Tabletka K.
fot. Magda Hueckel

6 minut czytania

/ Teatr

Tabletka K.

Paweł Soszyński

W pierwszym odruchu pomyślałem sobie, że „K.” Strzępki i Demirskiego ani nie jest śmieszne, ani tak porywające teatralnie, jak ich poprzednie przedstawienia. Teraz czuję, że stawka tego spektaklu jest większa, niż się wydaje

Jeszcze 2 minuty czytania

To nie musiało się wcale stać, ale dobrze, że się wydarzyło – polski teatr połknął gorzką pigułkę K. Pytanie, czy powstało w ten sposób udane przedstawienie, na chwilę zostawię na boku. I wcale nie z tej przyczyny, że treściom politycznym jest obojętna forma. „Klątwa” Frljicia zadziałała, bo był to teatr świetnie wyreżyserowany i zagrany, wyraziście skomponowany. Dlatego gorzej wypadł „Mefisto” Agnieszki Błońskiej – spektakl, który chciał być szczery, a mówiąc wprost o sytuacji poklątwowej, odsunął na dalszy plan sprawność posługiwania się medium teatralnym. Zresztą sukces Strzępki i Demirskiego wziął się właśnie ze stosowania oryginalnych środków wyrazu i zrewolucjonizowania także teatralnego języka, nie tylko nastrojów publiczności. To zawsze idzie w parze.

„K”, najnowszy spektakl duetu, wystawiony został w szczytowym, póki co, momencie kryzysu, w którym znalazła się polska demokracja i społeczeństwo. Będzie on, i bardzo dobrze, żył głównie jako plotka, jako to, co Małgorzata Dziewulska nazwała swego czasu na łamach „Dwutygodnika” „zbiorowym odjazdem”. Abstrahując od samego przedstawienia, „K.” jest medialną opowieścią o tym, że polski teatr zajął się wreszcie wprost, bez aluzji, postacią Jarosława Kaczyńskiego. A tego nie można przecenić. Sam ten fakt świadczy o tym, że jeszcze nie wtrąciliśmy się sami do podziemia, jeszcze nie musimy posługiwać się mową ezopową, wciąż decydujemy, o czym i jak chcemy w teatrze mówić. Mnie to dodaje otuchy.

Paweł Demirski, K., reż. Monika Strzępka. Teatr Polski w Poznaniu, premiera 4 listopada 2017Paweł Demirski, „K.”, reż. Monika Strzępka. Teatr Polski w Poznaniu, premiera 4 listopada 2017„K.” nie ma mocy oczyszczającego wyśmiania oponenta, jak to miało miejsce w „Myślach nowoczesnego Polaka. Romanie Dmowskim” Grzegorza Laszuka, również z Teatru Polskiego w Poznaniu. Tam śmiech ścierał się z historycznym ugruntowaniem swojego obiektu, stematyzowaną posągowością naczelnego endeka II RP. Śmiech można przeciwstawić spiżowym monumentom, bo dopiero wtedy ma on moc niszczycielską i oczyszczającą. Tymczasem Kaczyński nie jest w spektaklu Strzępki figurą komiczną – i dobrze, bo nie ma się jeszcze z czego śmiać. Śmiech oswaja, odbiera wizerunkowi moc. W zderzeniu z aktualnym tu i teraz zamienia się zbyt łatwo w nerwowy śmieszek. O tym mówi slapstickowy prolog spektaklu, durny stand up pełen sucharów w wykonaniu szefa Partii Klaunów. To bardzo celny, przenikliwy zabieg Strzępki i Demirskiego.

W gruncie rzeczy w „K.” znacznie dotkliwiej dostaje się Unii Wolności. To nie pierwszy raz, kiedy Demirski pokazuje czerwona kartkę intelektualistom zamkniętym w nieprzemakalnych dyskursach i wielkoświatowych, wyższościowych pozach. Tak samo dostało się holokaustowym doktorantom w „Nie-Boskiej” z Krakowa. I jeśli wcześniej czułem sprzeciw wobec tak radykalnego potępienia akademii, to dzięki „K.” zaczynam rozumieć tamte intencje realizatorów. I zgadzać się z ich gorzkim rozpoznaniem.

Rzeczywiście, zawiedliśmy – zawiódł subtelny język krytyków, ostrożność w ferowaniu wyroków, zatonęliśmy obciążeni przypisami, odnośnikami, dumni z okazałej bibliografii naszych osądów. Zderzyliśmy się z językiem kategorycznym, barwnym, trafiającym do słuchu, hasłowym. Tak, copywriterzy zawsze wygrają z eseistami, a mocny lead jest więcej wart niż najmądrzejsze akapity. Amerykańscy intelektualiści nauczyli się tego dawno temu – dlatego są mile widziani w telewizyjnych debatach, tylko podnosząc ich temperaturę. Bo co to za pociecha, co to za osiągnięcie, że wylądujemy na Powązkach? Znacznie ważniejszy jest dobry czas antenowy. Piszę to bez cienia ironii. Bo realna debata dzieje się tam, a nie w opasłych miesięcznikach.

fot. Magda Hueckel

Śmiejemy się z pasków w „Wiadomościach” TVP, oburzamy się. Niepotrzebnie. Powinniśmy stworzyć własne – równie proste i obrazowe. To nie są czasy na subtelności i renesansowe tytuły. Może dlatego po premierze „K.” Strzępka i Demirski zaprezentowali swój nowy projekt muzyczny, zespół rockowy Czerwone Świnie. Skoro udało się Kukizowi i Liroyowi, to powinniśmy brać z nich przykład. Zmienić strategię i nie obnosić się z dumą. Jeśli mam do wyboru pop, to wybieram ten lewicowy.

Co do przedstawienia – to tak, nie jest to dzieło teatralnie istotne. Raczej zestaw starych, sprawdzonych chwytów. Ani Strzępka, ani Demirski nie zrobili tu kroku do przodu. Ale może właśnie trzeba zrobić krok w tył i spróbować inaczej. „K.” nie jest w pierwszym rzędzie realizacją teatralną, ale raczej testowaniem nowych/zgapionych strategii, które okazały się w wykonaniu prawicy skuteczne. To bardzo ważny gest „wściekłego duetu”: mniej rewolucyjnej wściekłości, więcej szeroko zakrojonej strategii, która teatr traktuje jak narzędzie, więcej chwytliwych haseł, komunikatywnych leadów, poetyki tabloidu.

W pierwszym odruchu pomyślałem sobie, że ani to nie jest śmieszne, ani tak porywające teatralnie, jak ich poprzednie przedstawienia. Teraz czuję, że stawka tego przedstawienia jest większa niż się wydaje. Zrezygnować z ciekawych rozponań, z intrygujących puent, z teatralnych przewrotek i porażającego finału, który da nam (komu?) do myślenia. Tu kurtyna opada nagle, a rozponania wcale nie są oryginalne. I nikt nie sili się na to, by zadziwić widzów. Dość już się nadziwiliśmy. Czas na chamskie, mocne brzmienie elektrycznej gitary. Moherowe berety kontra czerwone świnie. Jak w dobrej sensacji, którą podchwycą kanały informacyjne. To jest epoka Netflixu, grubych efektów i wyraźnych bohaterów, którzy nie mają wątpliwości. Reszta jest bez znaczenia.