumaczenie nie godzę.

Cykl tekstów powstaje we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym, organizatorem Nagrody Conrada za debiut literacki, przyznawanej w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Nagroda Conrada