Wirus czasów

14 minut czytania

/ Muzyka

Wirus czasów

Krzysztof Krześnicki

O projekcie Hype Williams wiemy tyle, ile do wiadomości publicznej zechciał podać stojący za nimi dział PR – to skrawki chaotycznie dobranych informacji. Dean Blunt – podobno bokser. Inga Copeland – podobno była piłkarka żeńskiej drużyny Arsenalu Londyn. Poznać się mieli na koncercie Oasis

Jeszcze 4 minuty czytania

Amerykański pisarz William Faulkner napisał, że „przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością”. Wydarzenia z przeszłości często nawiedzają nas wiele lat po fakcie. Dzieje się tak nie tylko z traumatycznym przeżyciami, które nie dają nam spokoju, ale też z pozytywnymi wspomnieniami, które stają się źródłem nostalgii. Duchy przeszłości nie tylko ujawniają się w naszych wspomnieniach – obecne są także w popkulturze. Na początku XXI wieku obsesja kultury popularnej na punkcie tego, co było kiedyś, stała się dominującym nurtem kulturowego mainstreamu.

W brytyjskiej kulturze niezależnej nostalgię wykorzystywali jako temat i formułę swojej twórczości artyści powiązani ze stylem zwanym „hauntologią” (spolszczonym przez Olgę Drendę jako „duchologia”). Muzycznym wywoływaniem duchów trudnią się między innymi Hype Williams, których twórczość wywodzi się od podejścia takich artystów, jak Boards of Canada, William Basiński, The Caretaker czy twórcy z labelu Ghost Box. Ich tworzywem są utopie science fiction, soundtracki do horrorów klasy B, stare programy telewizyjne, a także dawne nośniki, takie jak trzeszczące winyle czy taśma magnetofonowa. Hype Williams to projekt na wskroś postmodernistyczny, który jest osadzony w świecie internetu. To muzyczni trolle i prowokatorzy, którzy prowadzą z odbiorcą grę za pomocą cytatów z popkultury. Jednocześnie Hype Williams stanowią enigmatyczny projekt artystyczny lub – jak kto woli – działanie performatywne, polegające na zabawie w zespół.


We wrześniu duet wrócił z nową płytą po 5 latach letargu. Jednak jak to w przypadku tego projektu bywa – niczego nie można być tu pewnym w stu procentach. Nawet tego, kto właściwie nagrał tę dziwną, hipnotyczną muzykę.  

Muzyka elektroniczna od początku swojego istnienia szła w parze z anonimowością. Na początku syntezatory konstruowali przecież okularnicy ze studiów eksperymentalnych. The Residents czy Kraftwerk w swoich pionierskich poczynaniach odcinali się od rockowego „kultu jednostki”. Ukrywanie swojej prawdziwej tożsamości do perfekcji opanowali twórcy Detroit techno i innych rodzących się gatunków muzyki elektronicznej, którzy wypuszczali niepodpisane nagrania na winylach, znanych jak white labels. Z jednej strony ukrywanie tożsamości wysyłało sygnał, że „najważniejsza jest muzyka”, a z drugiej budowało mistyczną aurę wokół artystów, która podsycała zainteresowanie.

O Deanie Bluncie i Indze Copeland, osobach, które kojarzone są z tą nazwą, wiemy tyle, ile do wiadomości publicznej zechciał podać stojący za nimi dział PR – to skrawki chaotycznie dobranych informacji. Dean Blunt – podobno bokser. Inga Copeland – podobno była piłkarka żeńskiej drużyny Arsenalu Londyn. Poznać się mieli na koncercie Oasis.

Blunt podobno pochodzi z Hackney we wschodnim Londynie, a w dorosłość wchodził w czasach narodzin grime’u na początku lat 2000 – brytyjskiej odpowiedzi na amerykański hip-hop. Z kolei Copeland miała dorastać w Tallinie po upadku Związku Radzieckiego, gdzie nałogowo oglądała popularne w latach 90. rapowe teledyski na MTV. Łączy się to w jakąkolwiek całość? Jeśli nie, to dobrze. Hype Williams od samego początku wodzili za nos słuchacza. Nie tylko dlatego, że tak niewiele faktów na temat życia prywatnego duetu można zweryfikować.     


Hype Williams działają od zawsze metodą „przechwytywania”. Sama nazwa zespołu pochodzi od imienia i nazwiska reżysera amerykańskich klipów hip-hopowych. Hype Williams to reżyser i twórca-ikona – jego pełen przepychu styl wyznaczył trendy w estetyce teledysków rapowych. To zresztą nie jedyny hołd dla tej kultury. Jednak Hype Williams to nie tylko nostalgiczny tribute-projekt dla historii rapu, inspiracje hiphopowe pojawiają się jedynie czasem w surowych podkładach duetu. Muzyka Hype Williams najczęściej jest zmieniającym się psychodelicznym kalejdoskopem. Nie ma wiele wspólnego ze skojarzeniami, jakie budzi pogodna i gorąca psychodelia lat 60. Wywołuje niejednoznaczne odczucia – przelewa się powoli jak syrop, raz promieniuje ciepłem albo wydaje się mizantropijna, budzi nostalgię, a czasem lęk. To muzyka tak eklektyczna, że rozmowy, jaki to właściwie gatunek, lepiej nie zaczynać. Nie są to po prostu piosenki, nie wiemy też, czy to jeszcze dub, czy psychodelia, nowa fala, industrial, ambient, zimna fala, czy dubstep (wyliczankę można by kontynuować).

Wszystkie te inspiracje zostały przez nich zmielone na gęstą melasę, a wrażenia psychodelii potęgowane są przez powtarzalność i zapętlenia dźwięków. Kompozycje Hype Williams, mimo że w większości są improwizowane, to podświadomie składają się w spójną narrację. Każdy kawałek jest poddawany solidnej postprodukcji za pomocą ogromnej ilości efektów. Nagrania pełne są brudu i niedoskonałości, które wynikają z korzystania ze starych taśm, natomiast sample są spowalniane na modłę DJ’a Screw, legendarnego teksańskiego producenta z przełomu lat 90. i 2000, którego metoda zwalniania popowych hitów dała początek nowej muzycznej estetyce na scenie niezależnej. Chociaż muzyka duetu przepełniona jest transową, duszną atmosferą i może wywoływać złowieszcze wizje, jest w niej miejsce na wesołość i nostalgię, a nawet pozytywne podejście do świata.


Dean Blunt i Inga Copeland stanowili trzon Hype Williams od początków działalności projektu na początku ubiegłej dekady do 2013 roku, gdy ogłosili, że nie są oficjalnie związani z projektem. Mimo to, w tym roku pod szyldem Hype Williams ukazało się kilka EP-ek i album „Rainbow Edition”, a w zeszłym roku na rynku pojawiła się płyta „10/10”. Obecnie za projekt mają odpowiadać artyści ukrywający się pod pseudonimami Silvername i Slaughter. Pomimo zapewnień, że Dean Blunt i Inga Copeland nie są już związani z projektem, trzeba do nich podchodzić z dużą dozą rezerwy. Hype Williams powstał pod koniec ubiegłej dekady w Londynie. Dean Blunt utrzymuje, że pomysłodawczynią zespołu jest Denna Frances Glass (późniejsza kuratorka i menadżerka duetu). Miała ona na okres czterech lat „przekazać” w ręce Blunta i Copeland projekt artystyczny o nazwie Hype Williams. Czy tak rzeczywiście było? To pytanie można zadawać właściwie przy każdym punkcie ich biografii.

Dean Blunt i Inga Copeland do perfekcji opanowali strategię kreowania swojego wizerunku w sieci (wzorując się m.in. na kolegach z wytwórni Hyperdub, jak Burial i Zomby, czy na Banksym). Unikanie kontaktów z mediami, wypuszczanie nieprawdziwych informacji na swój temat – w ten sposób stworzyli atmosferę tajemnicy, która tylko podsycała zainteresowanie projektem. Artyści przez długi czas ściśle strzegli swojej prywatności. Nie ma żadnych potwierdzonych informacji na temat łączącej ich relacji pozaartystycznej.


Trzeba też oddzielić wieloznaczną twórczość Hype Williams od solowej Deana Blunta i Ingi Copeland. Wraz z zawieszeniem projektu po 2013 roku oboje poszli swoimi drogami. Dean nagrał kilka płyt, które zdobyły uznanie wśród krytyków. Szerszą sławę przyniosły mu albumy „The Redeemer” i „Black Metal” z lat 2013–2014. W porównaniu z muzyką Hype Williams są bardziej wygładzone, a albumy wypełnione są piosenkami, w których Dean śpiewa o swoim złamanym sercu. Z kolei na projekcie Babyfather Blunt powrócił do swoich hiphopowych korzeni. Natomiast Inga Copeland kontynuuje eksperymentalną ścieżkę Hype Williams – jej nagrania są mniej przebojowe niż piosenkowe płyty Blunta, choć „Because I’m Worth It” z 2014 roku czy wydane w zeszłym roku pod pseudonimem Lolina „Live in Paris” stały się wydarzeniami na scenie poszukującej muzyki elektronicznej.

Dean Blunt i Inga Copeland w Hype Williams w równej mierze co z internetu czerpali ze współczesnej sztuki galeryjnej – sztuk performatywnych oraz konceptualnych. Grupa wydała jedno ze swoich nagrań na pendrivie, wetkniętym w jabłko. Dean Blunt kontynuował flirt ze sztuką współczesną na własną rękę – zorganizował np. wernisaż, na którym zaprezentował tylko jedno stockowe zdjęcie jako ekspozycję, sprzedawał zabawkowy model Mini Coopera z marihuaną w bagażniku na eBayu. Wydał też książkę pt. „Ciroc Boyz” z rachunkami na szampany za kilkadziesiąt tysięcy euro oraz wysłał osobistego ochroniarza po odbiór nagrody od NME. Również koncerty Blunta bliskie są działaniom performatywnym, a przy tym stanowią one przeżycia na długo zapadające w pamięć. Dean potrafił np. zapętlić jedną kwestię, która była powtarzana przez kilkanaście minut, czy atakował odbiorców światłem stroboskopów oraz sztucznym dymem.

Hype Williams jako projekt muzyczny istniał równolegle do rozkwitu sztuki postinternetowej. W świecie muzycznym rewolucja sieciowa znalazła wiele odbić – od nostalgii za czasami przedinternetowymi, przez prześmiewcze wobec późnego kapitalizmu estetyki (jak np. vaporwave), po krytyczne podejście do wszechobecności internetu jako zagrożenia dla jednostek i społeczeństwa. Przypisanie projektowi Hype Williams konkretnej intencji byłoby jednak spłyceniem ich twórczości. Tworzenie zaskakujących zestawień i szerokie inspiracje duetu, który czerpie jednocześnie z hip-hopu, dubu, popu lat 80., surrealizmu i sztuki współczesnej w obiegu galeryjnym, mogą być wypadkową obycia w internecie – tak szerokie horyzonty muzyczne mogłyby wskazywać, że Dean i Inga mogliby być nałogowymi użytkownikami portali Last.fm czy Rate Your Music. Z drugiej strony sztuka Hype Williams może być odczytywana jako ucieczka od natłoku informacji, który nas zalewa za każdym razem, gdy wchodzimy do internetu. 

Hype Williams unikali jak ognia objaśniania swojej twórczości w mediach, a ich chęć pozostania anonimowymi przypominała działania The Residents. Muzyka duetu wymaga chwili skupienia i otwartego umysłu, powierzchowna interpretacja zaprowadzi odbiorcę na manowce. Do zanurzenia się w świat Hype Williams potrzebne jest porzucenie chęci klasyfikacji i przyjęcie postawy bliskiej dziecku lub buddyście zen – odbierania twórczości taką, jaka jest, odkładając własne uprzedzenia na bok, niczym w medytacji. Artyści zdają się przestrzegać, że za oceną powinna iść odpowiedzialność. Na przykład, jeśli na siłę będziemy się doszukiwać w nagraniach Hype Williams ironii i cynizmu, to go znajdziemy (np. wymienianie pokemonów w utworze „Rescue Dawn” czy sample z Drake’a na „Do Roids And Kill E’rything”). Z drugiej strony, jest to jedna z pułapek zastawionych przez duet – przez pozostawienie odbioru w gestii słuchacza podsuwają mu pod nos lusterko, w którym odbiorca może zobaczyć, jak mierzy innych swoją miarą.


Nieuchwytność jest jednym z kluczy do zrozumienia twórczości Blunta i Copeland – im bardziej staramy się dotrzeć do sensu, tym bardziej on się od nas oddala. To jednak nie znaczy, że nie da się wyznaczyć żadnych tropów interpretacyjnych. Jednym z nich jest pochodzenie muzyków – imigrantka ze wschodniej Europy oraz członek czarnej diaspory w Londynie, o nigeryjskich korzeniach. To twórczość nomadów, którym trudno jest odnaleźć własną tożsamość, czyli mamy do czynienia z tematem, który nie schodzi z pierwszych stron gazet. Nagrania duetu oraz twórczość solowa Ingi i Deana tylko na pozór jest eskapistyczna. Tak naprawdę to twórczość przesiąknięta polityką. Wiele z ich tytułów zostało przejętych z przekazów reklamowych lub sloganów politycznych – „Find Out What Happens When People Stop Being Polite, and Start Gettin' Reel” to hasło reklamujące reality show „Real World”, a tytuł „One Nation” może się odnosić do jednego ze skrzydeł brytyjskiej Partii Konserwatywnej. Natomiast solowo Copeland krytykowała korporacyjne podejście do kwestii feministycznych na albumie „Because I’m Worth It”, a Blunt atakował falę nacjonalistycznego resentymentu i rasizmu, który wzrasta obecnie w pobrexitowej Wielkiej Brytanii, na płycie „BBF Hosted by DJ Escrow” projektu Babyfather. Dean Blunt zresztą – w duchu cyberanarchistycznego działania – wydał płytę „Stone Island” tylko za pośrednictwem rosyjskiej strony z torrentami (!!!), a o nowych wydawnictwach informuje na portalu VKontakte.

Hype Williams, „Rainbow Edition&rdquo”;, Big Dada 2017Hype Williams, Rainbow Edition, Big Dada 2017Hype Williams byli niedoceniani w przeszłości, ale dziennikarze prześcigali się w dopasowywaniu nagrań duetu do obecnych nurtów internetowych mikrogatunków – była im przypisywana łatka hypnagogic popu czy też vaporwave’u. Na siłę można się doszukać wspólnych cech Hype Williams z kolegami z wytwórni Hippos in Tanks, takimi jak James Ferraro czy Oneohtrix Point Never, jak np. miejscami posępna atmosfera ich nagrań czy skłonności do żartów. To jednak wciąż dość odległe porównania. Duet nie zapoczątkował nowej muzycznej rewolucji, ale inspiracje strategią i atmosferą nagrań Hype Williams pojawiają się na współczesnej scenie elektronicznej – w twórczości takich artystów jak Arca, Yves Tumor, Elysia Crampton, kolektywu NON czy wytwórni Orange Milk. Warto też zwrócić uwagę, że wiele środków używanych przez duet było także wykorzystywanych przez polskich artystów – plądrofonia Lutto Lento i jego labelu Sangoplasmo, duszne bity i niecodzienna nawijka duetu Syny oraz solowych dokonań Etamskiego (w projekcie 1988) i Piernikowskiego, a także cała kreacja artystyczna Wojciecha Bąkowskiego. Trudno powiedzieć, czy to świadoma inspiracja, ale pokazuje ona jedno – Hype Williams uchwycili ducha czasów. A może wirusa czasów?