Przepis na siebie
Gustavo Pacheco / BY NC-ND 2.0

13 minut czytania

/ Literatura

Przepis na siebie

Dominik Antonik

„Wymazane” nie ma wiele wspólnego z powieścią o show-biznesie. Okazało się, że Witkowski, wbrew zapowiedziom, nie był w stanie napisać sensownej książki o celebrytach. To chyba dobrze

Jeszcze 3 minuty czytania

Przez większość kariery Michała Witkowskiego kolejne jego książki przyciągały uwagę dziennikarzy i pozwalały pisarzowi stawać się tymczasowym celebrytą. Jakiś czas temu odwrócił on jednak cykl swojej popularności: od kilku lat obserwujemy celebrytę, który usiłuje zostać pisarzem. Witkowski uniezależnił swoją sławę od rytmu wydawniczego, wkupując się kontrowersyjnością w świat mody i magazynów plotkarskich. Po niespełna trzech latach skandalizowania w błysku fleszy i pozowania na ściankach ogłosił, że był to szeroko zakrojony happening i zbieranie materiału do powieści o show-biznesie. I tu zaczął się problem, bo czas mijał, a zamiast nowej powieści wciąż dostawaliśmy zdjęcia nowych kreacji Witkowskiego.

Nie chodzi o to, że nie wypada być zbyt popularnym, bo sława odbiera wiarygodność, a media niszczą kulturę. Trudno wyobrazić sobie kogoś, kto autora „Lubiewa” kojarzy wyłącznie z nazwiskiem na okładce książki. Witkowski pisze, śpiewa, odgrywa swoją twórczość w teatrze i w audiobookach, prowadzi działalność w serwisach społecznościowych. Jest bohaterem zarazem licznych sesji fotograficznych, jak i swoich powieści, a jedno zawsze łączy się z drugim. Bo centrum tego świata jest sam Witkowski, który dzięki intensywnej obecności w mediach dopisuje kolejne rozdziały do swojej twórczości, składającej się na jeden wielki projekt osobowościowy. To fascynujący proces, w którym konsekwencje popularności autora – wywiady, sesje fotograficzne itd. – stają się częścią literatury. Nie są dodatkiem do tekstu ani zewnętrznym kontekstem, ale częścią literackiego uniwersum, w którym wszystkie elementy są ze sobą powiązane.

Literacki świat Witkowskiego był atrakcyjny, bo pisarz umiejętnie równoważył jego składniki: obecność w mediach była kompensowana przez różne formy tworzenia i odgrywania literatury, zainteresowanie dziennikarzy skupiało się na „witkowszczyźnie”, a wszystko to pozwalało Witkowskiemu wykorzystywać popularność dla swojej twórczości. Kariera pisarza jako blogerki modowej zaburzyła tę równowagę. Nawet jeśli autor wcielił się w rolę celebryty ironicznie, aby zebrać materiał do prozy i zakpić ze świata mody i związanych z nią gwiazd, to – zgodnie ze swoim planem – został potraktowany serio, a tworzone przez niego fikcyjne postaci, jak choćby Miss Gizzi, zaczęły powodować realne szkody w jego literackim uniwersum.

Nawet jeśli role, w które pisarz się wcielał, są „jak z Witkowskiego”, to płaski świat gwiazd i portali plotkarskich skutecznie zniwelowały ich literacki i krytyczny potencjał. To, co zostało z tego projektu, to przede wszystkim dziesiątki tabloidowych komentarzy i wywiadów, w których amatorzy bulwarowego dziennikarstwa zadają Witkowskiemu najbardziej idiotyczne pytania, a pisarz adekwatnie na nie odpowiada. Ta najgorszej jakości treść zdominowała inne formy publicznej obecności Witkowskiego. Jeśli wcześniej można było sądzić, że gdzie tylko pojawia się autor „Lubiewa”, tam powstaje kolejna część jego literackiego świata, tak teraz można mieć co do tego spore wątpliwości. Okazało się, że świat celebrytów, w którym autor zaczął funkcjonować, wcale nie chce przerodzić się w dobrą literaturę.

Michał Witkowski, „Wymazane”. Znak Literanova, 498 stron, w księgarniach od września 2017Michał Witkowski, „Wymazane”. Znak Literanova, 498 stron,
w księgarniach od września 2017
W końcu jest: „Wymazane”. Najnowszą książkę poprzedzały dwa nieudane projekty, które miały być realizacją szumnie zapowiedzianej powieści o celebrytach, a być może także usprawiedliwieniem i uzasadnieniem tych wygłupów, wyrównaniem szkód, udowodnieniem, jak zapowiedział autor w jednym z wywiadów, że „Witkowski nie zwariował i jednak jest pisarzem”. Pierwszą powieścią o show-biznesie było „Fioletowe światło” – książka ukończona, ale niezaakceptowana przez wydawnictwo. Pisarz podaje różne powody odrzucenia maszynopisu, ale prawda jest trywialna: to słaba powieść, o czym zresztą każdy może się przekonać, bo autor oferuje ją w sprzedaży bezpośredniej. Warto dodać, że w swoim – jak go nazywa – „wysoce nielegalnym sklepiku z prozą” Witkowski oferuje także inne niepublikowane teksty oraz zindywidualizowane zamówienia opatrzone dedykacją czy autorskimi rysunkami. Tego typu oferty, podobnie jak propozycje indywidualnych spotkań w ramach podziękowania za zakup „Wymazanego”, tylko potwierdzają, że w kontaktach z fanami Witkowski jest niezmiennie błyskotliwy. Jego strategie pogłębiania relacji z czytelnikami są chyba najlepszą rzeczą, jaką ostatnio zrobił dla swojej twórczości.

Kolejną próbą rozliczenia się z projektu infiltracji środowiska celebrytów miał być „Flirt towarzyski”, ale i z tego nic nie wyszło – autor wycofał się z projektu, nie tłumacząc powodów swojej decyzji. Dostaliśmy w końcu „Wymazane”, które nie ma wiele wspólnego z powieścią o show-biznesie. Okazało się, że Witkowski, wbrew zapowiedziom, nie był w stanie napisać sensownej książki o celebrytach. To chyba dobrze. Niestety okazuje się, że najnowsza książka, choć nie jest o show-biznesie, nie powstała też w ramach zupełnie niezależnej koncepcji. „Wymazane” ponosi poważne konsekwencje modowej przygody pisarza i jest kolejną ofiarą tego chyba nie do końca przemyślanego projektu.

Wymazane to miejscowość położona na odludziu, w której zderzają się sprzeczne żywioły. To źle skomunikowana prowincja, oddalona od centrum geograficznie i mentalnościowo, gdzie pełna transformacja jeszcze się nie dokonała. Miejscowość łączą z Warszawą jedynie wypaczone wyobrażenia o sukcesie i postępie, które generują tandetne marzenia i legitymizują panoszący się tam dziki kapitalizm. Z jednej strony Wymazane jest ofiarą cywilizacji, z drugiej usiłuje się oprzeć siłom natury i mocom piekielnym. Bagno, na którym zostało położone, stopniowo pochłania kolejne budynki, wśród mieszkańców krążą plotki o widmowej ciężarówce, a wszystko otacza gęsty Las Trujaków, „kędy muchomór sromotnikowy toczy swe zdradliwe jady”, nie taki jednak znów baśniowy, bo wypełniony truchłami lisów z pobliskiej fermy. Początkowo wydaje się, że bohaterowie są schwytani w sidła tego widmowego miasta, które wciąga ich w swoje bagienne odmęty, paraliżując ambicje i uniemożliwiając odniesienie sukcesu. Witkowski sugeruje jakiś rodzaj determinacji, która uzasadnia umieszczenie akcji w tym klimatycznym miasteczku, ale zaraz się okazuje, że miejsce jest w zasadzie przypadkowe.

Żeby tylko miejsce… Narratorem i głównym bohaterem powieści jest Damian, chłopak tak piękny, że skazany, wydawałoby się, na sukces w wielkim świecie, ale przy okazji niezdecydowany, wyzuty z ambicji, a częściowo pozbawiony także tożsamości. Dzięki bohaterom, którym udziela głosu – głównie babci – jego historia zdaje się komplikować, a mimo to pozostaje płaski. To zapowiedź szerszego problemu z postaciami tej powieści, które nie wynikają z własnej przeszłości i nie ewoluują. Poznajemy skomplikowane historie bohaterów, stanowiące zamknięte, często bardzo dobrze napisane opowiadania. Powinno to budować złożoność postaci, ale kiedy z retrospektywnych opowieści wracamy do głównej akcji, wydaje się, że te biografie nie mają żadnego znaczenia. Przeszłość i teraźniejszość nie wiążą się ze sobą.

Damian, poza tym, że piękny, jest jeszcze gerontofilem. Podniecają go, mówiąc jego językiem, grube stare lochy, wielkie obwisłe cycki, owłosione krocza. Narrator dedykuje książkę właśnie starym babom, zapewniając je, że ich życie jeszcze się nie skończyło, a prawdziwe uciechy dopiero przed nimi. Opowiadana historia ma je podniecać i dawać nadzieję, ale to obietnica raczej bez pokrycia, bo losy Damiana i jego starej kochanki bywają zabawne, ale zmierzają do tragicznego finału. Skądinąd Witkowski reklamuje książkę popisowym fragmentem, który dodatkowo zyskuje w mistrzowskim wykonaniu, ale nie oddaje klimatu powieści, a pod względem dopracowania stylistycznego obiecuje więcej, niż książka daje.


Alexis, miejscowa bizneswoman i multimilionerka, zdobywa Damiana tak jak władzę i pieniądze – bez zbędnych ceregieli i troski o przyjęte standardy. Wie, że umiera, więc składa kochankowi propozycję – cały majątek w zamian za wspólne wyuzdane życie aż do jej śmierci. Wydaje się, że jest pogodzona ze swoim losem i mówi o przyszłości jak o transakcji biznesowej, ale kiedy choroba daje o sobie znać, zaczyna dramatyczną walkę o życie, tylko przedłużając swoje cierpienie i upokorzenie. To mocna i przygnębiająca historia, ale co jakiś czas rozładowywana przez Witkowskiego sprośnymi żartami, tak jakby autor obawiał się pisać zupełnie na poważnie.

Alexis występuje w powieści jako uosobienie nienasyconej potrzeby pieniędzy, seksu, władzy i życia, wydaje się wypadkową tych pragnień w czystej postaci. Poznajemy jej ciekawą historię, osadzoną w klimacie powojennej Warszawy, ale stanowi ona kolejne zamknięte opowiadanie bez wyraźnego wpływu na powieściową teraźniejszość. Wspomnienia Alexis są nieco sentymentalne i nostalgiczne, wyrażają tęsknotę za szczęściem, którego nie da się kupić, za autentycznością doznań, za życiem brutalnym, ale prawdziwszym. Można by pomyśleć, że współczesna żądza Alexis, jej niepohamowana konsumpcja, wynika z usilnych prób ukojenia tęsknoty za innym życiem, wypełnienia braku, którym naznaczony jest dzisiejszy świat. Ale gdy tylko bohaterka kończy opowiadać Damianowi swoją biografię, wydaje się, że opowiadała o kimś innym, a sama znów staje się płytką, bezwzględną kapitalistką, skonstruowaną z kliszowych wyobrażeń.

„Wymazane” to książka o cierpieniu, umieraniu i niespełnionych pragnieniach, a jednocześnie zabawna historia o dzikim kapitalizmie na zadupiu Europy, lokalnych układach i etosie szarej strefy. To opowieść o gorzkim losie polskiej prowincji, dla której nie ma żadnej nadziei, a także o jakimś innym, dawnym świecie, gdzie obowiązywały te same waluty, ale inne stawki. To w końcu sprośna historia zanurzona w klimacie „jak z Witkowskiego”, ale wszystko to nie do końca, po łebkach i nie tak, jak trzeba. Witkowski pokazuje, że wciąż potrafi być świetnym pisarzem, ale udane fragmenty, jak choćby historie opowiadane przez babcię Damiana i Alexis, tylko potęgują wady powieści. To najgorzej skonstruowana książka Witkowskiego, gdzie mnóstwo niepasujących do siebie elementów udaje, że tworzy spójną historię. Zbędnym bohaterom i przypadkowym wątkom towarzyszy wyraźnie nierówna troska autora o regularność stylu i literackiego dopracowania poszczególnych fragmentów. Autor „Lubiewa” zawsze konstruuje swoje powieści z anegdot i plotek, ale właśnie konstruuje – i często wychodzi z tego świetna literatura. Wrzucenie do jednego worka kilkunastu postaci i wątków jeszcze nie tworzy powieści, a workiem z „Wymazanym” Witkowski nawet nie potrząsnął. Trudno nie odnieść wrażenia, że ta książka nie trzyma się kupy, że została złożona z prefabrykatów, które są ze sobą niekompatybilne i które autor próbował połączyć najgorszej jakości klejem. I tak wracamy do wątku celebryty, który usiłuje napisać powieść.

„Wymazane” nie jest samodzielną książką, bo ciąży nad nią widmo dwóch nieudanych powieści o celebrytach, z których fragmentów jest pozszywana. Witkowski mówi, że „Wymazane” to jego najdojrzalsza powieść, a dzięki umiejętnemu połączeniu kilku niskich gatunków stanowi majstersztyk literatury popularnej. Bez wątpienia do stworzenia książki Witkowski wykorzystał wiele składników, ale nie zostały połączone w spójny produkt, a przepis łatwo odtworzyć: potrzebujesz jednego Witkowskiego, nieudaną powieść o celebrytach i kilka projektów kolejnych książek. Z „Fioletowego światła” bierzesz połowę powieści, w tym miasto położone na odludziu, głównego bohatera i kilkanaście postaci drugoplanowych. Nie martw się zbytnio o ich przyszłą rolę. Wątki kryminału i horroru zawsze są w cenie, więc do opisu miasteczka dodajesz coś o widmowej ciężarówce prowadzonej przez trupa, który zamordował jedną babę (wystarczy, nie ma co tego wątku rozwijać). Główny bohater miał być celebrytą, ale zmieniasz jego losy i wprowadzasz gerontofilię, co daje gwarancję na romans i porno, a przede wszystkim będzie pretekstem do mówienia o sprośnych rzeczach – kupa śmiechu gwarantowana. Masz gotowe fragmenty powieści utrzymanych w klimacie retro, więc dorzucasz je jako mięsiste składniki o wysokiej zawartości literatury. Na koniec dodajesz kilka firmowych zwrotów Witkowskiego, a w celu utrzymania powieści w ryzach i wywołania wrażenia świetnie przemyślanej całości – zamykasz wszystko klamrą kompozycyjną, w której zwracasz się do starych bab. Gotowe.

Witkowski twierdzi, że najtrudniejsze dla pisarza jest wydanie dziewiątej książki, więc trzeba mieć nadzieję, że teraz pójdzie już łatwo. Nie będę miał nic przeciwko, jeśli autor w przyszłości rozwinie świetną okołowojenną historię o babci i wróżbicie Walerianie Piątku, która w „Wymazanym” i tak stanowi zamkniętą całość i obok innych wątków utrzymanych w klimacie retro zdecydowanie wyróżnia się na tle miałkich opowieści. Pytanie, ile dowodów Witkowski jeszcze potrzebuje, by zrozumieć, że świat polskich celebrytów jest słabym materiałem na literaturę.