Polaki pokraki

Darek Arest

„Powstanie. Film narodowy” to komiks o filmie, który co prawda nie ma reżysera, ani scenariusza, ale jest za to z ducha arcypolski. Może dlatego, że powstaje dzięki finansowemu cudowi „umowy o dzieło” i instytucji „bezpłatnego stażysty”

Polaki pokraki

Jeszcze 2 minuty czytania

Polaki pokraki

Wiesz co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom naszego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie – mówimy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije po jesieni na świeżym powietrzu.

Ryszard Ochódzki, prezes klubu „Tęcza”

Na początku XXI wieku, kiedy w polskich kinach panoszyły się finansowane przez banki superprodukcje oparte na lekturach szkolnych, ogłoszono, że powstanie nowa filmowa wersja „Krzyżaków”. Nie zdążyliśmy pisnąć z rozkoszy, a okazało się że filmy będą dwa. Dwie niezależne ekipy zaczęły ścigać się o palmę pierwszeństwa i szachować nawzajem przy użyciu dramatycznych efektów medialnych. Każdy chciał desperacko zakorzenić się w rzeczywistości, a to prezentując obsadę, a to zapraszając dziennikarzy na pierwszy dzień zdjęciowy. „Powstanie tylko jeden film, nasz. Ten drugi istnieje jedynie w sferze projektu” – przekonywał Bogusław Linda na konferencji zorganizowanej w Muzeum Narodowym, dyskredytując inicjatywę Jarosława Żamojdy na tle adekwatnego obrazu Jana Matejki. Oczywistą inspiracją nowego komiksu Jacka Świdzińskiego wydaje się polityczna idea „hollywoodzkich filmów o Polsce”, które miałyby reklamować nasz kraj na świecie, ale równie dobrze mógłby on opowiadać o tej krótkiej, zakończonej fiaskiem, krzyżakowej krucjacie. Narodowe dzieło jest tu bowiem bezkształtną ideą i zgodnie z tytułem pozostaje drugorzędne względem samego procesu „powstawania”. 

Polska szeroka od Sienkiewicza do Gombrowicza

Jacek Świdziński „Powstanie film narodowy”, wyd. Kultura GniewuJacek Świdziński „Powstanie. Film narodowy”, wyd. Kultura Gniewu, 320 stron,  w księgarniach od października 2017Tytułowy film narodowy wciąż nie ma co prawda scenariusza, ani reżysera, ale nikt nie ośmieli się powiedzieć, że znajduje się „w sferze projektu”. Budżet jest zapięty, statyści najęci, gotowa jest kampania promocyjna, logo i strona www. Plan odwiedza Prezes pragnący zobaczyć na żywo jak „Kościuszko masakruje chamstwo”, Specjalista o nieznanej specjalizacji wpędza wszystkich w paranoję, sępiąc fajki i tępiąc nieprawomyślne koncepcje artystyczne, produkcję oprotestowują monarchiści liczący na swój kawałek tortu z reprywatyzacji, a bałagan stara się ogarnąć Druga Reżyserka, od której absolutnie nikt i nic tu nie zależy. Sztuka to zbyt poważna sprawa, żeby zajmowali się nią artyści – przypomina beczułkowaty Producent. Kasa idzie na wyprawianie polskich oficjeli za granicę i sprowadzanie zza granicy do kraju szemranych ekspertów, a budżet jest „optymalizowany” dzięki finansowemu cudowi „umowy o dzieło” i instytucji bezpłatnego stażysty („A pytali: co ty będziesz robić po filmoznawstwie?”). Korporacyjny mesjanizm i kafkowskie doświadczenie instytucji państwowej, Bareja i Koterski. Polska uwięziona między Sienkiewiczem a Gombrowiczem.

Są tu oczywiście heheszki z naszej, coraz trudniejszej do parodiowania rzeczywistości, w opowiadanej historii odbijają się obsesje Polski rządzonej przez PiS, ale bawiąc się tym szyfrem współczesności Jacek Świdziński unika łatwizny rzucania cytacików i puszczania oka do czytelnika. „Powstanie. Film narodowy” nie jest kompilacją żartów rysunkowych, które mają bawić dlatego, że potrafimy w nich rozpoznać odniesienia do rzeczywistości. Anegdoty służą do wydobycia kryjących się za nimi mechanizmów i fantazmatów. Autor wraca do jednego ze swoich ulubionych tematów – teorii spiskowej, tego niekończącego się wołania o sens w chaosie. Jego bohaterowie niestrudzenie obudowują znaczeniami pustkę – w najnowszym komiksie jest nią zarówno tytułowy film, jak i samo pojęcie „polskości”, które ma on reklamować na świecie („Musi wywoływać uczucie metafizyczne związane z byciem nami – tłumaczy Producent – Żeby każdy, zanim do nas przyjedzie, trzy razy się zastanowił”). Z pustką romansuje także warstwa graficzna. Dopatrywanie się w oszczędnych kreseczkach stawianych ręką Jacka Świdzińskiego postaci i zdarzeń samo w sobie przypomina nieco budowanie teorii spiskowej.

Koślawa tradycja

Moja dziecięca fascynacja komiksem wiąże się z wielokrotnym czytaniem i odczytywaniem – odkrywaniem detali pominiętych przy pospiesznej lekturze, znaczeniami które nagle wyłaniały się ze znanych na pamięć rysunków. Przyzwyczaiłem się już jednak do obecności wciąż zafoliowanych książeczek, patrzących na mnie z wyrzutem z wysokości regału, więc z pewną ulgą czytam komiks, który nie domaga się uwagi w studiowaniu kunsztownych ilustracji. „Powstanie” zachęca do podążania za narracją bez poczucia marnotrawstwa związanego ze zbyt szybkim przerzucaniem stron. Kreska Świdzińskiego może kojarzyć się trochę ze stylem Lewisa Trondheima albo Jasona, ale jej minimalizm jest bardziej radykalny. Niemal każda plansza podzielona jest na cztery równe panele, zawierające absolutne minimum elementów, a każdy z nich dąży do symbolicznej prostoty dzięcięcego bohomazu. W wywiadzie udzielonym dwa lata temu Dominice Węcławek autor opowiadał o fascynacji „koślawą” tradycją polskiego komiksu, zabawie niepełnością postaci, rysunkach Bohdana Butenki i Henryka Tomaszewskiego. Dodałbym do tej listy twórców Polskiej Szkoły Animacji z lat 60., wybierających formy „przyjazne w obsłudze”, dające maksimum ekspresji przy rozsądnym nakładzie ręcznie wykonywanej roboty.

„Powstanie. Film narodowy”

Odwrotnie niż filmowe adaptacje literatury, które nęciły wizją znanych twarzy podstawionych w miejsce mglistych wyobrażeń, zbuntowane kreseczki Świdzińskiego nie pozwalają fantazjom oblec się w konkretne kształty. Podkreślają symboliczność rysunkowego przedstawienia, wydobywają tą naturalną dla komiksu skłonność do obnoszenia się z własną sztucznością. Trudno wyobrazić sobie bardziej adekwatną formę dla opowieści o tworzącej i rozpadającej się fikcji. Plan „Powstania” zaczyna wreszcie żyć własnym życiem. Rozkładają się na nim konkurencyjne ekipy filmowe, statyści rzucają kute na sztorc kosy, piorą bieliznę i grają w karty. Funkcjonują w tej fantazji bez scenariusza, wybujałym śnie o polskości, która im mocniej się nadyma do rozmiarów „mega-produkcji”, tym bardziej zapada się w naturalną dla siebie nieforemną pokraczność. I jest to obserwacja optymistyczna: ta koślawa tradycja dała nam w końcu polską szkołę animacji i polską szkołę plakatu – sukcesy, które do dziś skutecznie reklamują Polskę na świecie. Dziś daje nam także Jacka Świdzińskiego.

Cykl tekstów współfinansowany przez:

PISF