Jeszcze 2 minuty czytania

Jakub Dymek

OBRAZY: Wojna to nie komiks

Jakub Dymek

Jakub Dymek

Ludzie, których mordowano, nie byli bohaterami komiksu. Spłonięcie żywcem podczas pacyfikacji powstania nie jest fajną przygodą. Kontekst ma znaczenie

Wystawa w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku jest monumentalna, a oszczędna i minimalistyczna w gruncie rzeczy podziemna przestrzeń wystawiennicza wymaga sporej uwagi i cierpliwości. Tej ostatniej zabrakło chyba rekonstruktorom historycznym, którzy podczas Święta Niepodległości musieli podle zmoknąć, wystając w oczekiwaniu na oficjalne obchody. Choć ich mundury były w zdecydowanie lepszym stanie niż te, w jakich przyszło walczyć ich historycznym pierwowzorom, zdawało się, że deszcz i śnieg – w przeciwieństwie do bolszewickiej nawały i krwawego pochodu Einsatzgruppen – jest dla współczesnych wojaków okolicznością nieznośną.

Ta przypadkowa zupełnie scenka spod muzeum dobrze ilustruje konflikt, w którego centrum stanęła sama nowo powstała placówka. Czy podstawową rolą muzeum – a w tym przypadku muzeum poświęconego największej tragedii w historii Europy – jest prowadzenie zdystansowanego, naukowego, chłodnego wręcz namysłu na wydarzeniami? Czy też pielęgnowanie historii i pamięci oraz tworzenie afektywnego stosunku do niej, czasem według formuły „pokrzepiania serc”? Rekonstruktorzy historyczni z całą swoją autentyczną i szczerą historyczną pasją – podobnie jak aktywiści, publicyści i popularyzatorzy – robią mimo wszystko coś innego niż historycy. Szczęśliwy festyn na dziedzińcu muzeum i jego zawartość wyrażają dwa przeciwstawne podejścia do historii.

Konflikt o wystawę główną w muzeum nie ma wyłącznie charakteru teoretycznej dyskusji o powinnościach i modelach działania instytucji edukacji i kultury. Jest sporem dotykającym polityki historycznej – konkretnych działań propagandowych (w tym przypadku używam tego słowa w opisowym, neutralnym sensie) prowadzonych za publiczne środki finansowe. Jest też sporem pracowniczym i administracyjnym – o to, na jakich zasadach można zarządzać obsadą placówki i z jakiego powodu można zmienić model organizacyjny sprawnie działającej instytucji. Jest wreszcie sporem z pogranicza prawa autorskiego i historii sztuki – o integralność wystawy jako dzieła i ochronę autorskiego wysiłku zespołu przygotowującego ekspozycję.

Przeciwnicy dotychczasowej ekspozycji i koncepcji wystawy głównej przygotowanej przez zespół historyczek i historyków pod kierownictwem Pawła Machcewicza podnoszą liczne zarzuty: muzeum niewystarczająco skupia się na wyjątkowości polskiego doświadczenia, nie pokazuje „pozytywnych aspektów wojny”, niewystarczająco obszernie opisuje prześladowania kleru, zbyt wiele miejsca zaś rezerwuje na cierpienia ludności cywilnej w Związku Radzieckim i straty Armii Czerwonej... Muzeum zarzuca się, że nie przedstawia „polskiego punktu widzenia”. Najmocniej ujął to Jarosław Kaczyński, stwierdzając, że muzeum jest „darem Donalda Tuska dla Angeli Merkel”. Odkąd zmieniła się dyrekcja, na wystawie wprowadzane są więc zmiany, które mają zadośćuczynić tym zarzutom i naprawić rzekome lub faktyczne mankamenty. Wystawa główna – stan na połowę listopada 2017 – dalej wiernie oddaje oryginalny zamysł i intencje twórców Muzeum. Przynajmniej dopóki nie dotrzemy do ostatniej sali, odnotowujemy głównie detaliczne poprawki. Co prawda, ktoś zdecydował o wystawieniu w holu portretów „żołnierzy wyklętych”, ale z powodu błędnego podpisu pod wizerunkiem Rajsa „Burego”, zdążyły już zniknąć.

Na przedstawienie całego ich bilansu nie ma tu miejsca, podobnie jak na dyskusję, na ile zarzuty o „niepolskość” muzeum są prawdziwe. Moim zdaniem nie są i prywatnie odkładam je na półkę z kuriozami prawicowej wyobraźni, gdzieś między leczeniem nowotworu lewoskrętną witaminą C i publicystyczną karierą Magdaleny Ogórek.

Ten felieton, zgodnie z tytułem, traktuje jednak o obrazach, i jednej rzeczy z wizyty w muzeum nie jestem w stanie pominąć, bo i nie da się jej odzobaczyć. Chodzi o to, jak (zmieniona) wystawa się z nami żegna, jakie emocje w kontekście całej ekspozycji rodzi ostatni jej obraz i dlaczego zgrzyt między dwoma różnymi porządkami – polityki historycznej i namysłu nad historią – jest tak wielki, że aż niepokojący. A szczerze mówiąc: odrzucający.

W oryginalnym zamyśle twórców wystawy ostatnia sala była poświęcona konsekwencjom wojny, a konkretnie nowemu, zimnowojennemu podziałowi świata, symbolizowanemu przez „żelazną kurtynę”, która zapadła po zakończeniu działań wojennych. Muzeum obszernie pokazuje życie ludności cywilnej, mieszkanek i mieszkańców miast i wsi na okupowanych ziemiach lub na linii frontu, więc zupełnie logicznym i zrozumiałym posunięciem jest zakończenie ekspozycji obrazem życia w świecie pokoju, choć dalece niedoskonałego i targanego sprzecznościami. W sali przedzielonej na pół filarem-zaporą, przypominającym element konstrukcyjny muru, wyświetlano synchroniczną projekcję wydarzeń z obu stron tego symbolicznego i prawdziwego zarazem muru, który podzielił Europę i świat.

Po zmianie ostatnia sala – wciąż jeszcze zresztą zaaranżowana pod projekcję odmiennego, wyświetlanego na dwóch ekranach filmu – przedstawia zupełnie inną puentę. Widzów nie żegna obraz podzielonej Europy i filmowa ilustracja okresu zimnej wojny. Dyrekcja zdecydowała się umieścić w tym miejscu animację „Niezwyciężeni” wyprodukowaną przez Instytut Pamięci Narodowej. „Niezwyciężeni” to propagandowy (teraz nie używam tego słowa wyłącznie w jego opisowym znaczeniu), animowany skrót z polskiej historii i dziejów walk i męczeństwa, który może kojarzyć się z trailerem nowej gry komputerowej do odpalenia natychmiast po obejrzeniu w przeglądarce. Z animacji dowiadujemy się, że Polska zwyciężała, także wtedy, gdy przegrywała. Nawet kilkusekundowy fragmencik o powstaniu w getcie warszawskim – poprzedzony komentarzem lektora: „ratowaliśmy Żydów” – może tworzyć wrażenie, że nie była to tylko hekatomba i rzeź ludności cywilnej, ale jedna z bitew w zwycięskiej kampanii Polaków przeciwko hitleryzmowi. Film sugeruje zresztą, że III Rzesza i hitleryzm zostały pokonane przez Polaków dzięki różnorodnym strategiom oporu i dywersji.

Gdyby chodziło wyłącznie o niefortunną decyzję wystawienniczą czy dyskusyjny walor edukacyjny filmu (czy ktoś po pięciu godzinach spędzonych na ekspozycji potrzebuje jeszcze suplementu w postaci komiksowego uproszczenia?) – dyskusję można by na tym skończyć. Problem jest inny: aby uznać, że film „Niezywciężeni” naprawdę pasuje do wystawy głównej Muzeum II Wojny Światowej, trzeba jej... albo nie zobaczyć, albo nie zrozumieć.

Muzeum nie tylko opowiada obszernie o tragedii wojny i cierpieniach ludności cywilnej, celowo nie rozwijając w pełni historii bitew i nie eksploatując ponad miarę szczegółów poszczególnych kampanii i starć. Muzeum opowiada o tym przy użyciu konkretnych, świadomie dobranych środków, a obrazy propagandy są jednym z nich. Na ekspozycji można zobaczyć, jak pewne konkretne obrazy – dumnego przywódcy, dzielnego żołnierza o twardej szczęce, płodnej i troskliwej matki – służyły militaryzacji społeczeństwa, kazały mu przymykać oczy na ograniczanie swobód i zaciskanie pasa, umacniały poparcie dla autorytaryzmu i wzmacniały społeczne hierarchie, wraz z leżącym u ich podstaw wykluczeniem „zbędnego” czy „wrogiego” elementu. Jedną z lekcji Muzeum II Wojny Światowej, jakiej wystawa w nienachalny, ale bardzo czytelny sposób udziela, jest to, aby na pewne obrazy patrzeć krytycznie. Dowiadujemy się przecież, że te same obrazy mogą podnosić na duchu, sprzyjać mobilizacji, dodawać odwagi czy otuchy i jednocześnie zakłamywać rzeczywistość, szczuć jednych na drugich, ukrywać prawdę o grozie i nieszczęściu.

Jednym z takich obrazów jest mężczyzna o rysach wykutych w granicie, skrzyżowanie ołowianego żołnierzyka z Duke’em Nukemem o kipiącej testosteronem twarzy. Uderzające jest, jak w epoce masowo produkowanych wizerunków zbliżyły się do siebie – a w końcu zlały w jedno – archetypy męskiej urody, używane jako matryca do propagandy. Sowiecki wojak, polski ułan, piechur z Wermachtu i amerykański spadochroniarz – kropka w kropkę, jak jeden.

Właśnie do tej ikonografii sięga kończący wystawę film, który podejmuje beznadziejną próbę wyjaśnienia – czy wyprostowania – czegokolwiek za pomocą logiki, która na samej wystawie została tak mocno podważona. Po pięciu godzinach uwrażliwiających na to, że wojna nie przypomina gry RPG, komiksu Marvela, filmu z superbohaterami ani szkolnej czytanki, możemy w pięć minut się dowiedzieć, że – niespodzianka! – tym właśnie jest polska historia.

Kilka sal wcześniej oglądamy twarze ofiar Zagłady. Nie zmasakrowane zwłoki ani nie uogólniony, sprowadzony do jednego zdjęcia obraz ofiar-symbolu. Widzimy – nadrukowane na pionowe półprzezroczyste ściany – małe, portretowe zdjęcia setek pojedynczych osób: uśmiechniętych lub nie, o różnej urodzie, zdrowych i z widocznymi chorobami, w różnym wieku i odmiennych narodowości. „Ludzie jak ty” – ten oczywisty i prawdziwy morał nie wymaga nawet przypomnienia, wystarczy, że widzimy nieco rozmyte odbicie własnej twarzy w twarzach ofiar.

Ludzie, których mordowano, nie byli bohaterami komiksu. Spłonięcie żywcem podczas pacyfikacji powstania nie jest fajną przygodą. Uniknięcie śmierci podczas przemysłowego mordu nie jest „zwycięstwem”. Muzeum nie powinno produkować propagandy. Kontekst ma znaczenie.