Zwierciadło mknące światłowodem

Zwierciadło mknące światłowodem

Łukasz Najder

Zadie Smith przypomina rozhisteryzowaną gospodynię, która swoich gości chce za wszelką cenę uraczyć najbardziej wymyślnym koktajlem. Molestowanie? Tak, Afryka – jeszcze więcej Afryki. Choroba nowotworowa bliskiej osoby?Voilà, gotowe!

Jeszcze 4 minuty czytania

„Oto powieść, która zachwyciła Zadie Smith!” woła slogan reklamowy z okładki „Przeszłości” Tessy Hadley, która dopiero co ukazała się w Polsce. „To nieprawdopodobne. Przeczytałam dopiero dwieście stron i potrzebuję już następnego tomu jak cracku. To kompletnie rozsadziło mój umysł” – tu już sama Smith o „Mojej walce” Karla Ove Knausgårda. Ta jej ekstatyczna rekomendacja zawisła na stronie polskiego wydawcy Norwega. Na okładce drugiej części „Mojej walki” słowa autorki „Białych zębów” przybrały nieco bardziej powściągliwą i oszczędną postać: „Jego książki są moją kokainą” – bliżej temu do lirycznego przeboju Stanisława Soyki niż ćpuńskich, niekontrolowanych konfesji Williama S. Burroughsa. Z kolei we wstępie do „Patricka Melrose’a”, autobiograficzno-satyrycznego pięcioksięgu pióra Edwarda St Aubyna, pisała, że „żadne streszczenie fabuły nie przygotuje was na wyborny, zjadliwy humor tej prozy ani – co bardziej zaskakujące – na jej ciężar filozoficzny” (przeł. Łukasz Witczak), entuzjastycznie, obszernie i ze znawstwem zachwalając przymioty tego niewątpliwego arcydzieła. Także fenomenalny George Saunders  zadebiutował nad Wisłą w eskorcie jej komplementów. „Od czasów Marka Twaina nie pojawił się w Ameryce pisarz o tak wybornym piórze, który potrafi opisać szaleństwo naszych czasów” – to front „10 grudnia”, zaś tył doprecyzowuje: „Zbiór obsypanych nagrodami opowiadań, którymi zachwycają się m. in. Zadie Smith, Jonathan Franzen oraz Thomas Pynchon”.

Nie ma żadnego przypadku w tym, że wydawcy tak ochoczo nabijają na swoje książki znak jakości „ZADIE SMITH” – chyba tylko od Michiko Kakutani i Ziemowita Szczerka wydębili więcej blurbów. Nie dość, że dysponuje imponującym dorobkiem, to w dodatku jest pisarką lubianą i cenioną, która bierze udział w niezliczonej ilości festiwali literackich, paneli dyskusyjnych i spotkań z czytelnikami na całym świecie. Ma status gwiazdy. To pisarka-instytucja, pisarka-ikona. W roku 2015 ci spośród uczestników warszawskiego Big Book Festival, którzy chcieli zdobyć jej autograf, musieli na ów honor czekać w godzinnej kolejce. Życie Smith orbituje wokół literatury, którą tworzy, bada, ocenia, wykłada, a nawet i uczy tworzyć na New York University. Angażuje się społecznie i zabiera głos w kwestiach ważnych zarówno globalnie, jak i lokalnie. Ponadto wychowuje razem z mężem Nickiem Lairdem – prozaikiem i poetą – dwójkę dzieci i biega każdego ranka.

Zadie Smith, „Swing Time”Zadie Smith, „Swing Time”. Przeł. Tomasz Kłoszewski, Znak, 480 stron, w księgarniach od października 2017Jej debiut był debiutem marzeń. „Białe zęby” w samej Wielkiej Brytanii sprzedały się w milionowym nakładzie, nagrodzono je Whitbread First Novel Award, zekranizowano w formie serialu telewizyjnego i obsypano dziesiątkami pochlebnych recenzji. Ta epicka, wielowątkowa, i znakomicie napisana opowieść o trzech rodzinach o splątanych emigranckich korzeniach w multikulturowym, metropolitalnym Londynie ostatniego ćwierćwiecza XX wieku zdobyła serca czytelników i zadowoliła gust najwybredniejszej krytyki. Po niej Smith opublikowała „Łowcę autografów” – rzecz o Aleksym-Li Tandemie, „bodaj pierwszym w literaturze światowej chińskim Żydzie”,  nieco zdziwaczałym kolekcjonerze podpisów sławnych ludzi – oraz „O pięknie”, powieść kampusową, omal szekspirowską historią miłości i waśni między profesorskimi familiami Belseyów i Kippsów, a także oddany za pomocą nawiązań stylistyczno-fabularnych wielki hołd autorki dla E.M. Forstera, jej ulubionego pisarza obok Updike’a i Nabokova. Później był „Londyn NW”, powieść o losie czwórki bohaterów pochodzących z szemranego blokowiska w północno-zachodniej części stolicy Anglii, a w zeszłym roku – „Swing Time”, który właśnie został  u nas wydany w przekładzie Tomasza Kłoszewskiego.

W Polsce opublikowano ponadto tom jej esejów „Jak zmieniałam zdanie” – książkę, która powstała, jak autorka wyznaje we wstępie, dzięki temu, że wybitni redaktorzy namówili ją, by spróbowała „recenzji filmowej, wspomnienia pośmiertnego, próby reportażu, tekstu krytycznoliterackiego i pośmiertnego” – a także zbiór opowiadań „Lost and Found” i dwie antologie: „Zadie Smith przedstawia. Poparzone dzieci Ameryki” i „Zadie Smith przedstawia. Księga innych ludzi”, w których znalazły się małe formy prozatorskie Davida Fostera Wallace’a, Judy Budnitz, George’a Sandersa, Jonathana Safrana Foera, ZZ Packer czy Davida Mitchella.

To symboliczne, że „Białe zęby”, powieść o koegzystencji – pomimo zgrzytów i napięć – imigrantów i rdzennych mieszkańców, Anglików, Jamajczyków i Bengalczyków, ateistów i muzułmanów, ukazała się w roku 2000, czyli tuż przed wydarzeniami z 11 września i ich konsekwencjami: interwencją Stanów Zjednoczonych w Afganistanie, II wojną w Zatoce, powstaniem ISIS, terrorem odwetowym z ich strony w Europie, tsunami islamofobii i nacjonalizmu.

„Po napisaniu «Białych zębów» obsadzono mnie w roli rzeczniczki sytuacji czarnych w Wielkiej Brytanii, losu imigrantów, pozycji kobiet. W roli ekspertki od kolonializmu, multikulturalizmu, feminizmu, rasizmu i walki z nim” – wyznawała w jednym z wywiadów, dając do zrozumienia, że nawet jeśli owe kwestie istotnie ją zajmują, to nie chce być uważana za publicystkę, która beletryzuje doraźne problemy. „Wszystko, co chcę osiągnąć, to stworzyć ludzi na papierze, którzy będą wydawali się żywi”, dodawała.

Wyjaśniała też przy różnych okazjach, że świat „Białych zębów” nie był próbą stworzenia modelu idealnej multikulturowej dzielnicy, który ma służyć innym miastom za wzór do naśladowania. To po prostu summa jej doświadczeń – dzieciństwa i młodości w Londynie doby Thatcher i Majora – i wyraz przekonania, że napływ, mieszanie się i życie obok siebie odmiennych kultur i religii jest naturalne, pożyteczne i bezpieczne. Coraz częściej musiała jednak mierzyć się z opiniami, że (jakoby) promowane przez nią multi-kulti to eksperyment nieudany – już to za sprawą ataków terrorystycznych w Anglii, Niemczech czy Francji dokonywanych przez mieszkających tam od lat imigrantów albo ich potomków, już to przez ostentacyjną niechęć niektórych społeczności muzułmańskich do integracji i zastosowania się do norm prawnych i obyczajowych Zachodu. Podobnie jak odżegnywała się od komentatorskiej bieżączki i publicystyki, tak i teraz nie widziała siebie w roli gorliwej propagatorki multikulturalizmu, która musi pokajać się za nieswoje winy i publicznie przyznać, że pokojowe współżycie nie jest możliwe.   

„Nie rozumiałam, że przez sam fakt opisywania multikulturalizmu i przedstawiania go inaczej niż jako tragedii w zalążku stawiam się w roli jego orędowniczki” – z goryczą zauważyła w listopadzie zeszłego roku w mowie wygłoszonej po otrzymaniu Nagrody Literackiej „Die Welt”. I dodawała: „To prawda, że moje książki były kiedyś bardziej słoneczne, a teraz się w nich zachmurzyło”.

Uważny czytelnik kolejnych jej powieści odnotował, że gdzieś prysnął humanistyczny, serdeczny humor „Białych zębów”, zgasły fajerwerki stylistyczno-koncepcyjne rodem z „Łowcy autografów”, zniknęła empatia, ciepło i staroświecki powab „O pięknie”. Smith może nie popadła w grobowe tony i nie zwróciła się ku wagnerowskiej oprawie, ale „Londyn NW” i „Swing Time” są raportami z rozczarowania światem, mediami i ludźmi. W nich także podejmuje i rozwija swoje tematy – na ile nasz los determinuje miejsce urodzenia, jak wyrwać się z pułapki „złego adresu”, toksycznego środowiska, przytłaczającej obyczajowości, ile można poświęcić dla sławy, jakie zobowiązania ciążą na tych, którym się udało oraz jakie zobowiązania ma bogaty Zachód wobec biednego Południa, które niegdyś tak ochoczo eksploatował – ale jej ostatnie książki nie już są naładowane tą niezwykłą energią co u progu światowej kariery.

Nie lada sztuką jest po wybitnym debiucie pisać kolejne wybitne rzeczy. Niektórzy spośród takich debiutantów idą na łatwiznę i w następnych swoich książkach powielają tę pierwszą, tyle że w nieco odmiennych aranżacjach i z nowym zaśpiewem promocyjnym, inni łamią klawiaturę i pozostają zgorzkniałymi autorami tej jednej jedynej, jeszcze inni wprawdzie obficie i regularnie publikują nowe tytuły, ale już nigdy nie osiągają poziomu debiutanckiej rewelacji. I to jest, uważam, przypadek Zadie Smith.

Już „Łowca autografów” i „O pięknie” odstawały od „Białych zębów”, w „Londynie NW” formalizm i powaga zabiły opowieść, „Lost and Found” to bodaj najsłabsza książka w dorobku Zadie Smith – trzy nowele są raczej fragmentami niezbyt udanych powieści niż precyzyjnymi, autonomicznymi mininarracjami – a długo wyczekiwany „Swing Time” okazuje się rozczarowaniem.

Smith próbuje w tej powieści jak zwykle ogrywać swoje mieszane etnicznie rodziny, dzieciństwo i dorastanie w Londynie, bezwzględność mediów, blichtr i ułudę socjety, ścieranie się różnych kultur, dziedzictwo kolonializmu, globalizację, ale po lekturze blisko pół tysiąca stron czytelnikowi nie zostaje nazbyt wiele w życzliwej pamięci. „Swing Time” to przegadana, nużąca powieść, którą wprawdzie autorka zakroiła na epicką skalę – akcja tocząca się na trzech kontynentach i obejmująca ćwierć wieku między 1982 a 2008 rokiem, imponująca galeria charakterów, liczne wtręty paraeseistyczne o tańcu, religii, starych musicalach – ale najwyraźniej nie sprostała własnym zamierzeniom.

Tym większa szkoda, że z tego zebranego – i wymyślonego – przez Smith materiału dałoby się z powodzeniem wykroić trzy osobne ciekawe nowele lub minipowieści: o kumpelach-tancerkach, które próbują zrobić karierę na scenach Londynu, o „cool Brytanii”, o różnych obliczach współczesnej gwiazdy pop. Niestety, wydaje się, że ostatecznie górę wzięła tu potrzeba, już to ambicjonalna, już to komercyjna, by napisać Wielką Powieść. To przekleństwo naszych czasów – w efekcie tego trendu powstają ogromne, wypełnione paplaniną, emfazą i traumami fabuły, które przypominają rezolucje ONZ bądź podanie do MOPS-u. Rozmiar ma być dowodem na to, że oto obcujemy z Literaturą, Sztuką, Starą Dobrą Powieścią Realistyczną, która Opisuje, Gani i Wyznacza Kierunek – takie zwierciadło o rozdzielczości 12 megapikseli mknące światłowodem. 

Podczas lektury „Swing Time” narasta przekonanie, że Smith w pewnym momencie straciła kontrolę nad swoją powieścią, ale nie chciała się z tym bolesnym faktem pogodzić, więc postanowiła, że i tak pociągnie to wszystko dalej – ponad miarę i cierpliwość odbiorcy. O ile pewną ręką prowadzi początkowe partie o szkolnej przyjaźni między narratorką a Tracey, łączących je pasjach – taniec, czarno-biała klasyka musicalowa – i dzielących różnicach, które wynikają z tego, że ta pierwsza wywodzi się z tak zwanego porządnego domu (ojciec listonosz, a matka – lewicowa działaczka o  intelektualnych aspiracjach), a druga z miejsca określanego zwykle jako „patologia”, to kiedy zaczyna opisywać dorosłość narratorki i jej pracę w charakterze asystentki u boku globalnej divy Aimee, a zarazem przeplatać wątki i oddawać się głębinowym reminiscencjom, mamy do czynienia z prawdziwym chaosem, sztucznością, męczącą przesadą. Widać Smith nie miała pomysłu, jak z tego wybrnąć.

Aimee angażuje się na przykład w pomoc na rzecz wioski w Afryce Zachodniej – buduje m. in. szkołę – więc autorka posyła tam raz za razem narratorkę, samą, albo z kapryśną, bajecznie bogatą chlebodawczynią i jej monarszą świtą, i przy każdej z tych okazji, których opis zajmuje w sumie bite kilkadziesiąt stron, wplątuje ją w rozwlekłe, powtarzalne aferki obyczajowe, snuje dość banalne i letnie refleksje o czystej afrykańskiej pierwotności, migracjach tamtejszej ludności, niedostatku, lokalnych rytuałach. To rozwiązanie fabularne wypada dość nieudolnie – narratorka „Swing Time” przypomina tu postać z „Mody na sukces”, która metodycznie wchodzi i wychodzi z pokoju, żeby z mozołem jakoś pchać akcję do przodu. 

Smith przypomina hojną, z lekka rozhisteryzowaną gospodynię, która swoich gości chce za wszelką cenę uraczyć najlepszym, najbardziej wymyślnym koktajlem. Internetowy lincz? Molestowanie? A może dodam i przemoc w związku? Nie do końca legalną adopcję afrykańskiego dziecka? Tak, Afryka – jeszcze więcej Afryki. Choroba nowotworowa bliskiej osoby? W porządku. Ciut perwersyjne praktyki seksualne w domowym zaciszu? Problemy wychowawcze z dziećmi? Okrucieństwo i tępota szołbiznesu? Brutalna walka klas, w której zawsze przegrywają najsłabsi? Ostre konflikty w rodzinie? Voilà, gotowe!   

Tyle że w takim stężeniu nie wzbudza ów tragizm większych emocji i sprawia wrażenie, że jego poszczególne składniki dobierane są i nawarstwiane z premedytacją, by wywołać jak największy efekt. Nieszczęścia i porażki, jakich doświadcza narratorka, Aimee, Tracey i inni pozostawiają czytelnika doskonale obojętnym. „Swing Time” to w wielu fragmentach narracja ułożona z obrazków ze stocka, na których uwieczniono ludzi zastygłych w teatralnych pozach mających oddać smutek, rozbicie wewnętrzne i lęk.    

Być może to, co przyniosło autorce ogromną popularność – wyrazisty imidż, intensywny udział w życiu okołoliterackim, nowe tytuły, które z automatu stają się wydarzeniami – zarazem skutecznie odciąga od solidnej, bezkompromisowej roboty literackiej. A może należy uznać, że nie ma w tym żadnego dramatu i Zadie Smith stała się po prostu produktem typowym dla pewnego segmentu rynku wydawniczego – modną autorką, dbającą zarówno o doskonały pijar, jak i regularne wytwarzanie książek, które są doskonałymi symulakrami książek ważnych, odważnych i artystycznie wyrafinowanych.