Rytuały mimikry

5 minut czytania

/ Film

Rytuały mimikry

Bartosz Żurawiecki

Reżysera „Inxeby” interesuje mimikra. Męskość jako synonim hipokryzji i konformizmu

Jeszcze 1 minuta czytania

Pamiętam, że w roku 1997, po premierze „Happy Together” Wong Kar-Waia recenzent bodaj „Sight and Sound” napisał: co za ulga zobaczyć film o gejowskiej relacji nienapędzany homofobią. Minęło od tamtej pory lat 20 i co? I nic. Homofobia (transofobia etc.) wciąż jest główny paliwem filmów o tęczowej tematyce, przynajmniej tych adresowanych do publiczności niekoniecznie tylko środowiskowej. Przyczynę zastoju upatrywać należy zapewne w ogromnym sukcesie „Tajemnicy Brokeback Mountain” – jej matryca fabularna ochoczo bowiem bywa powielana w kolejnych filmach; by nie szukać daleko, wskażmy chociażby polskie „Płynące wieżowce”. A nie rozumiałem dwanaście lat temu, dlaczego moi koledzy z krajów zachodnich tak się na dzieło Anga Lee krzywią!

Do „Tajemnicy Brokeback Mountain” porównywane są nawet te filmy, które niewiele mają z nią wspólnego. Ostatnio np. „Piękny kraj”, w którym, owszem, też mamy dwóch facetów i zadupie, ale poza tym różnice są zasadnicze, już choćby z tego powodu, że homofobia u Francisa Lee znaczenie ma marginalne. To już więcej podobieństw widzę w filmie Johna Trengove’a „Inxeba. Zakazana ścieżka”. Tutaj także śledzimy sekretny męski romans, odnawiany co roku w górskich ostępach. Xolani i Vija na dwa tygodnie dekują się w głuszy – oficjalnie po to, by być opiekunami nowicjuszy biorących udział w rytuale inicjacji plemienia Xhosa. Xolani chciałby czegoś więcej niż kilku szybkich numerków raz do roku, ale, cóż!, Vija ma żonę i trójkę dzieci. Poza tym, jako wzór męskich cnót i męskiej siły, nie może dopuścić do tego, żeby na jego samczym wizerunku pojawiła się choćby rysa.

Szczęśliwie Trengove nie eksponuje ani martyrologii, ani melodramatycznego fatalizmu. Przede wszystkim interesuje go mimikra. Męskość jako synonim hipokryzji i konformizmu. Proces unifikacji zaczyna się od sformatowania ciał. Nowicjusze stoją nadzy, ogoleni na łyso, pomalowanymi na biało – przypominają z daleka stado duchów pozbawionych jakichkolwiek cech, które pomogłyby obserwatorowi rozróżnić jednego od drugiego. Inicjację otwiera obrzezanie „na żywca”. Odcięcie napletka to zarazem symboliczne odcięcie indywidualności, kastracja duchowa. Włączenie do wspólnoty. Ból, który towarzyszy gojeniu się rany, ma ostrzegać i przypominać, że społeczność może karać i zadawać cierpienie. Aby go uniknąć, trzeba podążać udeptaną drogą „naszych obyczajów i tradycji”. Co więcej, po powrocie z gór nie wolno nikomu opowiedzieć o tym, co się działo podczas tych dwóch tygodni. Milczenie, tabu są fundamentami kultury.

A może, przeciwnie, od cierpienia uciekniemy dopiero wtedy, gdy zejdziemy z głównego szlaku (wszak kultura to źródło cierpień) i pójdziemy własną, choćby i zakazaną ścieżką? Wśród debiutantów jest Kwanda, którym opiekuje się Xolani. Chłopak pochodzi z dużego miasta, Johannesburga i to go różni od pozostałych nastolatków, wywodzących się z wiosek i mieścin. Przyjechał poddać się inicjacji zmuszony przez bogatego ojca, który uważa, że syn jest „za miękki” i zadaje się z „dziwnymi osobami”. Bunt Kwandy – najpierw ostrożny, potem coraz bardziej śmiały – przybierać będzie różne formy. Od zadawania niewygodnych pytań Xolaniemu, przez noszenie lansiarskich błękitnych adidasów, które budzą zazdrość kolegów, po gniew i groźbę „wyautowania” Vii. Jako gej Kwanda szybko wyczuje napięcie erotyczne panujące między Xolanim a Viją. Będzie chciał się włączyć do gry, może nawet uwieść swą młodością któregoś z nich.

„Inxeba. Zakazana ścieżka”, reż. John Trengove. RPA-Niemcy-Francja-Holandia 2017 „Inxeba. Zakazana ścieżka”, reż. John Trengove. RPA–Niemcy,  w kinach 0d 27 października 2017 Ale reżyser nie podąża za Kwandą. Skupia się na Xolanim, który jest gdzieś pośrodku, nie bardzo nawet wiadomo, gdzie. Pracuje w fabryce, nie przeniósł się do metropolii, gdyż chce być blisko ukochanego i co roku przyjeżdżać na inicjację, aby się z nim spotkać. Nic nie dostaje w zamian poza paroma chwilami bliskości. Zarazem te góry to – jak sam wyznaje – wszystko, co ma. Jako człowiek skłonny do negocjacji (widać to chociażby w scenie z białymi osadnikami), gotów jest pertraktować z Viją warunki ich związku. Ale Vija pertraktować nie chce, bo ma za dużo do stracenia.

Trengove przygląda się temu układowi z chłodem antropologa. Wprowadza do fabuły rozmaite opozycje. Także tę wynikającą z przeciwstawienia „czarnych tradycji” – „białemu zepsuciu”. Przeciwstawienia zakorzenionego w podziałach rasowych i historii apartheidu. Ale nie drąży tego tematu, nie każe nam też zajmować stanowiska. Chyba że jest to stanowisko voyeurysty, podglądającego tajne rytuały i zakazane miłości. Nim jednak zdążymy się na dobre podniecić, następuje zakończenie – tyleż szokujące, co łatwe do przewidzenia. Paradoksalnie, właśnie wtedy, gdy na ekranie bunt zostaje zduszony w zarodku, zaczyna buntować się widz. Cisza znów zapada nad górami, w wiosce kobiety wiwatują na cześć powracających mężów, a my wiemy, że tak być nie powinno. Ale jak w takim razie być powinno?