Rekin i sztuka

7 minut czytania

/ Film

Rekin i sztuka

Jakub Socha

Może normalne rodziny tak naprawdę nie istnieją. „Opowieści o rodzinie Meyerowitz” Noah Baumbacha przekonują, że jest w tym coś normalnego

Jeszcze 2 minuty czytania

Ma siniaka pod okiem, bo przewrócił go pudel – pudla nabył dla żony (czwartej), bo obiecała skończyć z piciem. Po swoim domu, dziś wartym miliony, kupionym w latach 70. za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, chodzi w długim do kolan fartuchu – wolno mu, jest w końcu artystą. Nie jakoś specjalnie popularnym, ale też nie anonimowym. Rodzinna legenda mówi, że jedno z jego dzieł kupiło muzeum Whitney – trudno to potwierdzić, dlatego to legenda. Przez wiele lat uczył sztuki na jednym z nowojorskich koledżów. Obecnie pracuje w drewnie, ale przede wszystkim – jest na emeryturze. I jest, to się akurat nie zmienia, ciągle niedopieszczony. Pragnie uznania. Od czego, jak nie od tego, ma się rodzinę. Zaraz zasiądą przy stole: pogardzana przez lata córka i pogardzany przez lata syn wraz z córką, która właśnie dostała się do koledżu, gdzie jeszcze niedawno wykładał dziadek. Żona poda surowego rekina pływającego w cieniutkim bulionie rybnym wraz z małżami, ukrytymi w dwuklapowych muszlach, których nie da się niczym otworzyć. Stary Harold Meyerowitz już za chwilę znów będzie w centrum zdarzeń. W „Opowieściach o rodzinie Meyerowitz (wyborze scen)” równie udanych cudaków jest więcej, zaczynając od jego dzieci, kończąc na wnuczce, autorce dzikich filmów, w których wciela się w obdarzonego supermocami pełnego wigoru hermafrodytę.

W swoim najnowszym filmie, bohaterze tegorocznego skandalu w Cannes, nigdy niewprowadzonym do kin, bo wyprodukowanym przez Netflixa i dla Netflixa, Noah Baumbach szkicuje portret starego nowojorskiego artysty i jego dzieci. Tytuł jest nieprzypadkowy – otrzymujemy po prostu wybór scen z ich życia, ułożony jednak nieprzypadkowo. Baumbach rozdziela film białymi planszami, na których widnieje krótka, ironiczna i lekko absurdalna zapowiedź tego, co ma się za chwilę wydarzyć, plansze wchodzą jednak zawsze później, niż zaczynają się kolejne sceny. Amerykanin opowiada z różnych perspektyw, chętnie stosuje elipsy, połyka swobodnie miesiące i przerzuca akcję naprzód, ale przede wszystkim lubi ostre cięcia. Potrafi ciągnąć w nieskończoność jedną gadkę, która kończy się wybuchem wściekłości, a gdy ta wściekłość dopiero wydobywa się z ludzkiego gardła, szybko przeskakuje w inne miejsce.

Tak skonstruowana została zresztą doskonała, otwierająca scena, w której ojciec z córką jadą samochodem przez Nowy Jork i szukają miejsca parkingowego – kamera nie opuszcza go ani na chwilę. Jest ciasno i głośno. Z tyłu słychać klakson, z przodu rząd samochodów. Atmosfera jest nerwowa, ale jest w tej scenie przecież coś więcej niż wkurwienie na ludzi i na cywilizację. Ojciec rzuca mięsem, narzeka na świat, próbuje pozbyć się krępującej jego ruchu kurtki, ale równocześnie jest cały czas skoncentrowany na swojej córce. Rozmawia z nią, próbuje ją rozbawić, namówić do wspólnego śpiewania, wypytać o wszystko, spieszy się, jakby żył w poczuciu, że zaraz na zawsze ją straci, choć ona tylko idzie do koledżu. Czułość i bezradność. I potężna neuroza.


Inaczej niż choćby u Allena ta neuroza nie jest tu paliwem dla niekończących się, zabawnych monologów i dla sztuki – jej kresem jest amok, szał, gdy bierze się w ręce kij do golfa i wybija w mieszkaniu wszystkie szyby. Rodzeństwo Meyerowitz nie umie ani rozmawiać, ani monologować o swoich uczuciach; gdy coś ich przerasta, odwracają się na pięcie i po prostu uciekają, albo startują do bójki, chociaż wcale się bić nie potrafią. Na narcyzm ojca nie odpowiadają jeszcze większym narcyzmem, lecz rezygnacją. Na jego egoizm – hojnością. Lubią wspominać, choć nie są mitomanami, snującymi fantazje o pełnym przygód dzieciństwie. Mają świadomość swojej krzywdy, ale równocześnie wiedzą, że jedynie rodzina jest tym, co naprawdę mają. Oczywiście jej model się zmienił, świat Baumbacha zaludniają macochy, bracia przyrodni, byłe żony, przyszywani wujkowie, wychowywane na odległość dzieci. Na pewno więcej tu separacji i rozwodów niż weseli i ślubów. Pewnie dlatego najsilniejsze więzi, które się tu tworzą, to te między rodzicami i dziećmi oraz te między rodzeństwem.

Zarówno Baumbachem i Allen opowiadają o przewrażliwionych na swoim punkcie i pełnych pretensji do świata bohaterach. Ci Allenowscy, najczęściej grani właśnie przez Allena, znajdują w swoich kompleksach siłę do tego, żeby ten świat, tak czy inaczej, sobie podporządkować. Co równie istotne, do szczęścia prawdopodobnie nie potrzebują ludzi. Nieprzypadkowo stary Meyerowitz, w którego wciela się Dustin Hoffman, mógłby bez problemu wylądować w filmach twórcy „Manhattanu”. Dzieci, grane kolejno przez Elizabeth Marvel, Bena Stillera i Adama „Opowieści o rodzinie Meyerowitz”, reż. Noah Baumbach„Opowieści o rodzinie Meyerowitz”, reż. Noah Baumbach.
USA 2017
Sandlera, już niekoniecznie. Jest w nich mniej intelektualnego snobizmu, są one chyba zbyt bezpośrednie, zbyt przywiązane do najbliższych, a przez co łatwiejsze do zranienia. W konfrontacji z ojcem – skazane na porażkę. Widać, że rozsadza je frustracja, że bardzo chciałyby mu wreszcie dopiec, ale on jest jak teflon – nic do niego nie przywiera. Nic, oprócz choroby.

Ten nierówny konflikt wygasza dopiero widmo śmierci – to ona jednoczy na nowo rodzeństwo. I daje mu siłę, żeby wreszcie uwolnić się od osłabionego przez chorobę ojca. Uwolnić się i równocześnie otoczyć go opieką. W jednym ze swoich słynnych wierszy Phillip Larkin pisał, że rodzice zawsze niszczą życie swoich dzieci, choćby nawet bezwiednie, a z tego prostego faktu wywodził równie proste przekonanie, że powinno się od rodziców jak najszybciej uciekać i nigdy nie bawić się w rodzicielstwo. U Baumbacha rozpoznania Larkina zgadzają się co do joty, ale receptą nie jest ani bezdzietność, ani ucieczka. Jego film wyrasta nie z buntu, tylko z pogodzenia. Dzieci popieprzonych rodziców sami mają dzieci i robią wszystko, żeby im życia nie zepsuć.

Bohater grany przez Sandlera dla swojej córki zrezygnował z kariery, odwlekł nawet rozwód, po to tylko, żeby jego córka nie wychowywała się w rozbitym domu. Dziś świetnie się dogadują – równocześnie jego nastoletnia córka już teraz ma poczucie, że powinna zaopiekować się swoim ojcem, bezbronnym i niepotrafiącym sobie znaleźć miejsca w świecie. Nadzieja jest wypchnięta znowu w przyszłość – może jej się wreszcie uda i będzie miała normalną rodzinę. Choć może normalne rodziny tak naprawdę nie istnieją. „Opowieści” Baumbacha przekonują, że jest w tym coś normalnego.