Nugat dla potwora

11 minut czytania

/ Film

Nugat dla potwora

Jakub Socha

Netflix wypuścił drugi sezon „Stranger Things” i pierwszy „Mindhuntera”. Bohaterowie obu seriali zmagają się z potworami – jedne z nich są nie z tego świata, żywią się nostalgią, drugie mieszkają w ludziach. Te drugie są dużo groźniejsze

Jeszcze 3 minuty czytania

Jest listopad 1984 roku, minął rok, odkąd Will Buyers zniknął za drugą stroną lustra, a potem stamtąd wrócił. W Ameryce czas zmian, symbolizują je powbijane na podjazdach drewniane tabliczki w dwóch różnych kolorach. Na niebiesko namalowano nazwiska dwójki polityków demokratów: Mondale, Ferrero. Dziś już nikt ich nie pamięta, a już na pewno nie tak dobrze, jak te, które znalazły się na tych czerwonych, wyrażających poparcie dla republikańskich kandydatów: Reagana i Busha. Zwycięskiego duetu w prezydenckich wyborach. W Hawkins w stanie Indiana nikt się wyborami jednak nie ekscytuje. Nie ekscytują się nimi też bracia Dufferowie, cudowne dzieci amerykańskiej telewizji, pomysłodawcy serialu „Stranger Things”. Ktoś na marginesie wspomina o radzieckich szpiegach, ale pewnie tylko dlatego, że widział ich w kinie. Dużo więcej miejsca w świadomości bohaterów zajmują „Pogromcy duchów” – premiera filmu Reitmana odbyła się w czerwcu tego samego roku – salony gier, komputery Atari, „Terminator” i „Star Trek”. Bardziej interesująca od polityki jest też tak zwana kultura dla snobów, którą utożsamia się z Talking Heads i Kurtem Vonnegutem. Żeby nie rozmawiać o politykach, ludzie gotowi są nawet rozmawiać o Kennym Rogersie.

Dufferowie przygotowali w pierwszym sezonie nostalgiczną pastylkę z popkulturowych artefaktów lat 80., w Polsce przerabianych w latach 90. Początkowo była smaczna, ale po pewnym czasie stawała się trochę zbyt słodka i trochę za urocza, co więcej, trzeba ją było popijać koktajlem z hitów z epoki, ułożonych tak, żeby każdemu się podlizać, wyśpiewywanych przez Foreigner i Joy Division. W drugim sezonie całe szczęście jest więcej smaków i mniej piosenek. Rozpoczęło się dorastanie, które uruchamia nowa w miasteczku rudowłosa Maxine, posługująca się ksywą „Mad Max”. Koledzy Willa, którzy w pierwszym sezonie, w imię przyjaźni, próbowali ze wszystkich sił wyciągnąć go z tarapatów, teraz poświęcają swoją energię na spełnienie innej misji, której ukoronowaniem może być tylko przytulaniec na szkolnej dyskotece do szlagieru Cyndii Lauper, wypromowanego przez klip, w którym piosenkarka leży w łóżku z gipsowym pieskiem. Willowi niestety nie tak łatwo ruszyć do przodu – co chwilę zagarnia go przeszłość i całkowicie paraliżuje. Lekarze badają go i mówią, że to syndrom stresu pourazowego, on wie, że to rzeczywistość po drugiej stronie lustra. Jego przyjaciele też widzą znaki – jednym z nich jest potwór wielkości kijanki, który żywi się nugatem – on jednak, naznaczony przejściem, widzi więcej.

Mechanizm pierwszego sezonu polegał na przekonywaniu, że coś jest nie tak, że świat wywrócił się do góry nogami. W drugim ci, którzy mieli się o tym dowiedzieć, już to wiedzą, reszta niespecjalnie się liczy. Ci, którzy wiedzą, stają się więźniami przeszłości. Pojawia się kilka nowych postaci: wspomniana Maxine, jej wyglądający jak gitarzysta zespołu Scorpions starszy brat, nowy chłopak matki Willa, pocieszny jak Sam z „Władcy pierścieni”, najbliższy przyjaciel Frodo Bagginsa. Dufferowie uruchamiają też nowe wątki, ale tylko po to, żeby po chwili je porzucić – wrócą najpewniej do nich w nowych sezonach. W drugim koncentrują się na starych bohaterach – to oni walczą z widmem zagłady. W tej walce nie przeszkadza im nawet agenda rządowa, która jakby zaszyła się gdzieś w kącie. Walka rozgrywa się wielotorowo, na różnych frontach, przerywana co jakiś czas związanymi z dorastaniem uczuciowymi mękami.

„Stranger Things”


Wszystko wreszcie działa. Popkulturowe nawiązania i gadżety z epoki wreszcie są po coś, zgrabnie wpleciono je w akcję, zmienianie perspektyw, tasowanie emocji odbywa się tym razem więcej niż płynnie: Dufferowie potrafią nawet odświeżyć tak zgrane rytuały, jak te związane z Halloween. Znów nie zawiedli ich aktorzy – grupa fantastycznych dzieciaków wspomagana przez tym razem całe szczęście mniej szarżującą Winonę Ryder i bezbłędnego Davida Harboura. Dzielnie towarzyszy im nowy nabytek: Sean Astin, pojawiający się w serialu w roli Boba – pociesznego, podtatusiałego nerda. Kogoś, w kogo z powodzeniem mogłaby się przerodzić czwórka chłopców, dalekich kuzynów Holdena Caulfielda, obdarzonych wybujałą wyobraźnią i przyrodzoną dobrocią, zainteresowanych kulturą i dziewczynami, przebierających się za „Pogromców duchów” i paradujących w tych strojach po szkole, co spotyka się ze zmasowaną szyderą. „Stranger Things” jest rozpisaną na wiele godzin żarliwą obroną nerdowskiej postawy, przeprowadzoną z perspektywy nerda. W tej wizji świata liczą się szczere uczucia, przyjaźń i znajomość języka programowania; ludzie w gruncie rzeczy są dobrzy, miłość jest czymś prawdziwym, podobnie jak popkultura – jedyny drogowskaz na drodze. Dufferowie chcą nam powiedzieć, że nie warto wstydzić się tego, że jest się dziwakiem – z serialu wynika, że dziwak to ktoś, kto zamiast grać w futbol amerykański woli gry komputerowe, ewentualnie Vonneguta. Cóż, to trochę mało. Nie zmienia to jednak prostego faktu – wchodzi się w „Stranger Things” łatwo i przyjemnie, bez żadnych wyrzutów sumienia związanych z tym, że znowu chce się być dzieckiem. Premierze nowego sezonu nad Wisłą towarzyszył filmik, na którym grupka przystojnej i dobrze ubranej młodzieży spotyka się pod lokalem Warszawa Śródmieście, siada na bmx-y i rusza w miasto. Reklamówka jest tak wypicowana, że aż śmieszna, ale trafia w sedno – po obejrzeniu „Stranger Things” zawsze mam ochotę wsiąść na bmx-a.

Jeśli chodzi o dziwaków, w tej kategorii dużo lepiej od dzieciaków ze „Stranger Things” sprawdza się Holden Ford, główny bohater serialu „Mindhunter”, zrealizowanego dla Netflixa i wyprodukowanego przez samego Davida Finchera. Ci, którzy spotykają go po raz pierwszy, sądzą, że pochodzi gdzieś ze środkowo-zachodniej części USA, najpewniej z Utah. Dlaczego? Bo wygląda i zachowuje się, jakby urodził się w rodzinie mormonów, choć tak naprawdę dorastał w Nowym Jorku. Chodzi zawsze w garniturze, pod białą koszulą nosi biały podkoszulek, na głowie ma równo ułożony przedziałek, krótko przystrzyżone włosy grzecznie zaczesane na bok. Jest uprzejmy, pełen zapału, zawsze gotowy, żeby się czegoś nowego nauczyć. Lubi się też uśmiechać. Mógłby być doskonałym handlowcem. Holden jednak wybrał inaczej, pracuje w FBI, w jednostce behawioralnej, która studiuje zachowania seryjnych morderców. Tej nazwy jednak nikt nie używa – zwyczajnie jeszcze nikt jej nie wymyślił.

Akcja serialu rozgrywa się kilka lat wcześniej niż „Stranger Things”, a wygląda jakby rozgrywała się w naprawdę odległej przeszłości, która dopiero czeka na swoją rewolucję seksualną, kontrkulturę, a nawet na Freuda. Z gadżetów istnieją w zasadzie tylko papierosy – przypominający emerytowanego boksera partner Holdena, Bill Tench pali je równie nałogowo i z równym luzem, co bohaterowie serialu „Mad Men”. Magnetofon na kasety jest cudem techniki, po ulicach jeżdżą w sumie tylko dostojne krążowniki szos. Nikt nie słyszał o Kinie Nowej Przygody, nawet w Quantico w Wirginii, gdzie mieści się Akademia FBI, już nie mówiąc o małych, urokliwych, ale zacofanych mieścinach, które Holden z Tenchem odwiedzają w ramach swoich podstawowych zajęć, polegających na szkoleniu lokalnych policjantów. Przy okazji tych wyjazdów agenci zaczynają przepytywać rozsianych po kraju najbardziej zwyrodniałych przestępców – próbują z nimi rozmawiać o ich zbrodniach, chcą zrozumieć ich psychikę i schemat działania. Z czasem w ich prace włącza się uniwersytecka badaczka, Wendy Carr.

Samolot, samochód, lunch, szkolenie, kawa, wizyta w więzieniu, kolacja – Tench cały czas z papierosem, Holden cały czas chce się go o coś zapytać – w międzyczasie tankowanie, drinkowanie, układanie się do snu we wspólnym pokoju hotelowym, wreszcie samolot, samochód i powrót do domu. Dwaj agenci sami wybrali sobie ten kołowrotek, ruszają się w nim, bo boją się przewrócić – Tench ucieka przed problemami w domu, a gdzie biegnie Holden, to jest prawdziwa zagadka. „Minhunter” wpasowuje się w ich rytm: to serial powracających gestów i przede wszystkim słów. Holden włącza nagrywanie, Tench zakłada ręce za głowę. Zaczyna się rozmowa – każda inna, każda rewelacyjnie napisana. Holden angażuje się w nią całkowicie, rzuca się na głęboką wodę, zafascynowany zarówno sobą, jak i rozmówcą; Tench też się angażuje, ale z bardziej prozaicznych powodów – czuje, że może przydać mu się to w przyszłości w ściganiu zabójców, a tak w ogóle, to uważa, że ma do czynienia ze zwyczajnymi psycholami.

„Mindhunter”

Tench jest pragmatystą z otwartą głową, ale otwartą w granicach rozsądku, potrafi gadać zarówno z mordercami, Holdenem, jak i naukowcami; Carr reprezentuje porządek nauki, żyje w świecie abstrakcji, siedzi u siebie w gabinecie, czyta tylko stenogramy i na ich podstawie buduje piętrowe konstrukcje. Holden jest przy nich kosmitą. Chciałby być każdym, jest trochę jak Zelig. Chce wszystko wiedzieć o badaniach, które prowadzi Carr, chce znać wszystkie książki, które czyta jego dziewczyna, chce zaprzyjaźnić się z dzieckiem Holdena, być najlepszym detektywem i chce, żeby wszyscy go lubili.

Świetnie poprowadzono w „Mindhunterze” opis FBI jako stowarzyszenia zamkniętych na świat ignorantów, którzy nie potrafią nawet zapamiętać tak prostego nazwiska jak Hegel, bo przecież nikt nie mówi, żeby mieli od razu go czytać. Równie dobrze wypada wątek kształtującej się metodologii i metody, okazuje się, że równie kontrowersyjnej jak badania doktora Kinseya – poszerza on schemat filmowych opowieści o seryjnych mordercach, w których to mordercy zazwyczaj słuchają Bacha i czytają wyłącznie Jana od Krzyża oraz Nietzschego, a uganiający się za nimi śledczy zawsze nocami śnią jakiś klasyczny freudowski sen. Mordercy i policjanci w „Minduhnterze” są tacy i siacy: grubi i chudzi, żylaści i spuchnięci, mają przetłuszczone włosy, problemy z koncentracją, łatwość w snuci fantazji; są spokojni i nerwowi, błyskotliwi i wulgarni, niebezpieczni i pokrzywdzeni. I na pewno nie zawsze dlatego, że mieli problemy w relacji z matką. Najciekawiej wypada jednak sama przemiana Holdena. O ile Tench czuje, że zło, z którym się styka i dla którego czasami nie ma słów, zachodzi mu za skórę, miesza w głowie i męczy, o tyle Holden sam wchodzi w skórę zła – ten harcerzyk wydaje się zrobiony z plasteliny: z łatwością znajduje wspólny język z seryjnymi mordercami. Czy gromadzenie o nich wiedzy jest dla niego pogłębianiem goryczy? Bynajmniej, Holdenowi świecą się oczy, nigdy nie czuł się większy. Równocześnie powoli przestaje w cokolwiek wierzyć – cokolwiek oprócz w siebie.