Żywoty świętych

6 minut czytania

/ Film

Żywoty świętych

Bartosz Żurawiecki

Filmy Palkowskiego są celebracją tradycyjnych męskich ról i póz, choć de facto demonstrują kolejne oblicza męskiego egoizmu. „Najlepszy”, opowieść o narkomanie, który pokonał nałóg i wygrał mistrzostwa w triathlonie, szwankuje już na poziomie scenariusza

Jeszcze 2 minuty czytania

Łukasz Palkowski lubi silnych facetów. Takich, którzy może i upadają od czasu do czasu, ale zaraz się podnoszą, otrzepują kolana i biegną dalej. Słabości ni tkliwości nie okazują, wódeczki nie odmawiają, w mordę dadzą (nawet samym sobie), kobiety i dzieci ochronią, honor mają, do pojedynku stają… Rycerzy, powiedzmy wprost. Albo wręcz świętych.

Gdy Palkowski żył w średniowieczu, byłby wziętym hagiografem. Gdyby musiał pracować w ustroju autorytarnym, sławiłby z powodzeniem wojowników imperium albo budowniczych Polski Ludowej. Ale że przyszło mu tworzyć w XXI wieku, w kraju, gdzie pęd globalizacji nie jest w stanie przegnać upiorów postkomuny, to zaczerpniętemu z amerykańskiego kina hołdowi dla dzielnej jednostki towarzyszy w jego filmach ideowa pustka. Bohaterowie Palkowskiego bywają asystemowi, ale nigdy nie są antysystemowi. Napędzają ich prywatne ambicje, przysłonięte niekiedy moralnym frazesem. Potrafią się ugiąć i ukorzyć, gdy z kalkulacji im wychodzi, że tak się opłaci. Dążą nieugięcie do celu, lecz zależy im w gruncie rzeczy jedynie na tym, by – jakże po polsku! – wyjść na swoje.

Oglądanie ich w akcji jest więc jak oglądanie teleturnieju. Kibicujemy jednemu z zawodników i cieszymy się, że wygrywa, tyle że to jałowe i krótkotrwałe doznanie. Przejściowa emocja, podszyta zażenowaniem, że metody „generowania napięcia” są hmm… pospolite. Nie było to może aż tak widoczne przy okazji „Bogów”. Tam przecież za bohatera mieliśmy postać z encyklopedii – doktora Religę, który dokonał, po kilku niepowodzeniach, udanego przeszczepu serca. W filmie Palkowskiego Religa był trochę fachowcem, trochę kombinatorem, trochę alkoholikiem, ale przede wszystkim autorytetem i równym gościem („równi goście” to ulubieni bohaterowie Palkowskiego już od czasu debiutanckiego „Rezerwatu”). Zręczny scenariusz pozwalał protagoniście wykazać się w różnych sytuacjach i zgrabnie wpisywał go w schemat „self-made mana”, który – z niewielką jedynie pomocą krewnych i znajomych – dopina swego w siermiężnej, chociaż pokazanej z vintage’owym kolorytem Polsce lat 80. XX wieku.

W „Najlepszym” też oglądamy historię opartą na faktach i także cofamy się w dekady minionego ustroju. Lecz opowieść o narkomanie, Jerzym Górskim, który pokonał nałóg i wygrał mordercze mistrzostwa w triathlonie, szwankuje już na poziomie scenariusza. Przewidywalnego w każdym punkcie i uciekającego się do tak wyrafinowanych chwytów jak gadające obicie w lustrze, które ma być uosobieniem wewnętrznego demona Górskiego. W końcowych scenach nasz bohater zbije swe alter ego na kwaśne jabłko. Dosłowność tych rozwiązań rzeczywiście bije po oczach.

Twórcy dorzucają do tego kilka kazań w wykonaniu samego Marka Kotańskiego, czyli Janusza Gajosa (w stylu: „musisz poznać samego siebie”) oraz standardowe obrazki, czy to narkomańskiej degrengolady, czy też wysiłku podczas zawodów, pokazanego tu zresztą w dość skrótowy sposób. Można odnieść wrażenie, że taki triathlon – nawet podwójny – to nic wielce trudnego. Podobnie zresztą jak wychodzenie z uzależnienia.

Nie ma więc w obrazie czy inscenizacji niczego, czego byśmy wcześniej nie widzieli, zaś w historii bohatera brak elementów, które mogłyby nas zaskoczyć. Chyba że do myślenia da nam wspomniany wcześniej konformizm. Jako ćpun Górski wypina goły tyłek w stronę posterunku i wykrzykuje obelgi pod adresem mundurowych. Buntuje się też (choć raczej pasywnie) przeciwko krewkiemu ojcu. Gdy jednak postanawia się ustatkować, dochodzi do porozumienia z oficerem milicji, ojcem swej nieżyjącej już dziewczyny. Scena, w której obaj siedzą w radiowozie i poklepują się nawzajem, bezwiednie wyznacza granice rebelii w kraju nadwiślańskim.

„Rezerwatu”„Najlepszy”, reż. Łukasz Palkowski, Polska 2017, w kinach od 17 listopada 2017Górski staje się więc świętym w granicach normy. Ciekawe skądinąd, że hagiografie Palkowskiego mają zawsze charakter świecki. Religa pragmatycznie podchodzi do kwestii przeszczepu narządów, a przecież jego praca skupia się na tak „świętym” organie jak serce. W „Najlepszym” ksiądz pojawia się raz, podczas pogrzebu, i pokazany jest raczej groteskowo. Górski znajduje swojego guru w osobie Kotańskiego, swój zakon w Monarze, ale i z niego wreszcie odchodzi, by zmagać się samotnie ze swym ciałem w czasie zawodów. Tu mała dygresja – pamiętam, że gdy w latach 80. Kotański nader często pojawiał się w mediach, część mojej rodziny uznała go za agenta bezpieki. Wynikało to zarówno z przychylności, jaką okazywały mu peerelowskie władze, jak i z faktu, iż nie był związany z Kościołem. Podejrzewano więc, że został nasłany, by odebrać Kościołowi rząd młodych dusz.

Brak metafizycznej czapy i odwołania do „świeckiej tradycji” powinny przemawiać na korzyść dzieł Palkowskiego. A jednak popełnia on rozmaite grzechy twórczości dewocyjnej. Upraszcza i moralizuje. A także idealizuje swoich herosów, również w obrazku. Górskiego gra obdarzony aryjską urodą Jakub Gierszał, znacznie atrakcyjniejszy wizualnie niż pierwowzór bohatera. Ulubieniec widowni nawet jako „śmieć” nie traci więc rysów idola. Bardziej dociekliwy reżyser potrafiłby odsłonić w postaciach Religi czy Górskiego pokłady obsesji, sprzeczności, narcyzmu...

Nadto kino Palkowskiego skąpane jest w patriarchalnych oparach. Z jednej strony mamy w jego filmach homospołeczną więź jąder na rozmaitych szczeblach służbowych i towarzyskich, z drugiej – kobiety, które służą tylko temu, by bohaterowi ugotować rosół, zrobić zastrzyk, względnie urodzić jego dziecko. Kult męstwa, nawet jeśli przez moment zostaje zakwestionowany (vide relacje między Górskim seniorem i juniorem), to szybko wraca na ołtarz. Filmy Palkowskiego są celebracją tradycyjnych męskich ról i póz, choć de facto demonstrują kolejne oblicza męskiego egoizmu.