Wyklęty lud Delhi
Arundhati Roy, Dehli / fot. Mayank Austen Soofi

18 minut czytania

/ Literatura

Wyklęty lud Delhi

Krzysztof Umiński

Arundhati Roy szuka żywej formy dla mówienia o krzywdzie. Jest dziś najwybitniejszą autorką o wyrazistych poglądach wolnościowych

Jeszcze 5 minut czytania

Mam przed sobą trzy portrety Arundhati Roy.
Pierwszy widnieje na skrzydełku oryginalnego wydania „Boga rzeczy małych” z 1997 roku. Roy ma trzydzieści sześć lat, wygląda na dwadzieścia; ma też burzę smolistych loków, kolczyk w nosie, ciemnozielone oczy i niewyregulowane brwi. Za chwilę jej powieść otrzyma Nagrodę Bookera, ukaże się w ponad czterdziestu językach i zyska status obowiązkowej lektury zachodniego turysty na indyjskim wywczasie. W świecie Roy stanie się tak zwanym gorącym nazwiskiem, w Indiach – chlubą narodu. Na krótko. Niebawem pod jej dom przyjdzie gawiedź z kamieniami.

Drugie zdjęcie pochodzi z przełomu wieków. Roy ścięła włosy, a spod nich wyłoniła się para wielkich uszu. Odstają tak wyzywająco, jakby chciały zanegować czar poprzedniej fotografii i ze wszystkich sił poprzeć deklarację swojej właścicielki: „Nie chciałam być kolejną ładną pańcią, która napisała książkę”.

Na zdjęciu numer trzy znów widzimy burzę loków, ale czerń jest gęsto poprzetykana siwizną. Twarz autorki wyraża coś między sympatią a zniecierpliwieniem; jakby po dwóch dekadach sławy pozowanie do zdjęć nadal było dla niej czynnością trochę surrealną, trochę idiotyczną. Fotografię umieszczono na okładce powieści „Ministerstwo niezrównanego szczęścia”, która właśnie ukazała się po polsku. Od „Boga rzeczy małych” minęło dwadzieścia lat, wyrosło nowe pokolenie czytelników. Arundhati Roy wróciła.

Żachnęłaby się na te słowa. Jak to „wróciła”? W okresie rozdzielającym jej powieści opublikowała kilkanaście książek eseistycznych, z których dwie wydano także w Polsce. Niemniej dla czytelników spoza Indii Roy pozostaje autorką „Boga rzeczy małych”, smutnej książki o zdarzeniach, które niszczą życie kilku osób w grudniu 1969 roku w miasteczku Ajemenem, w dusznym stanie Kerala na południu Indii.

Arundhati Roy, „Ministerstwo niezrównanego szczęścia”. Przeł. Jerzy Łoziński, Zysk i S-ka, 480 stron, w księgarniach od października 2017Arundhati Roy, „Ministerstwo niezrównanego szczęścia”. Przeł. Jerzy Łoziński, Zysk i S-ka, 480 stron, w księgarniach od października 2017(Uwaga na marginesie: BRM rozpętał modę na powieści o dzieciństwie w postkolonialnych krajach – najlepiej pisane przez atrakcyjne młode autorki – koniecznie zawierające rozwlekłe opisy gotowania aromatycznych potraw. Ale książce Roy nie zaszkodziły szeregi naśladowców – wciąż żyje, boli i lśni. Być może odporność na korozyjny wpływ epigonów jest jedną z miar mocy dzieła literackiego).

Od pierwszych stron BRM wiadomo, że ta historia skończyła się źle. W chaotycznych migawkach poznajemy jej strzępy. Z rozbitej czaszki mężczyzny sączy się krew. Dziewczynka leży w trumnie, dwoje bliźniąt słucha mszy żałobnej. Wkrótce zostaną rozdzielone. Ich matka umrze. A najsilniejsi zadekretują własną wersję zdarzeń, arbitralnie rozdając role ofiar i sprawców.

Gdybym miał wskazać najwyrazistszą cechę tej powieści, byłaby nią uważność pojmowana jako forma czułości wobec świata. Na przykład:

Kiedy Khubćand [pies bohatera] leżał umierający na swojej poduszce, Estha widział okno sypialni odbite na jego śliskich, purpurowych jądrach. I niebo za oknem. Raz zobaczył przelatującego przez ogród ptaka. Dla Esthy – zanurzonego w zapachu przekwitłych róż, zakrwawionego wspomnieniami o złamanym człowieku – fakt, że coś tak niemiłosiernie delikatnego przeżyło, otrzymało prawo do istnienia, był cudem. Ptak w locie odbity w jądrach starego psa.
[przeł. Tomasz Bieroń]

Jest to uważność wyrosła z wrażliwości dziecka; dziecka, które dużo widzi, nie wszystko rozumie, ale czuje wszystko i – rzucone w bezlitosny świat – stara się za pomocą wyobraźni obłaskawić różne potworności. O własnym dzieciństwie Roy powiedziała kiedyś: „Byłam pisarką w wieku trzech lat. Nawet kiedy [matka] wściekała się na mnie, widziałam, że cierpi. Być dzieckiem i umieć zrozumieć dorosłego to straszliwa rzecz”.

Sukces powieści o bliźniętach zaprowadził Roy z klitki w Starym Delhi na okładki czasopism, rauty i bankiety oraz w wiele innych miejsc, do których pasowała jak sari do kaloszy. A potem wybuchły trzy bomby.

Pierwsza detonacja nastąpiła 14 maja 1998 roku w ramach Operacji Śakti przeprowadzonej na pustyni Thar w Radżastanie. ‘Śakti’ to w sanskrycie moc, potęga, seksualna potencja. Krajem od dwóch miesięcy rządziła koalicja kierowana przez prawicową Bharatiya Janata Party (BJP), która w kampanii wyborczej głosiła, że bomba atomowa zapewni Indiom należny szacunek w świecie. Eksplozję o łącznej mocy ponad sześćdziesięciu kiloton powitał adekwatnie potężny wybuch nacjonalistycznego ferworu. „Udowodniliśmy, że nie jesteśmy już eunuchami” – oznajmił pewien polityk. Dwa tygodnie później Islamabad odpowiedział własną serią testów jądrowych, równie gorąco świętowanych przez pakistańskie społeczeństwo. Trzecią bombę odpaliła Roy, publikując w prasie esej pt. „Koniec wyobraźni” – żarliwe potępienie broni atomowej, okraszone kpinami z ogólnonarodowej gorączki („czytając gazety, nieraz trudno było się połapać, czy mowa o bombie, czy też o viagrze, która rywalizowała z nią o miejsce na pierwszych stronach”).

Elity poczuły się oszukane: maskotka wierzgnęła. Ale czy ktoś, kto czytał BRM, mógł liczyć na potulność autorki? Oto sam początek książki:

Wąsy inspektora Thomasa Mathew podrygiwały jak sympatyczne wąsiki maharadży z reklamy Air India, lecz oczy miał podstępne i zachłanne [...]. Powiedział, że policja wie wszystko, co potrzebuje wiedzieć i że policja z Kottajam nie przyjmuje oświadczeń od veshya [hindi – „kurwa”, „zdzira” – przyp. KU] lub ich nieślubnych dzieci. Ammu odparła, że to się jeszcze okaże. Inspektor Thomas Mathew wyszedł zza biurka i zbliżył się do Ammu ze swoją pałką.
– Na pani miejscu – powiedział – poszedłbym grzecznie do domu.
Potem postukał ją pałką w piersi. Delikatnie. Jakby wybierał owoce mango na targu. Wskazywał te, które chce mieć zapakowane i doręczone. Inspektor Thomas Mathew najwyraźniej wiedział, z kim może sobie pozwolić na takie rzeczy. Policjanci posiadają ten instynkt.

To, że Arundhati Roy nie kocha establishmentu, było jasne na długo przed jej debiutem powieściowym. W drugiej połowie lat 80. młodziutka Roy zagrała w kilku filmach i napisała parę scenariuszy. Za sprawą przyjaźni, a później małżeństwa (formalnie trwającego do dziś) z reżyserem Pradipem Krishenem zetknęła się wówczas z delhijskim światkiem filmowym. Nie zagościła w nim długo. Gdy Shekhar Kapur nakręcił dramat „Bandit Queen” o słynnej banitce Phoolan Devi (1963–2001), Roy na łamach prasy zmieszała go z błotem. Głównym zarzutem na długiej liście było sprowadzenie życiorysu Devi do banalnego schematu „gwałt – zemsta za gwałt” i uładzenie jej perypetii tak, żeby bohaterka była „sympatyczna” (jak wiadomo, tylko sympatyczne ofiary gwałtów zasługują na współczucie). Atak na wybitnego reżysera nie przysporzył Roy sympatii w środowisku, ale dopiero „Koniec wyobraźni” sprawił, że została powszechnie rozpoznana jako pisarka polityczna.

Od tamtej pory stale angażuje pióro i pieniądze w walkę z krzywdą. Honoraria z nagród i dochody z książek non-fiction przeznacza na progresywną działalność społeczną. Pisała o budowie zapory wodnej w Dolinie Narmady, pogromie muzułmanów w Gudźaracie, zbrodniach wojskowych w Kaszmirze, rosnącym poparciu dla nacjonalistycznego polityka Narendry Modiego (dziś premiera Indii), inwazjach na Afganistan i Irak, bulwersujących poglądach Mahatmy Gandhiego na system kastowy. Na zaproszenie maoistowskich partyzantów spędziła kilka tygodni w dżunglach środkowych Indii, skąd armia i prywatne bojówki usuwają ludność plemienną, żeby umożliwić międzynarodowym koncernom wydobycie cennych minerałów. Jej dorobek publicystyczny rósł, lecz wyczekiwanej powieści wciąż nie było. „Teksty non-fiction muszę sobie wyszarpywać. Piszę je wtedy, kiedy nie chcę pisać” – mówiła Roy.

Kwestie takie jak wielkie zapory wodne, Narendra Modi czy maoiści mogą zdawać się zbyt odległe od europejskich realiów, by dla Niemki, Polaka lub Finki być czymś więcej niż ciekawostką, którą warto poznać przed wakacjami w Trzecim Świecie. Ale teksty Roy przekraczają granice Indii, nawet wtedy, gdy zajmują się sprawami pozornie lokalnymi. Bądź co bądź agresywny nacjonalizm, niszczenie środowiska w imię PKB, nienawiść wobec obcych (ze szczególnym uwzględnieniem muzułmanów), masowe eksmisje, nacisk biznesu na politykę, inwigilacja obywateli oraz sadyzm policji nie są wyłączną specjalnością Indii.

tweet

Ponadto Roy jest dziś bodaj najwybitniejszą autorką o tak wyrazistych poglądach wolnościowych. Do rozmowy o biedzie i bogactwie wprowadza cenną jakość. Podważa gładki neoliberalny żargon, lecz zdaje sobie sprawę z ułomności języka niezgody. W czasach, gdy ten drugi jest często skostniałym frazesem (marksistowskim, feministycznym, anarchistycznym...), ona szuka żywej formy dla mówienia o krzywdzie. Nie zawsze ją znajduje. Jej teksty pisane pod ciśnieniem dramatycznych zdarzeń nieraz są niestarannie zredagowane, chybocą się na skraju egzaltacji, a ich sarkazm bywa ciężkawy. Pamiętam irytację swoją i współtłumaczki podczas przekładania „Indii rozdartych”. Obraz partyzantów był w tej książce oddany z takim żarem, że mieliśmy wrażenie obcowania nie z eseistyką, a z pieśnią w rodzaju „El pueblo unido jamás será vencido”. Ale Roy broni prawa do emocji:

Gdy ktoś usiłuje zdyskredytować ludzi, którzy zadają ważne pytania, jako rozemocjonowanych, to jest to strategia unikania debaty. Dlaczego mielibyśmy bać się swojego gniewu? Dlaczego mamy obawiać się swoich uczuć, jeśli są poparte rozumem? Całe to zestawienie rozum kontra namiętność jest idiotyczne, bo namiętność często bierze się z rozumu.

Tak stanowcze poglądy przysparzają wrogów. Roy pozywano i skazywano za obrazę moralności, nawoływanie do buntu lub obrazę sądu. Na symboliczną dobę trafiła do Tihar, największego więzienia w Azji Południowej. Jej dom był obrzucany kamieniami. Internet także kipi. Niedawno parlamentarzysta i słynny aktor Paresh Rawal żartował (?) na Twitterze, że należałoby ją uwiązać do wojskowego jeepa w charakterze wyrzutni pocisków. Postulaty mordu i zbiorowego gwałtu są na porządku dziennym. Czytając Arundhati Roy, trudno nie zadać sobie pytania, skąd w patriarchalnych Indiach – także w najuboższych warstwach społeczeństwa, jak w przypadku Sampat Pal, twórczyni Gangu Różowego Sari –  biorą się kobiety obdarzone tak nieugiętym instynktem wolności.

Roy bez wahania wskazuje swój moralno-intelektualny rodowód: „Najcenniejszym darem mojego dzieciństwa był brak indoktrynacji”. Urodziła się na północnym wschodzie Indii, gdzie jej ojciec był kierownikiem na plantacji herbaty. Był także pijakiem, więc po pewnym czasie Mary Roy, matka przyszłej pisarki, zabrała dwójkę dzieci i wróciła do rodzinnej Kerali. Rodzina i społeczność małego miasteczka przyjęły ją z odrazą: najpierw wyszła z miłości za hindusa (sama pochodziła z rodziny prawosławnych chrześcijan), później miała czelność rzucić go i wieść samodzielne życie. Ślady tamtego ostracyzmu widać w losach Ammu i jej dzieci w BRM.

tweet

Roy znaczną część dzieciństwa spędziła, szwendając się nad rzeką Minaćil, łowiąc ryby i rozmyślając. Do konwencjonalnej szkoły trafiła w wieku dziesięciu lat – wcześniej uczęszczała do eksperymentalnej placówki, którą jej matka założyła dla kilkorga dzieci w salce użyczanej przez Rotary Club w Kottajam. Jako szesnastolatka wyjechała studiować architekturę w Delhi, gdzie mieszkała w blaszanej budzie i żyła ze zbierania butelek. Uczelnia ją rozczarowała: zamiast dyskusji o rewolucyjnym potencjale architektury profesorowie oczekiwali wkuwania reguł. Później był hipisowski epizod w Goa, powrót do Delhi, fuchy w biurze projektowym. W 1986 roku Pradip Krishen zaproponował jej rolę wiejskiej dziewuchy w filmie „Massey Sahib”. Roy napisała scenariusz następnej produkcji Krishena, „In Which Annie Gives it Those Ones”, offowego snuja o upalonych studentach architektury, i zagrała w nim bohaterkę, która zamiast dyplomowego projektu przedstawia analizę nierówności płac w branży budowlanej. Gdy kolejne projekty filmowe skończyły się fiaskiem, siadła do pisania powieści, a na życie zarabiała lekcjami aerobiku. Triumf BRM oznaczał koniec trosk finansowych, a zatem – zdawałoby się – pełną niezależność. Lecz przypadek Roy jest ciekawy również dlatego, że jej życie obejmuje dorobek emancypacyjny, który zwykle rozkłada się na co najmniej dwa pokolenia: najpierw uwolnienie od tradycji, potem bunt przeciw mrocznym stronom nowoczesności. Z tradycją Roy rozliczyła się w kameralnym „Bogu rzeczy małych”. Panoramiczne „Ministerstwo niezrównanego szczęścia” to obrachunek z Nowymi Indiami, które zainaugurowała liberalizacja gospodarki rozpoczęta w 1991 roku.

Rzadko zdarza się dziś książka, która tak zwięźle i uczciwie przedstawiałaby się czytelnikowi na czwartej okładce: „Jak opowiedzieć potrzaskaną historię? Powoli stając się każdym. Nie. Powoli stając się wszystkim”. Tę autoprezentację uzupełniają trzy króciutkie teksty z pierwszych stron: dedykacja („Wszystkim Nieutulonym”), motto z Nâzima Hikmeta („No cóż, to tylko kwestia twego serca”) i wyróżniona kursywą przypowieść o wytępieniu sępów w Delhi:

Sępy zdechły otrute diklofenakiem. Diklofenak, krowia aspiryna, podawany bydłu na rozluźnienie mięśni, aby łagodzić ból i zwiększać produkcję mleka, na białogrzbiete sępy działa – działał – niczym gaz paraliżujący. Każda chemicznie odprężona i dająca mleko krowa czy też byk, które zdechły, stawały się dla sępów zatrutą przynętą. Kiedy więc krowy stawały się bardziej wydajnymi maszynami mleczarskimi, miasto zaś zjadało więcej lodów, karmelowych chrupków, wafelków i czekoladowych płatków oraz piło więcej mlecznych koktajli z mango, sępom opadały szyje, jakby ptaki były zmęczone i musiały iść spać [...]. Nieliczni zauważyli kres tych przyjaznych starych ptaków. Tak wiele innych rzeczy zaprzątało uwagę.

 Od początku odbiorcy sugeruje się, że przeczyta historię o ambicjach totalnych, która mówi o skrzywdzonych i niewidocznych, a za jeden z celów obiera sobie – jaki pisał Joseph Conrad – „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”.

Trudno streścić tę opowieść, rozproszoną pomiędzy setki postaci, miejsc, szkatułkowych historii i płaszczyzn czasowych. Rzecz zaczyna się od muzułmańskiego chłopca imieniem Aftab, który wkrótce stanie się hidźrą (osobą transpłciową) imieniem Andźum i zamieszka z innymi hidźrami w Starym Delhi. Stopniowo w nurt opowieści wkraczają kolejni bohaterowie: dalit (niedotykalny) ukrywający tożsamość pod muzułmańskim imieniem Saddam Husajn. Ekscentryczny agitator Azad Bhartija. Eks-studentka architektury Tilottama. I wielu innych. Czym się zajmują? Przede wszystkim usiłują przetrwać. Te delhijskie historie toczą się blisko bruku, wśród śmieci, nędzy i niepewności jutra. Kilka lat temu Rana Dasgupta w znakomitej książce „Delhi. Stolica ze złota i snu” wysłuchiwał beneficjentów „indyjskiego cudu gospodarczego”. Powieść Roy jest rewersem tamtego reportażu; zaludniają ją ludzie-odpady. I tylko gdzieś nad ich głowami toczy się wielka polityka. Opisuje się ją w konwencji bajkowej: były premier Manmohan Singh jest tu obecny jako „Królik w Potrzasku”, jego poprzednik Atal Vajpayee to sepleniący Poeta-Premier, a krwawe hordy nacjonalistów z Vishwa Hindu Parishad i Bajrang Dal występują jako „szafranowe papugi”. Choć Roy rozsnuwa fabułę skrajnie realistyczną, to często, zwłaszcza w scenach drastycznych, korzysta z surrealnego obrazowania. Jednak w połowie książki ten naiwno-przenikliwy ton (znany również z BRM) ustępuje narracji w pierwszej osobie, a wtedy odzywa się głos nowy w twórczości Roy – schrypnięty od whisky głos oficera wywiadu, wzięty jakby wprost od Johna Le Carrégo. Akcja przenosi się do Kaszmiru, a queerowa ballada o outsiderach zmienia się w szpiegowski thriller. Później, krok po kroku, jedna opowieść połączy się z drugą.

W MNS widać pewien paradoks. Z jednej strony Roy jest zbyt wytrawną pisarką, by ze swojej powieści zrobić produkcyjniak; z drugiej nie zawsze umie lub chce trzymać na wodzy swój polityczny gniew. Gdy mu folguje, rozpoczyna się hurtowe „wymierzanie sprawiedliwości widzialnemu światu”. Nie twierdzę, że powieść o silnym wydźwięku ideologicznym nie może być arcydziełem. Gorzej jednak, gdy bohaterowie stają się dla autorki ważni nie jako osoby – z wadami, zaletami i rysami twarzy – lecz jako nośniki przekazu na temat jakiejś podłości. Takich postaci jest w MNS sporo, zwłaszcza w epizodach pod Dźantar Mantar, starym delhijskim obserwatorium astronomicznym, dokąd mieszkańcy Indii ściągają na demonstracje i protesty. W MNS spotkamy tam ofiary katastrofy w Bhopaluoperacji Zielone Łowy, kaszmirskie matki i przybyszów z dorzecza Narmady. Te fragmenty łudząco przypominają publicystykę Roy, pojawiają się w nich nawet te same cytaty, co w „Indiach rozdartych”, np. słowa pewnego sędziego o tym, że „ludzie, których na to nie stać, nie powinni mieszkać w miastach”. Temperament powieściopisarki rywalizuje cały czas z oburzeniem aktywistki.

W ostatecznym rachunku zwycięża jednak powieściopisarka: „Ministerstwo niezrównanego szczęścia” budzi trwogę i śmiech, odkrywa nowe światy, szarpie trzewia i uwodzi fabułą i stylem. Udziela też pewnej nauki, mądrej i banalnej jak dobry hip-hop: kiedy klęska żywiołowa, wojna lub władza przeżują nas i wyplują na śmietnik, wówczas nie pomoże nam ani policja, ani bank, ani prywatna służba zdrowia, ani były pracodawca, ani wczorajsi pochlebcy. Zdani będziemy na własny instynkt przetrwania i na solidarność innych wyrzutków, ewentualnie na pomoc osobliwych indywiduów, które są gotowe bezinteresownie podać rękę bliźniemu.