Jeszcze 2 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: Koszty horyzontalne 4.1.1.

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

Załóżmy, że jestem botaniczką i chciałabym wykorzystać geometrię kwiatów do  przechwytywania energii. Poszukuję grantu. Jądro ciemności tabel. Wchodzę więc tam, ale już nie wiem, czy wyjdę taka sama

Kiedy czytam żywoty artystów, naukowców, odkrywców, ale tych już bardzo od dawna nieżywych, to dostrzegam w sobie pewien schemat emocjonalnego odbioru tych historii. Dzieje się to tak: najpierw zauważam, że przychodzą na świat i wpadają w okres dzieciństwa nieszczęśliwego, a tylko ewentualnie szczęśliwego (na łonie natury wtedy koniecznie), potem docieram do ich dorosłości, wreszcie do twórczości, i wtedy właśnie zaczynam im zazdrościć. Zazdroszczę tego, co z tej literackiej, pocieszam się, lekkiej fikcji wynika – że aby studiować i badać za granicą albo wyjechać w Andy bez wiadomego rezultatu tej podróży, wiać przed chłodem Lipska, by lepić figurki we Włoszech – wystarczyło wziąć i …wyjechać. Podobnie z tworzeniem najoryginalniejszych pomysłów architektonicznych, rzeźbiarskich, wyrwanych wprost z żywej, ludzkiej fantazji – nazwę je tym koszmarem językowym z ust dzisiejszych krytyków sztuki: odważnymi projektami w przestrzeni publicznej. Wielokrotnie powtarzane są formuły: „pracował długo, ale jeszcze za życia…”, „stworzył wiosną”, „zainspirowany w podróży do Italii narysował praroślinę świata”. Dlaczego to wydaje się łatwe, jakby dotyczyło składania samolotu z papieru? Skąd na to były banknoty?

Oczywiście wiadomo, że istniał mecenat, z którego korzystali napomknięci wyżej Goethe czy Humboldt, który jednak powoli wraz z rozwijającą się tak zwaną nowoczesnością sparametryzowaną przez wolny rynek zaczął zanikać. Mimo wszystko sądzę, że także i ci artyści czy naukowcy najpierw musieli przedstawić pomysł, jakoś się wytłumaczyć przed swym darczyńcą. Robili to na pewno nieco inaczej niż my dziś.

No to hopsa! Jesteśmy w XXI wieku. Załóżmy, że jestem botaniczką i chciałabym wykorzystać geometrię kwiatów do lepszego przechwytywania energii przez stworzone na ich planie baterie słoneczne. Skoro działa to pięknie u roślin, niech zadziała dla ludzi. Powiedzmy nawet górnolotnie, że może i chcę choć raz poza badaniem podstawowych praw roślin skorzystać z ich pomysłów i stworzyć coś materialnego dla człowieka, coś bez wielokropków, znaków zapytania i krępującego milczenia po. Poszukuję grantu, dofinansowania, by pomógł mi pomysł ten zmaterializować. Ale już na samym początku nieco się zniechęcam, wciśnięta w pewną kanciastą ramę, w której upakowane są konkrety. Te konkrety należy znać z precyzją do drugiego miejsca po przecinku i wpisać w rozmaite czarne prostokąty. Nazywają się one zwykle formularzem. Powinno być w liczbie bardzo mnogiej: formularzeee. To mało. Bo za nimi są inne formularzeee, wnioski, zaświadczenia, paragrafy, umowy, definicje, wskaźniki, aneksy do wniosków oraz weksle. Spróbujmy jednak, do cholery! Wymyślił to człowiek, więc da się to chociaż pewnie odczytać.

Uznałam, że do mojego pomysłu pasować będzie program pt. „Program Operacyjny Inteligentny Rozwój” Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Czytam, że jego „Oś priorytetowa” to: „Zwiększenie potencjału naukowo-badawczego”. Działanie o numerze 4.1 zatytułowano „Badania naukowe i prace rozwojowe”, natomiast poddziałanie 4.1.2: nazwano „Regionalne agendy naukowo-badawcze”. I to jakby rozumiem. I to działa. Więc wyobrażam sobie zaraz piękne laboratorium badawcze, a gdzieś na polach w granicach Wołomina małą fabryczkę firmy Bulwa-Lux, gdzie na podstawie inspirowanej botaniką technologii powstaną wyglądające jak kwiaty, innowacyjne baterie słoneczne. Znajduję zatem w ramach poddziałania 4.1.2 odpowiedni konkurs, nazwany niezwykle podniecająco 1.2/2017_RANB. I do dzieła!

Ściągam dokumenty. Ściągam. Ściągam dokumenty. Ściągam. Najpierw muszę podać nazwę lidera konsorcjum, jego status, w pracach rozwojowych podać koszty kwalifikowalne, zgodnie z art. 44 ust. 3 oraz art. 162 ust. 3 Ustawy o finansach publicznych, jak również z dwudziestoma czterema załącznikami. Normalka. Zaraz mam liczyć środki własne i dofinansowania, co do ołówka i gumki do ścierania. Nie dziwi. Jednak jestem tu nieco zakłopotana, bo jakkolwiek na to spojrzeć, to jest jednak kilkadziesiąt stron tabel.
Wieża
Babel
Tabel.
Jądro ciemności tabel. Wchodzę więc tam, ale już nie wiem, czy wyjdę taka sama.

„Cecha/funkcjonalność rezultatu projektu”. To akurat chyba jeszcze à propos, ale zaraz jest okienko pt. „korzyść/przewaga” i „poziom gotowości technologicznej przed rozpoczęciem realizacji projektu”. Uzasadnić. Wymienić „WNiP pozostające w dyspozycji konsorcjum”. I jeszcze podać „Efekt końcowy etapu – kamień milowy”. Kamień milowy? Widzę, że w tej otchłani urzędniczych definicji, wskaźników i parametrów zuchwale pozwalają sobie jeszcze na związki frazeologiczne. Czytam dalej: „Liczba firm odpryskowych typu spin-off założonych przez pracowników jednostki”. Odpryski tysiąckrotne…


Są jednak też mgliste znaki, że to sformalizowane piekło najwyraźniej zostało stworzone przez ludzi. Podaję dowód. W oddzielnym załączniku, definiującym definicje do Umowy Nr INNOTECH/K3/HI3 są następujące hasła: Dofinansowanie, Prace rozwojowe, Projekt, Zadanie badawcze, Środki publiczne i… Siła wyższa. Jakby była szansa, że w przypadku gdy zwyczajnie nic się nam nie uda, albo dziki przyjdą i zjedzą materiał badawczy, będziemy mogli podnieść ramiona i powiedzieć: Yyyy, no cóż: Siła wyższa.

A może to jest jakiś gryps uwięzionych ludzi z tamtego świata formularzy i regałów bez wyjścia? Równie dobrze przecież mogli napisać „kogutek”, albo „kapcie”. Hej, ludzie, tam dalecy z Narodowego Centrum Badań, dziękuję za tę wiadomość w butelce, ona dotarła! Już wiemy, że żyjecie, wytrzymajcie! Nie jesteście sami!

Marne to jednak pocieszenie, potrzebuję wyjaśnień, klarowności, pomocy, jakichś tutoriali. No i są, ale jednak zupełnie inne niż na YouTubie.
„Wyjaśnienia: Informację o zgodności z definicjami używanymi w formularzach F-01/s, PNT-01 oraz PNT-01/s podano dla ułatwienia podmiotom składającym powyższe sprawozdania do Głównego Urzędu Statystycznego”.
Ej, to wszystko ułatwia!
Choć zaraz znowu, czy aby i tu jakiś haczyk w tym zdanku się nie chowa?
„Czy projekt jest rodzajem przedsięwzięcia objętym załącznikiem I dyrektywy 2011/92/WE Parlamentu Europejskiego i Rady („dyrektywa OOŚ”) (jeżeli Tak - należy przejść do pytania 2.2)”. Tak? Nie?

Boże, bożyczku, no jest czy nie? Gdzie ten załącznik? Nie wiem, pocę się. A tak właściwie, to dlaczego nie ma tam jeszcze jednej kratki z odpowiedzią „nie wiem”, przecież zwykle bywa w takich sytuacjach? A może zaznaczyć na chybił-trafił, jak w teście na inteligencję, to jednak zawsze 50% szans będzie? Ale po tym są dziesiątki dalszych takich uszczypliwych pytań i konieczność odpowiedzi tylko: „Tak? Nie?”, no „TAK?” czy cholera „NIE?”. I dalej, i głębiej, i mgliściej zapadam się w surrealizm, zegary się wyginają, ścieka na podłogę czas, gdy czytam dokumenty dodatkowe, a jest ich osiemnaście: Rozporządzenie 651/2014, Rozporządzenie EFRR, Wytyczne horyzontalne w zakresie kwalifikowalności wydatków, Wytyczne POIR w zakresie kwalifikowalności wydatków, Klasyfikacja MAE, Kalkulator EPC, Szczegółowy Opis Osi Priorytetowych POIR… tak, że całość wypełnionego wniosku będzie miała ponad 200 (słownie dwieście) stron.

O Johanie Wolfgangu von Goethe, o Aleksandrze von Humboldcie, o Sir Izaaku Newtonie, szczęśliwi wy, co umieraliście bez znajomości Rozporządzenia 651/2014!

Ala ja siedzę sobie już. Macham nóżką. Nie będzie laboratorium w Wołominie, nie będzie kwiatowych baterii słonecznych. Co za ulga, odetchnęły osmotycznie kwiaty. Co za ulga, czuję i ja, bo znowu patrzę na nie jak zawsze.