Skromny człowiek renesansu
CREST Research CC BY-NC-SA 2.0

33 minuty czytania

/ Literatura

Skromny człowiek renesansu

Rozmowa z Ryszardem Turczynem

„Budowniczy ruin” Herberta Rosendorfera okazał się pionowym startem w niemieckiej literaturze końca lat 60. – oto nieznany nikomu trzydziestopięciolatek zaszokował wszystkich rozbudowaną szkatułkową powieścią, w której roi się od przezabawnych erudycyjnych ekskursów

Jeszcze 8 minut czytania

ADAM PLUSZKA: Herbert Rosendorfer zatoczył w twoim życiu koło. W 1980 roku debiutowałeś przekładem „Stefanii i tamtego życia”, a całkiem niedawno pracowałeś przy nowym wydaniu „Budowniczego ruin”.
RYSZARD TURCZYN: Mogę śmiało powiedzieć, że to „mój” autor, zarówno przez to, że właśnie debiut, a po drugie, że tak idealnie trafił w moje upodobania, czyli najogólniej rzecz ujmując: lekka groteska plus realizm magiczny w najróżniejszych natężeniach i odmianach. Potem, gdy tylko była taka możliwość, próbowałem zachęcić polskich wydawców do zainwestowania w Rosendorfera, ale bez szczególnego powodzenia, jak widać po liczbie tytułów, które ukazały się po polsku w porównaniu z tym, co Rosendorfer opublikował. Jest jeszcze z dziesięć superfajnych jego powieści, które dzisiaj pewnie mają jeszcze mniejszą szansę na wydanie niż kiedyś.

Jak trafiła do ciebie „Stefania”?
Na tym etapie mojej pracy w zawodzie, czyli na starcie, i w tamtych czasach, czyli pod koniec lat siedemdziesiątych, mógł to być tylko przypadek. Po prostu znałem Marka Wydmucha (znawcę m.in. literatury fantastycznej i autora „Gry ze strachem”), który uczył mnie literatury w warszawskim Instytucie Lingwistyki Stosowanej (albo jeszcze na germanistyce, nie pamiętam dokładnie) i jednocześnie był redaktorem w Czytelniku. Wiedział, że palę się do zawodu tłumacza literatury, bo rozmawialiśmy o tym w czasie indywidualnych egzaminów semestralnych, i zaryzykował. W redakcji był też Sławomir Błaut i Emilia Bielicka, spodobało im się to, co zrobiłem, i przetłumaczyłem jeszcze parę książek dla Czytelnika, w tym „Wielkie solo Antona L.” Rosendorfera.

Paliłeś się do zawodu?
Wiesz, ja jestem Koziorożcem, więc rzeczywiście musi być coś z prawdy w tym wyznaczaniu sobie przez Koziorożce celów i uporczywym dążeniu do nich – jednak pod żadnym pozorem nie odbywa się to u mnie „po trupach”. Samego konkretnego źródła pomysłu, który miałem dokładnie na pół roku przed maturą, nie potrafię już odtworzyć ze stuprocentową pewnością, ale pamiętam dobrze swój ciąg rozumowania w drugiej maturalnej (bo ja bisowałem): że Boy-Żeleński zrobił już dla literatury francuskiej wszystko (pamiętam jego zdjęcie przy stosie przetłumaczonych przez niego książek), więc ponieważ w ogólniaku uczyłem się rosyjskiego, angielskiego i niemieckiego, padło na „niezajęty” jeszcze przez kogoś tak wielkiego niemiecki.

Grubo.
Że od razu takie myślenie? Cóż, zdarza się, chociaż nie ma we mnie śladu zapędów megalomańskich i nie uważam, że nazwisko tłumacza koniecznie musi być na okładce. Pamiętam bardzo dokładnie, że taki właśnie, pewnie w sumie bezrefleksyjny, odsiew języków przeprowadziłem. A wracając do tych inicjacji: czytałem przetłumaczone przez Boya pierwsze bodaj pięć tomów „W poszukiwaniu straconego czasu” i następne chyba dwa tłumaczone przez Rogozińskiego albo Żurowskiego, i było to niebo a ziemia, jeśli idzie o mięcho językowe. Chociaż wiem, że Boy tłumaczył bardziej to, co mu w duszy grało, i po prostu genialnie spolszczał, co wierności nie wychodziło specjalnie na zdrowie. Czytałem jego „Kubusia Fatalistę” i „Rozprawę o metodzie”, i oczywiście wymyślonego językowo od początku do końca „Gargantuę i Pantagruela”, która to książka powaliła mnie z tego właśnie powodu na kolana.

Był zatem niewątpliwie źródłem takiego a nie innego mojego podejścia do przekładu, jakkolwiek z potężnym hamulcem jeśli idzie o swobodę i dowolność. Od samego początku chciałem, żeby moje przekłady czytało się tak, jakby tekst był napisany pierwotnie po polsku, ale zdecydowanie bez Boyowskiej dezynwoltury.

I to wszystko w klasie maturalnej? Ludzie zazwyczaj dowiadują się, że istnieje ktoś taki jak tłumacz, na studiach, gdy muszą napisać pracę roczną i przygotować bibliografię.
Pewnie dlatego, że już trochę wcześniej – zupełnie z przypadku – zacząłem tłumaczyć sam dla siebie... komiksy. Mama koleżanki pracowała w firmie „Ars Polona”, która sprowadzała książki zagraniczne, a także pośredniczyła w drukowaniu w Polsce dla zachodnich firm między innymi właśnie komiksów. Pamiętam jak dziś, że dostałem kiedyś od niej serię komiksów zatytułowaną „Dr. Solar”, przeznaczoną na rynek niemiecki, i z ciekawości, żeby się dowiedzieć, o co chodzi, zacząłem sobie tłumaczyć dymki. Nawet chyba gdzieś mam w piwnicy parę zeszytów z powklejanymi przeze mnie dymkami po polsku. Przy tej okazji przeżyłem też pierwsze rozczarowanie, jeśli idzie o wiarę w dorosłe autorytety, bo okazało się, że moja nauczycielka od niemieckiego w ogólniaku nie umie mi pomóc w rozgryzieniu banalnych, jak się dziś domyślam, dialogów komiksowych bohaterów.

A kiedy w twoim życiu się pojawił niderlandzki?
To już na studiach. I po raz kolejny przypadek. Chciałem się zapisać na dodatkowy lektorat na drugim albo na trzecim roku. Nabór był co drugi rok zamiennie na szwedzki i na niderlandzki, i tego roku był akurat niderlandzki. Ale dzięki temu nauczyłem się języka, z którego literaturę przekładało w tamtym czasie w Polsce może z pięć osób, a w dodatku dzięki niemu podpisałem pierwszą umowę wydawniczą na przekład, tyle że... z niemieckiego.

Ryszard TurczynRyszard Turczyn
Ur. 1953, tłumacz literatury niemieckiej i niderlandzkiej. W latach 1974–1980 studiował filologię germańską na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie lingwistykę w Instytucie Lingwistyki Stosowanej. Translatorsko debiutował na łamach tygodnika „Kultura” w 1979 roku i od tego czasu utrzymuje się z przekładów. W dorobku przekładowym, obejmującym sto kilkadziesiąt tytułów, ma teksty takich autorów, jak Eduard Mörike, Hermann Broch, Gottfried Benn, Hermann Rauschning, Georgy Lukacs, Jean Amery, Elfriede Jelinek, Ilija Trojanow czy Harry Mulisch, ale też Christiane F., Erich von Däniken, Lothar-Guenther Buchheim, Herbert Rosendorfer, Ildiko von Kürthy czy Wladimir Kaminer. Należy do Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich, jest także członkiem honorowym Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Laureat kilku wyróżnień, w tym Nagrody „Literatury na Świecie” w kategorii leksykografia, nagrody ZAiKS-u za całokształt i prestiżowej Nagrody im. Karla Dedeciusa. Otrzymał brązowy medal Gloria Artis Zasłużony Kulturze.
Fot. © Barbara Tarnas 
Bardzo ciekawe.
To dlatego, że chociaż poszukiwano tłumacza z niderlandzkiego, nie miał kto sprawdzić umiejętności debiutanta i dano mi do przełożenia tekst z niemieckiego. Pamiętam jak dziś, że zostałem wezwany do gabinetu pani kierowniczki redakcji w PIW-ie, która na własne oczy chciała zobaczyć tego nowicjusza, który oddał próbkę napisaną... po polsku. Czytaj: bez przebijającego spod spodu języka wyjściowego, jak to bywa u nowicjuszy. W ten sposób dostałem do przetłumaczenia od razu teksty z obydwu języków, z których tłumaczę do dziś, i obydwa te opowiadania ukazały się wtedy w antologiach.

A kim był Rosendorfer? Na stronie przedtytułowej pierwszego wydania „Budowniczego” czytamy, że „młodym pisarzem austriackim [którego] utwór powstał pod urokiem «Rękopisu znalezionego w Saragossie»”.
To dość nietuzinkowa postać, jeśli idzie o zainteresowania, choć z zawodu był po prostu sędzią sądu w Monachium. Prywatnie był w zasadzie takim skromnym w obyciu człowiekiem renesansu: i czynnym muzykiem (wiolonczela), i muzykologiem, i kompozytorem, i historykiem, i grafikiem, i znawcą sztuki; autorem przewodników (Rzym, Wenecja, te kierunki), sztuk teatralnych i niezliczonej liczby opowiadań oraz powieściopisarzem. Rozpiętość tematyczna jego dokonań jest imponująca. Nawet materię, z którą stykał się na sali sądowej – czyli najbardziej absurdalne z możliwych tłumaczenia ludzi oskarżonych o różne przestępstwa i za wszelką cenę próbujących się wykpić od odpowiedzialności – potrafił twórczo przetransponować na teksty literackie.

Jego „Budowniczy ruin” okazał się pisarskim pionowym startem w niemieckiej literaturze końca lat 60. – oto nieznany nikomu trzydziestopięciolatek zaszokował wszystkich rozbudowaną szkatułkową powieścią, w której roi się od przezabawnych erudycyjnych ekskursów w świat historii, muzyki, literatury, malarstwa i czego tam jeszcze. Inspiracje „Rękopisem znalezionym w Saragossie” są oczywiste i autor bynajmniej się ich nie wypiera, tylko jak najbardziej twórczo wykorzystuje, tworząc dzieło na wskroś swoje, indywidualne i niepowtarzalne.

Na stronie redakcyjnej wznowienia znajduje się informacja, że przekład Edwina Herberta przejrzałeś i poprawiłeś. Pierwszemu wydaniu „Budowniczemu ruin” coś dolegało?
Oj tak, i to bardzo. Do tego stopnia, że marzyło mi się przełożyć tę książkę na nowo, ale się nie udało. I tak się cieszę, że przypadkiem dowiedziałem się o planach wznowienia tego tytułu przez PIW i zdołałem przekonać wydawcę, żeby pozwolił mi wprowadzić najpotrzebniejsze poprawki w konwencji właśnie „przekład przejrzał i poprawił”. Wysłałem do redakcji skromny wybór z listy potknięć, którą zgromadziłem wyrywkowo w czasie lektury. Czasu było koszmarnie mało, bo jakieś bodaj trzy tygodnie, a miałem przecież także inne książki na tapecie, jak to człowiek utrzymujący się wyłącznie z tłumaczeń literackich i okołoliterackich, więc w żaden sposób nie mogłem przeorać tekstu tak, jak by należało, ale przynajmniej poprawiłem fragmenty najhaniebniejsze, głównie te dotyczące sfery muzycznej, w której autor był przecież ekspertem, zarówno na płaszczyźnie teoretycznej, jak i praktycznej. Nie żebym sam był wielkim znawcą muzyki (o pomoc w wytropionych miejscach zwróciłem się do koleżanek tłumaczek, a zarazem muzyczek, które pouczyły mnie, jak wszystko odpowiednio wyprostować), ale tłumacz powinien być wyposażony w podstawowe narzędzie, czyli podejrzliwość wobec słowa. Bezbłędnie – jak się okazało – wytypowałem miejsca, gdzie nic a nic się po polsku nie zgadza. A mimo to książka była kultowa i miała wielką rzeszę fanów.

Często zdarza ci się robić listę potknięć?
Nie, skąd. Zrobiłem to może ze dwa, trzy razy z rozmysłem, kiedy coś mi bardzo „nie pasiło” w tekście, jak właśnie u Rosendorfera, gdzie przeczytałem: „Chociaż zmęczony jazdą konną, Feliks tej nocy rozpoczął pisanie utworu na chór pod tytułem «Modlitwa godzin» do wiersza R.B., który w krótkich strofach opisuje miejsca zatrzymania się lelka, od godziny dziewiątej aż do do dziewiątej”. Zaintrygował mnie ten lelek – chociaż w 1972 roku redakcji nie zaintrygował – sprawdziłem i okazało się, że tłumaczowi użyte w oryginale słowo Nachtwache (straż nocna) zwyczajnie potniutniało się wizualnie ze słowem Nachtschwalbe (lelek kozodój). Wtedy przyjrzałem się dokładniej całości i stąd pragnienie pośpieszenia na ratunek przy okazji wznowienia.

Z drugiej strony jednak zawsze robię takie listy przy okazji redagowania cudzych przekładów, bo tu jest łatwiej – i tak muszę sprawdzać zdanie po zdaniu z oryginałem – i szkoda mi przepuścić takie smakowitości, o których bym nawet nie przypuszczał, że są możliwe.

I wina zwykle leży po stronie tłumacza?
Oczywiście są to wspaniałe przykłady radosnej i beztroskiej twórczości tłumacza, ale śmieszne jest to, że przy okazji takiego dogłębnego redagowania coraz częściej zdarza mi się znajdować błędy u samego autora, co świadczy o tym, że instytucja redagowania książek upada nie tylko w naszym kraju, ale u Niemców i Holendrów takoż. Z początku wydawało mi się to nie do pomyślenia, ale od czasu, kiedy parę lat temu zwróciłem się do autora tłumaczonej przeze mnie książki o Hitlerze z prośbą o podanie konkretnych lokalizacji przytaczanych przez niego cytatów z „wodza”, żebym nie wyważał otwartych drzwi i nie tracił czasu na tłumaczenie rzeczy, które gdzieś już w polszczyźnie być może zaistniały (w książce niemieckiej były nazwiska aż sześciorga wspomagających go researcherów!), a w odpowiedzi dano mi po prostu do zrozumienia, że redakcja nie dysponuje takimi informacjami i żebym nie był bardziej papieski niż sam papież – uznałem, że świat nie jest już taki sam jak dawniej.

Nie dziwiło mnie już więc później, gdy w pierwszym tomie thrillera komisarz ma 193 cm wzrostu, a w drugim już tylko 178, ani że w powieści, gdzie część akcji dzieje się w Krakowie z czasów II wojny światowej, bohaterka znajduje się nagle w znanym krakowskim szpitalu... Na Bulovce. Albo w książce jest dokładny opis, że bohaterka thrillera ma w portfelu tylko 93,24 euro, a parę stron dalej z tego samego portfela wyciąga dwa banknoty po 50 euro, chociaż nie było żadnych wizyt w bankomacie, ani niczego w tym rodzaju. I gdzie się podział niemiecki Ordnung, ja się pytam?

Różnica na korzyść redakcji niemieckich i holenderskich jest przynajmniej taka, że kiedy im taką listę niedoróbek z dobroci serca wysyłam, to zawsze grzecznie podziękują i poprawiają je w kolejnych wydaniach. Bo u nich wydania co poczytniejszych książek potrafią iść w dziesiątki, więc w każdym można coś jeszcze poprawić.

Herbert Rosendorfet, „Budowniczy ruin”. Przeł. Edwin Herbert, przekład przejrzał i poprawił Ryszard Turczyn, PIW, 496 stron, w księgarniach od października 2017Herbert Rosendorfer, „Budowniczy ruin”. Przeł. Edwin Herbert, przekład przejrzał i poprawił Ryszard Turczyn, PIW, 496 stron, w księgarniach od października 2017Miałeś później nad tekstem jakąś kontrolę? Czy wysłałeś tylko listę poprawek?
Nie, nie sprawdzałem już tego, ale podziękowania nie były zdawkowe, więc nie wydaje mi się, żeby tego nie wykorzystali, skoro już ktoś odwalił za nich czarną robotę.

Porównałem oba wydania. Dwa przykłady z brzegu. U Herberta było tak: „Kiedy teraz uświadamiam sobie, jakie myśli przebiegły mi w owych ułamkach sekund przez głowę, to przypominam sobie, że w pierwszej chwili pomyślałem o wężu boa dusicielu”, a po poprawkach: „Kiedy teraz przywołuję sobie na pamięć, jakie myśli przebiegły mi wtedy przez głowę, to wydaje mi się, że w pierwszej chwili pomyślałem o gigantycznym wężu”. Albo: „Pomóż pan ściganemu” kontra: „Pan pomoże ściganemu”. Twoje poprawki czy korekty?
Moje, moje, ale to są przykłady kosmetyki z samego początku, kiedy rzuciłem się na tekst jak lew na skwarki i dopiero po chwili odpuściłem – dotarło do mnie, jak mało mam na to czasu – skupiając się na grubych błędach merytorycznych rozsianych po całym tekście. W przytoczonych przez ciebie miejscach w pierwszym zdaniu chodzi o niezbyt zręczną konstrukcję, w dodatku z dwoma czasownikami znaczącymi praktycznie to samo, czyli „uświadamiam sobie” i „przypominam sobie”, podczas kiedy w oryginale ciąg myślowy jest zgrabny i elegancki, no i nie ma tam żadnego dusiciela, tylko zwykły ordynarny wąż. A drugi przykład: forma „pomóż pan” w sposób nieuprawniony, moim zdaniem, budzi skojarzenia z „kup pan cegłę”, a przecież osobnik nękający narratora w przedziale nie jest warszawskim cwaniakiem. To zresztą jest znakomity przykład ilustrujący odwieczny problem tłumacza, jak nie przekroczyć zdradliwie cienkiej granicy „lokalizacji”.

A dalej?
Potem już zajmowałem się tylko takimi rzeczami jak: „Aria ta nawet obowiązkowe klarnety eksponuje przed wszystkimi innymi”, a miało być „Już sam klarnet obbligato wyróżnia tę arię spośród innych”. „Na równej posadzce” zamiast „na parterze”; „po krwawej kąpieli rodzinnej” zamiast „po krwawej rodzinnej rzezi”; „ręka odrąbana w geście przysięgi” zamiast „odrąbana ręka, uniesiona w geście przysięgi”; „córka Pansa i nimfy Echo” zamiast „córka bożka Pana i nimfy Echo”; „coś w rodzaju zaczarowanego wyciągu z chóru mszy Palestrina” zamiast „coś w rodzaju czarownego wyciągu z chóru mszy Palestriny”; „wpisał dwie przednutki i jedno objaśnienie wykonania”, choć powinno być „wpisał dwie przednutki i jedną wskazówkę wykonawczą”; „Doña Anna siedziała na skraju małej studzienki” zamiast „Doña Anna siedziała na skraju niewielkiej fontanny” czy „uderzył w widełki stroikowe przy pulpicie nutowym” zamiast „uderzył kamertonem o pulpit”. I tak dalej przez 486 stron.

Czy to, że jesteś i tłumaczem, i redaktorem sprawia, że czujesz się rozdarty? Pamiętam, że jakiś czas temu powstała na Facebooku grupa „Nienawidzę, kiedy redaktor…”, która później jakoś modyfikowała swoją nazwę, ale zasadniczo każdy tłumacz mógł tam napisać, co go irytuje w pracy z redaktorem.
E, nie. Ja nie traktuję autora tłumaczenia jak wroga, tylko użyczam mu swojego doświadczenia, a w dodatku jako partner do dyskusji jestem o niebo lepszy od redaktora, bo znam język wyjściowy co najmniej tak dobrze, jak dany tłumacz, i poza tym wiem, jak powstaje tłumaczenie, więc mogę wyjaśnić, jak dany błąd został wygenerowany. Na pewno krzywdy jeszcze nikomu nie zrobiłem, a nawet największy zatwardzialec kładł uszy po sobie, kiedy dostał ode mnie kilka przykładów przekłamań i propozycji, jak dany fragment powinien wyglądać. Wtedy dyskusja stawała się wyłącznie merytoryczna i wszystko kończyło się dobrze.

Oczywiście rozumiem problemy, jakie można mieć z redaktorami, bo miałem różne przypadki, poczynając od osób, które wymądrzały się piętrowo na marginesach maszynopisu, zamiast zaproponować konkretne rozwiązanie, poprzez takie, które kompletnie nie miały wyczucia charakteru tekstu i proponowały zamienniki kompletnie od czapy, aż po takie, a właściwie taką, która będąc redaktorką od tekstów z rosyjskiego, uznała mój przekład za... nienadający się w ogóle do redakcji. Dla porządku dodam, że po zmianie redaktorki przekład ukazał się w niezmienionej prawie w stosunku do pierwotnej wersji formie i jakoś nie podniosła się wrzawa, że hańba i powiesić tłumacza.

Ta sama zasada przyświecała mi przy uzdatnianiu „Budowniczego ruin”. Nie chodzi mi wcale o to, żeby kopać leżącego – autor przekładu w końcu nie żyje i nie może powiedzieć nic na swoją obronę, a poza tym mnóstwo rzeczy w tej książce, zwłaszcza tych stylizowanych na staroświeckie, przełożył znakomicie – ale naprawdę to pierwsze wydanie z 1972 roku dramatycznie podważa mit przywoływanej dzisiaj wielokrotnie jako niedościgniony wzorzec rzetelności prac redakcyjnych w dawnych socjalistycznych wydawnictwach, pośród których PIW to była przecież „ta” firma.

Zaczekaj. Z twojej opowieści wynika, że jest dobry redaktor (ty) i jakieś niekompetentne osoby (cała reszta).
Nic z tych rzeczy, jeśli tak to można odczytać, to ja się od tej mojej wypowiedzi z najwyższym obrzydzeniem odcinam. Miałem wrażenie, że odpowiadam na pytanie o rozdarcie wewnętrzne tłumaczo-redaktora i moim zamiarem było pokazanie, że przez to, że sam jestem tłumaczem, mogę w sposób kompetentny proponować poprawki, które nie będą u tłumacza budziły nienawiści, abominacji ani podejrzeń, że nie wiem, o czym mówię. Koniec, kropka.

Przygody z redaktorami to żywa prawda i nie moja wina, że nie różnią się pewnie wiele od przygód, o jakich moje koleżanki i koledzy dyskutowali na wspomnianej przez ciebie fejsowej grupie. Co nie oznacza wcale, że nie miałem redaktorek znakomitych, które wypunktowały moje niedoróbki i dzięki temu tekst był ostatecznie lepszy. Bo miałem. I była ich większość.

Pracowałeś w tych dawnych czasach. Czy z dzisiejszej perspektywy – mimo niedociągnięć „Budowniczego” – było wtedy lepiej?
Absolutnie nie mam tendencji do idealizowania tamtych czasów ani na płaszczyźnie prywatnej, ani zawodowej, chociaż przeżyłem w nich prawie pół życia, więc pewnie powinna mnie dopadać nostalgia. A tu nic! Najprościej chyba byłoby powiedzieć, że było po prostu inaczej – skupiam się tu na stronie zawodowej. Pewne rzeczy były lepsze, pewne gorsze.

Podaj kilka przykładów.
Tłumacze dostawali dodatkowe wynagrodzenie od każdych kolejnych 10 tysięcy egzemplarzy nakładu – a stutysięczny nakład nie był czymś kosmicznym – co prawda z tzw. degresją, ale jednak. Degresja polegała na tym, że za dodruk następnych 10 tysięcy dostawało się 80% pierwotnej kwoty honorarium, za trzeci dodruk 70%, za czwarty 60%, a poczynając od nakładu 50 tysięcy za każde kolejne 10 tysięcy sprzedanych egzemplarzy tłumacz otrzymywał połowę pierwszej kwoty. Tyle że współczesną literaturę zagraniczną (nie-demoludową) przyswajano polszczyźnie w dawkach homeopatycznych. Miało się nawet dwa lata na zrobienie kilkunastoarkuszowej książki, ale niewielkie pole do dyskusji z wszechwładnymi redaktorkami, jeśli idzie o próby przemycenia czegoś potocznego. Do dziś pamiętam otchłań niezrozumienia w oczach siedemdziesięcioletniej pani redaktor, kiedy próbowałem ją przekonać, że trudniąca się prostytucją piętnastolatka z moich „Dzieci z dworca Zoo” nie powie klientowi, że ona nie zgadza się „bez kondomu”, tylko zwyczajnie „bez kondona”. Powtarzaną jak mantra odpowiedzią, której towarzyszył pełen politowania uśmiech, było: „W słowniku taka odmiana nie występuje”. Do dziś boję się zajrzeć do wydania, więc nie wiem, co się ostatecznie ostało.

Jest „bez kondona”.
Kamień z serca, choć nie dam głowy, że tak było w pierwszych wydaniach! Ale żeby ująć rzecz jakoś skrótowo, powiem tak: trudniej było zacząć pracę w zawodzie, ale jak już człowiek wszedł do „grona”, czyli przestał dostawać wyłącznie spady po starszych koleżankach i kolegach, których z jakichś względów oni nie chcieli tłumaczyć, to miał zapewniony stały dostęp do kolejnych tytułów. Stawki były widełkowe, ale jednakowe dla wszystkich, i poniżej jakiegoś nieobraźliwego pułapu wydawca zejść po prostu nie mógł. Ale nie było komputerów, nie było internetu, nie było dostępu do całej literatury światowej i swobody wyłuskiwania z niej tego, co nam odpowiada, w dodatku z szansą, że znajdzie się na to wydawca, i wtedy to my od początku do końca jesteśmy sprawcami zaistnienia w polszczyźnie czegoś w naszym rozumieniu „wielkiego”, bez czego życie tych, którzy – gdyby nie my – nigdy by tego nie przeczytali, już zawsze byłoby gorsze, mniej głębokie i bardziej puste.

Nie podpisywało się wtedy w większości umów przeniesienia praw, zgodnie z którymi tłumacz zrzekał się na rzecz wydawnictwa wszelkich praw majątkowych do swojego dzieła?
Nie, nie – koniecznie trzeba to sprostować, bo było jeszcze inaczej. Wszystkie umowy (a były one ujednolicone, więc w każdym wydawnictwie takie same) podpisywało się z klauzulą, że „Tłumacz przenosi na Wydawcę wyłączne prawo wydawania tego tłumaczenia drukiem w formie książkowej”, ale w tym samym punkcie było też zdanie: „z zastrzeżeniem postanowień paragrafu 22 niniejszej umowy”. A paragraf 22 (no dobra, czasem był to paragraf 23) głosił: „Jeśli Wydawca po wyczerpaniu nakładu oświadczy, że nie zamierza drukować nowego wydania, lub nie przystąpi do druku nowego wydania w ciągu 6 miesięcy od wezwania go przez Tłumacza, Tłumaczowi przysługuje prawo rozwiązania umowy”. Proste i jednoznaczne: albo wydawca wznawia bezustannie i płaci tłumaczowi (z degresją), albo mamy prawo rozwiązać umowę i iść do innego wydawcy. Dziś, jeśli idzie o „wezwania”, tłumacz może wydawcy przedstawić co najwyżej „przedsądowe wezwanie do zapłaty” należnego, a niewypłacanego przez całe miesiące od ustalonego terminu honorarium.

Weźmy moją umowę na Rosendorfera „Stefania i tamto życie” z Czytelnikiem z roku 1977. Książka 7 arkuszy (ca. 150 stroniczek), umowa podpisana 19 grudnia 1978, termin wykonania 2 maja 1979 – chciałoby się mieć tyle czasu dzisiaj! I mamy punkt 3 paragrafu 7, czyli stały punkt w szablonie umowy: „W razie wydania tłumaczenia w liczbie większej niż jeden nakład podstawowy (przypominam: nakład podstawowy wynosił wtedy 10 tysięcy egzemplarzy!), wynagrodzenie za następne nakłady podstawowe płatne jest w całości przy ostatniej wypłacie za pierwszy nakład, przy czym wysokość wynagrodzenia za następne nakłady ulega zmniejszeniu stosownie do przepisu...” itd. A więc niby na zawsze, ale jednocześnie na zawsze z honorarium za kolejne nakłady, a nie z jednorazowym honorarium za wszystko.

Zakładam, że nowsze umowy wyglądały inaczej. Miałeś co najmniej trzy wznowienia: „Pianistkę” Jelinek (pierwsze wydanie Sic! 1997, drugie W.A.B. 2004), „Odkrycie nieba” Mulischa (oba z W.A.B.: pierwsze 2006, drugie 2012) i „Żelazny krzyż” Williego Heinricha (Bellona 2005 i 2016)?
Wznowień miałem znacznie więcej, ale odpowiedź w tych trzech przypadkach jest na szczęście prosta. Pierwsze wydanie „Pianistki” w Sic! ukazało się w czasach, gdy nikt w Polsce o Jelinek nie słyszał i nie chciał słyszeć (jestem wdzięczny dziewczynom, że przygarnęły mnie z propozycją, z którą błąkałem się bezskutecznie po różnych wydawnictwach przez 14 lat), dzięki czemu w momencie, kiedy autorka dostała Nobla w 2004 roku, moja „Pianistka” – chociaż już wyprzedawana w taniej książce, bo nawet ekranizacja Hanekego z 2001 roku jej nie pomogła – była jedyną jej książką w Polsce. W.A.B., który po Noblu kupił „Pianistkę” od Niemców w sprzedaży wiązanej z paroma innymi jej tytułami (niszowy Sic! był w tym przetargu bez szans), to był wtedy bardzo porządny wydawca, więc zarówno na nowe wydanie „Pianistki”, jak i na mojego ukochanego Mulischa miałem umowy tantiemowe (czyli zaliczka plus procenty za sprzedaż wykraczającą poza kwotę zaliczki). O Bellonie zamilczę.

Później coś się jeszcze zmieniło?
Po szalonych i romantycznych latach dziewięćdziesiątych, a już po pierwszej dekadzie XXI wieku w ogóle, wszyscy w zasadzie wydawcy zaczynają rozmowy od propozycji przejęcia majątkowych praw autorskich raz na zawsze za jednorazowe honorarium. Ja zawsze walczę o to, żeby to była jednak licencja, czyli sprzedaż tylko na okres, na który polski wydawca nabył prawa do wydawania książki w Polsce, czyli w przeważającej większości na 5 lat, czasem 7, w sporadycznych przypadkach 10. Coraz rzadziej mi się to udaje, ale toczę bój zażarcie do końca i wszystkim to doradzam. Wciąż też udaje mi się zawrzeć nawet czasem umowę tantiemową, choć wydawców, którzy dopuszczają w ogóle taką możliwość, można policzyć na palcach jednej ręki.

Nurtuje mnie to od dawna: jak to się stało, że jesteś współautorem „Wielkiego słownika ortograficzno-fleksyjnego” i „Słownika synonimów”?
To są właśnie te szalone lata dziewięćdziesiąte! No bo wyobraź sobie, żeby przed 1989 ktoś bez tytułu profesorskiego i w jakiejś nieznanej oficynie wydał słownik synonimów języka polskiego (bo ten właśnie był chronologicznie pierwszy). No way! Obydwa wymyśliłem osobiście i osobiście też skompletowałem załogę. Słownik synonimów o takiej właśnie konstrukcji jak nasz (bo był przecież Skorupka, ale diabelnie mało przydatny w pracy tłumaczeniowej i już rozpaczliwie przestarzały) strasznie był mi potrzebny przy pracy, więc bardzo zabiegałem, żeby znaleźć kogoś, z kim to zrobię, i ostatecznie udało mi się namówić dwójkę moich bardziej utytułowanych i doświadczonych uniwersytecko przyjaciół, Ewę Geller i Andrzeja Dąbrówkę (wtedy też tłumacza z niderlandzkiego), i zrobiliśmy to, cośmy zrobili. PWN-owi opadła szczęka, bo oni byli wtedy w letargu, a zobaczyli, „że to było dobre”, że posłużę się cytatem biblijnym. O tym, jak dobre, świadczą podziękowania, jakie otrzymuję od wszystkich znanych mi pań redaktorek, kiedy się zgada, że ja to właśnie od tego słownika. Nawet mi pokazywały z dumą, jakie wymemłane mają te swoje egzemplarze od ciągłego używania. Dla nas, autorów, też to był strzał w dziesiątkę, bo umowa była tantiemowa, ssanie na rynku gigantyczne, więc za żadne skarby nie powiem ci, ile na tym wtedy zarobiliśmy... Przez jakiś czas jakaś kadłubowa wersja tego słownika, przy której merytorycznie już nie współpracowaliśmy, była nawet składową edytora Word, bo – na czas ograniczony – sprzedaliśmy kontent, jak to się dzisiaj mówi, Microsoftowi za żywe dolary!

W internecie wyszukałem, że sprzedało się grubo ponad pięćset tysięcy egzemplarzy, wychodzi więc, że każde z was przez te lata zarobiło ponad pół miliona złotych. A jak było ze słownikiem ortograficznym?
No co ty powiesz?! Ze słownikiem ortograficznym było podobnie (z pominięciem wymiaru finansowego, bo to już były inne czasy i tak dobrze się już nie sprzedał, poza tym wydawca też zaczął nam już na różne sposoby przykręcać kurek, żeby nie było za dobrze). Zamarzyło mi się zrobić słownik, w którym będzie pełna odmiana, czyli wszystkie końcówki fleksyjne każdego wyrazu w kolejności przypadków gramatycznych, żeby sobie cudzoziemiec mógł sprawdzić ze stuprocentową pewnością, a nie żeby musiał się domyślać, co ma wstawić, bo inne słowniki podawały tylko wybrane końcówki. No i bez trudu znaleźliśmy wydawcę (znowu nie był to PWN!) i się dzieło wydało, chociaż niestety nie w wymarzonej przeze mnie wersji z pełną odmianą (tak grubego tomu nie dałoby się już wydrukować, a i ten jest przecież nad wyraz pokaźny), ale i tak odmiana jest pełniejsza niż w słownika PWN-owskich.

Opowiedz, co to była za robota. Nad słownikiem synonimów siedzieliście i śmialiście się w głos, wymyślając kolejne skojarzenia? Nad ortograficzno-fleksyjnym ślęczeliście jak skrybowie z linijkami, którymi wybijaliście rytm dzielenia wyrazów?
No coś ty! Było jak najbardziej poważnie. Na potrzeby słownika synonimów zdobyliśmy listy frekwencyjne polskich wyrazów, z których wyłoniliśmy wyrazy gniazdowe, a potem mozolnie dolepialiśmy do nich to, co zostało, skreślając każdy wykorzystany wyraz, niczym Joyce swoje kolejne fragmenty innojęzycznych słów, wykorzystane już do zlepków w „Finnegans Wake”. Każde z nas miało inną część mowy, ja robiłem przymiotniki. Było benedyktyńsko, ale zabawnie. Oczywiście nie udało nam się zagospodarować wszystkiego i mamy już zgromadzony korpus niezbędnych dodatków, po części nadsyłanych na naszą prośbę przez zaprzyjaźnionych użytkowników. Ale dziś nikt już nie chce nam wydać papierowej wersji.

Podobnie mozolnie wyglądała praca przy słowniku ortograficzno-fleksyjnym. Były oczywiście spotkania redakcyjne, w czasie których ustalaliśmy jakieś harmonogramy i jednolite struktury, ale cała reszta to już samotnie w celi. Tutaj też wartość dodana polegała na tym, że wrzuciliśmy mnóstwo potocznych rzeczy, których nie było dotąd w żadnych innych słownikach. Boska też była ta świadomość, że my, takie szare myszki, niezależne i samorządne, robimy sobie coś, na co nie wpadły monopolistyczne wydawnicze molochy przez tyle lat po wojnie. Można? Można! To wspaniałe, kiedy masz poczucie, że robisz coś ważnego.

Zostałeś agentem literackim, żeby wprowadzać na polski rynek książki twoim zdaniem wartościowe?
Agent literacki to trochę zbyt szumne określenie, po prostu niepostrzeżenie dla samego siebie stałem się dochodzącym konsultantem pewnej agencji literackiej, bo kontakty z całym światem, z wydawcami w Polsce i za granicą, rozmowy na targach książki to fajna rzecz, która stanowi miłą odmianę od wgapiania się monitor. Agencja, którą prowadzi moja koleżanka, początkowo była firmą, która w imieniu niemieckiej firmy-matki poszukiwała polskich wydawców chętnych do dołączenia do międzynarodowych koedycji książek kolorowych (druk wielobarwny był w Polsce lat 90. wielkim problemem) i dopiero stopniowo ewoluowała w stronę agencji czysto literackiej, krok po kroku pozyskując niemieckie wydawnictwa literackie do swojego portfolio, tak że w chwili, kiedy interes koedycyjny umarł śmiercią naturalną – bo Polskie wydawnictwa całkowicie się wycofały, drukując same bezpośrednio w Chinach, a firma-matka zwinęła interes – mogła przebranżowić się wyłącznie na sprzedaż licencji na literaturę. Tak więc nie zostałem agentem, żeby wprowadzać na rynek interesujące mnie książki, tylko dlatego, że afiliowałem się przy agencji, która ma w swojej „stajni” sporo renomowanych wydawnictw literackich z Niemiec, parę ciekawych książek dzięki niej się w Polsce ukazało.

Jak często to, co dzięki tobie jakiś wydawca kupił, trafia do ciebie do przekładu?
Bardzo rzadko, w sporadycznych przypadkach, bo staram się stosować coś na kształt korporacyjnej zasady „chińskich murów”, a więc niełączenia dwóch funkcji, w jakich występuję w przyrodzie, czyli osoby proponującej jakiś tytuł w imieniu agencji oraz tłumacza. To zdrowsze dla wszystkich. Na szczęście prawa do książek, które chciałbym ewentualnie tłumaczyć, są też w innych wydawnictwach niż te obsługiwane przez agencję, z którą współpracuję.

Kiedy spojrzałem do katalogu Biblioteki Narodowej, zauważyłem, że ostatnio częściej tłumaczysz dla dzieci i młodzieży.
Tak, zupełny przypadek. To chyba zeszły rok był tak obfity, bo zapełniłem swoimi przekładami z niderlandzkiego chyba połowę katalogu wydawnictwa ADAMADA. Po prostu dobrze nam się współpracowało, obie strony były zadowolone, więc błyskawicznie wzbogaciłem sobie dorobek o kilkanaście tytułów. Oczywiście objętościowo to są drobiazgi, ale licząc na sztuki... ho, ho! To fajna robótka, inny rodzaj wyzwania, a ponieważ mam wnuczka w wieku wczesnoszkolnym , to motywacja była jakby bardziej urozmaicona.

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.