Tak samo, ale inaczej
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

29 minut czytania

/ Literatura

Tak samo, ale inaczej

Rozmowa z Jolantą Kozak

Lubię czuć opór materiału, lubię, jak praca nie idzie mi zbyt gładko. Dlatego niezmiernie cieszę się z Wallace’a, to najtrudniejszy pisarz, jakiego w życiu tłumaczyłam

Jeszcze 7 minut czytania

ZOFIA ZALESKA: Przełożyła pani ponad sto tytułów, m.in. książki Kurta Vonneguta, Edgara Allana Poe, Lewisa Carolla, Philipa Rotha, a ostatnio Davida Fostera Wallace’a. Nie ma pani czasem dość tej pracy, dość ślęczenia nad cudzymi tekstami?
JOLANTA KOZAK: Przeciwnie, chyba coraz bardziej kocham tę pracę. Tłumaczenie było pierwszym zawodowym zajęciem, które sobie wymyśliłam i wymarzyłam, aczkolwiek nie pierwszym, które wykonywałam – po studiach byłam dziennikarką w czasopiśmie „Na przełaj”. Studiowałam anglistykę, mniej więcej w połowie studiów, gdy przerabialiśmy utwory Williama Blake’a, poznałam jego słynny wiersz zatytułowany „Tygrys”, który domagał się ode mnie tłumaczenia, wyłaziły z niego po prostu polskie słowa i dźwięki. Praca tłumacza jest dla mnie ściśle powiązana ze zmysłem słuchu, ja słyszę teksty i tłumaczę zdecydowanie przez ucho. O tym, że zajęłam się zawodowo przekładem, zdecydowała nagroda w konkursie dla debiutujących tłumaczy zorganizowanym przez pismo studenckie „itd” i „Literaturę na Świecie”. Zgłosiłam się z tłumaczeniem dowcipkowato-kalamburowatych wierszy Spike’a Milligana i wygrałam, choć nie bez perypetii.

Jakich?
W konkursie podpisywało się teksty specjalnym godłem, moim był młodzieńczo naiwny hippisowski stempelek, który przywiozłam sobie z Londynu – kwiatek z napisem „Happiness”. Tym stempelkiem oznaczyłam przekłady, ale zgubiła się koperta – także oznaczona tym godłem – w której było moje imię i nazwisko. Wyniki opublikowano bez uwzględnienia moich przekładów, bo myślano, że być może dla żartu nadesłał je jakiś starszy tłumacz, podobno podejrzewano o to Antoniego Marianowicza. Ja wtedy byłam w ciąży, inne rzeczy mnie absorbowały, poza tym nie uważałam się za świetną, więc nie przejęłam się przegraną – jak wtedy sądziłam. Inną postawę przyjął jednak mój mąż, który poczuł się w moim zastępstwie urażony i oznajmił, że od tej chwili nie będziemy kupować ani „itd”, ani „Literatury na Świecie”. I to się na nas zemściło, bo nie wiedzieliśmy, że „Literatura na Świecie” na swoich łamach poszukuje tłumacza, który oznaczył swoje przekłady stempelkiem „Happiness”. Przyszedł jednak Dzień Dziecka, a ponieważ od dawna  kompletowaliśmy „Literaturę na Świecie” dla naszego przyszłego potomka, mój mąż, zobaczywszy na okładce nowego numeru Kubusia Puchatka, zmiękł, kupił ten numer i w nim znaleźliśmy wreszcie to ogłoszenie. Potem poszłam do redakcji z moim stempelkiem i sprawa się wyjaśniła.

Gdyby nie ta wygrana, pani droga zawodowa mogłaby potoczyć się inaczej?
Być może. Na pewno tłumaczyłabym dla siebie, ale nie jestem z natury osobą pewną siebie, więc nie wiem, czy bez tej nagrody miałabym odwagę pokazać komuś swoje przekłady. Wygrana mnie ośmieliła i sprawiła, że poszłam ze swoimi tłumaczeniami do Czytelnika. Zaniosłam im, zdaje się, jakąś surrealistyczną angielską prozę, ale nie byli nią zainteresowani, powiedzieli mi za to, że akurat domykają tom młodych autorów amerykańskich w przekładach młodych tłumaczy polskich i dwa opowiadania zostały im jeszcze do rozdysponowania. Tak to się zaczęło. 

Wracając do pani pytania o to, czy nie mam dość tej pracy, to chciałabym dodać, że to jest zawód, który się absolutnie nie nudzi. Ja mam to szczęście, że tłumaczę książki niebanalne, a niekiedy nawet świetne. Każda z nich to całkiem inny świat. Czytanie jest, jak wiadomo, jednym ze sposobów poznawania świata, tłumacz zaś to bardzo specyficzny czytelnik, musi bardzo głęboko wniknąć w materię tekstu, dowiedzieć się, jak wyglądały realia, w których dzieją się opisywane wydarzenia itd. Przy tej pracy dowiaduję się wielu drobiazgów, na które inaczej bym nie trafiła, nagle różne informacje pchają mi się do sfery uważności i domagają wyjaśnienia. Oczywiście później wiele z tego się zapomina, ale ta wiedza jednak gdzieś w nas przyrasta. W tej pracy mam więc odczucie obcowania z niesamowitym bogactwem. Doświadczanie świata organoleptycznie jest oczywiście czymś bardzo ważnym, ale przeżywanie go poprzez uważną lekturę również jest przyjemne. Największą przygodą w tłumaczeniu jest dla mnie zawsze wchodzenie w głowę autora, próba odtworzenia procesu konstruowania i obmyślania, który towarzyszył powstaniu książki.

Jolanta Kozak

Tłumaczka prozy i poezji z języka angielskiego. Przełożyła m.in. powieści Williama Whartona („Ptasiek”, „Tato”, „W księżycową jasną noc”), Lewisa Carrolla („Alicja w Krainie Czarów”), Johna Irvinga („Regulamin tłoczni win”), Kurta Vonneguta („Syreny z Tytana”, „Witajcie w małpiarni”), Philipa Rotha (m.in „Amerykańska sielanka”, „Ludzka skaza”, „Konające zwierzę”), Davida Fostera Wallace'a („Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi”, „Niepamięć”, „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”), Hanyi Yanagihary („Małe życie”, „Ludzie na drzewach”). Tłumaczka wierszy Williama Blake’a i opowiadań Edgara Allana Poe. Autorka książki „Przekład literacki jako metafora” (2009). W 2008 roku za przekład książki „Spisek przeciwko Ameryce” Philipa Rotha wyróżniona nagrodą „Literatury na Świecie”, w 2016 roku nominowana do Nagrody Literackiej Gdynia za przekład „Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi”. Laureatka Nagrody ZAiKS-u za przekłady literatury obcej na język polski (2017).

Praca trochę detektywistyczna?
Może raczej aktorska, bo tłumaczenie to wcieleniówka. Tłumacząc, muszę się w pewnym stopniu utożsamić z człowiekiem, którego tekst przekładam. Nie mam na myśli zapoznawania się z biografią autora, ale bardziej przeniknięcie i wyczucie melodii i logiki jego myśli. To bywa trudne, ale nie zdarzyło mi się, abym kiedykolwiek broniła się przed autorem, abym męczyła się podczas tłumaczenia. Może wynika to z tego, że często proponuję wydawcy książki, do których jestem przekonana, albo decyduję się na propozycje, które mi się podobają. Zwykle mam przyjemność pracować nad tekstami, o których sobie myślę, że sama chciałabym je napisać.

Zanim porozmawiamy o pani ostatnich przekładach, chciałabym podpytać o początki pani pracy, czyli lata osiemdziesiąte. Tłumaczyła pani wtedy m.in książki Williama Whartona. „Ptasiek” ukazał się podobno w Polsce w nakładzie trzydziestu tysięcy egzemplarzy, Wharton chyba nigdzie tak nie chwycił jak u nas.
Tak, to prawda. Miał, zdaje się, dziesięć tysięcy nakładu podstawowego, a potem były jeszcze dodruki. Tłumaczenie Whartona zaproponował mi Lech Jęczmyk, wówczas kierownik działu literatury anglojęzycznej w Czytelniku. Jęczmyk ma wprost niebywałego nosa do książek, sam jest świetnym tłumaczem i wielbicielem literatury fantastycznej wysokich lotów. To dzięki niemu tłumaczyłam książki Vonneguta.

W każdym razie to Jęczmyk wynalazł „Ptaśka”. Przy pierwszej lekturze jest to książka wstrząsająca. Wszystkie wczesne książki Whartona są bardzo mocne, dopiero potem poszedł w komercję. To człowiek, który miał niezwykłe życie i w pierwszych powieściach ciekawie te doświadczenia przetworzył. A skąd taki sukces tej prozy w Polsce? Nie wiem, ale bardzo wierzę w tytuł – zarówno „Ptasiek”, jak „Kraina chichów” Jonathana Carolla, którą też przełożyłam i która też cieszyła się powodzeniem, to moim zdaniem tytuły, który mi się udały. Tytuł nie jest bez znaczenia, potrafi wynieść książkę albo ją pogrążyć.

A jak było z Philipem Rothem? Podobno ten pisarz sprawuje ścisłą kontrolę nad swoimi zagranicznymi tłumaczeniami. Przechodziła pani test Rotha?   
Tak, zdałam test Rotha, co wyszło mi trochę bokiem, bo od tej pory tłumaczę niemal wszystkie jego kolejne książki, tymczasem, choć szanuję tego pisarza, to zdecydowanie nie jestem w nim zakochana. Nie wszystkie jego książki uważam za równie ciekawe. Olbrzymią zaletą Rotha jest umiejętność tworzenia fantastycznych postaci, zwłaszcza dzieci i nastolatków, jednak w późniejszych książkach wyłazi z niego kokiet, robi się minoderyjny, opisuje panów po siedemdziesiątce, którzy oczarowują dwudziestolatki. Co tu dużo mówić, wyłażą z niego kompleksy, może też nie radzi sobie dobrze ze starością. 

Zaczęło się od „Amerykańskiej sielanki”?
Tak. Moja historia z Rothem jest przedziwna, bo mnie się właściwie nigdy nie chciało go czytać. Kultowy dla wielu w latach siedemdziesiątych „Kompleks Portnoya” mnie znużył, bo nie bardzo widzę sens istnienia książek, które za swój główny cel mają łamanie tabu obyczajowego. Nie interesowałam się specjalnie twórczością Rotha aż do czasu, kiedy na przełomie tysiącleci Czytelnik zwrócił się do mnie z propozycją przetłumaczenia „American pastoral”, czyli „Amerykańskiej sielanki”. Zajrzałam do tej książki nieprzekonana i bardzo szybko stwierdziłam, że to genialna proza. Fantastycznie zarysowane postacie, świetnie skonstruowana akcja, mnóstwo dowcipu i jednocześnie sporo tragizmu, po prostu świetna literatura. Nawet gdyby nie napisał nic innego, to już za samą tę książkę powinien znaleźć się na liście do nagrody Nobla. W tej powieści dał, moim zdaniem, niezwykle przenikliwą i udaną diagnozę społeczeństwa amerykańskiego. Cała amerykańska trylogia Rotha, którą rozpoczyna „Amerykańska sielanka”, jest znakomita, trylogii nie tłumaczyłam niestety w całości i teraz tego żałuję.

Po tym, jak przełożyłam tę książkę, do wydawcy odezwali się czytacze Rotha. On sam oczywiście nie zna polskiego, ale ma swoich ludzi, którzy sprawdzają dla niego tłumaczenia na konkretne języki i je opiniują. W trakcie dziesięciu lat przekładania Rotha miałam styczność z trójką czytaczy, z których każdy zwracał uwagę na nieco inne rzeczy, wszyscy mnie jednak przepuszczali, z czego oczywiście byłam zadowolona. Po tym, jak zostałam zaaprobowana przez pisarza i namaszczona na jego polską tłumaczkę, przekładałam jego książki przez dekadę. 

Każde kolejne tłumaczenie musiało być zatwierdzane?
Tak, Roth życzył sobie, aby przesyłać mu tłumaczenie na etapie maszynopisu. Gdy tylko gotowa książka wychodzi z mojego komputera, jeszcze przed redakcją, on chce tę książkę dostać i wypowiedzieć się na temat przekładu, zdecydować, czy wydawca ma wysyłać ją do redakcji i korekty, czy nie.

Nie przyjmuje próbek tekstu?
Nie, zawsze musi dostać całość. Takie zawodowe ryzyko. Uwagi były drobne i nieliczne, czytacze byli zadowoleni, Roth był zadowolony, a ja musiałam tłumaczyć jego kolejne powieści. Choć, jak mówiłam, nie zawsze sprawiało mi to przyjemność, „Konającego zwierzęcia” na przykład nie lubię. Film z Penelope Cruz na podstawie tej powieści jest jeszcze gorszy od książki. Czasem żartuję, że przetłumaczyłam książkę o biuście Penelope Cruz. Ale tak to czasem bywa, nie zawsze przekładamy pasjonujące książki, choć ja staram się takich książek trzymać.

Pani tłumaczenia prozy Rotha zostały docenione, za przekład powieści pt. „Spisek przeciwko Ameryce” dostała pani nagrodę „Literatury na Świecie”.
Tak. To w moim mniemaniu ostatnia książka, która się Rothowi naprawdę udała, trochę osobna. Jej akcja rozgrywa się w latach czterdziestych ubiegłego wieku, w chwili kiedy Ameryka przystępuje do wojny, i jest to typowa historia alternatywna. Zamiast Roosevelta wybory prezydenckie wygrywa Charles Lindbergh, który sympatyzuje z Hitlerem. Duszna atmosfera tej książki w niepokojący sposób rezonuje z dzisiejszymi czasami, w których nasilają się wszelkie ekstremizmy i zachowania ksenofobiczne. Moim zdaniem szczególnie ciekawa jest w tej powieści postać Lindbergha. Ten słynny pilot i awiator, który w 1927 roku pierwszy przeleciał samotnie przez Atlantyk, był w latach, w których toczy się akcja powieści, prawdziwym celebrytą. Udzielał się politycznie i wyraźnie wyrażał swoje profaszystowskie sympatie. Gdyby wygrał wybory (w których, zdaje się, rzeczywiście startował), to historia świata mogłaby potoczyć się inaczej. To jeden z tych amerykańskich bohaterów, którzy dochodzą na szczyt, a potem spadają w otchłań – u szczytu sławy Lindbergh przeżył ogromną osobistą tragedię, porwano i zabito jego czteroletniego synka.

Roth wciąż potrafi błysnąć i bez dwóch zdań ma swoje miejsce w literaturze amerykańskiej. Mnie jego proza po prostu nie bierze, mogłabym bez niego żyć. Natomiast współczesna literatura amerykańska, moim zdaniem, bez Rotha żyć by nie mogła. Ja obcowałam z jego książkami dziesięć lat, więc z uwagi na nasz długi związek poczuwam się do swoistej lojalności wobec niego, ale nic więcej. To trochę tak, jak z rodziną, której się nie wybiera.

Nagrody są dla pani ważne?
Niespecjalnie, choć oczywiście miło je dostawać. Nagrody są odzwierciedleniem gustów i pewnego momentu, książka musi trafić w swój czas i wtedy zostaje doceniona przez czytelników, a czasem i krytyków. Ja z nagrodami od początku miałam różne przygody. W latach dziewięćdziesiątych dostałam na przykład wyróżnienie Stowarzyszenia Pisarzy Polskich za przekład książki Johna Irvinga „Regulamin tłoczni win”. Bardzo się starałam, aby ta książka trafiła właśnie do mnie, i byłam zadowolona ze swojego przekładu. W związku z nią przytrafiło mi się jednak coś, co sprawiło, że do dzisiaj, gdy słyszę słowo nagroda, to oblewa mnie zimny pot. W sumie zaliczam to do plusów swojej biografii, bo nie słyszałam o nikim, komu przytrafiłoby się coś podobnego, a mianowicie – laudacja, która byłaby miażdżącą krytyką nagrodzonej książki i jej przekładu. Podczas gali wręczenia nagrody znakomity pisarz i tłumacz Zygmunt Kubiak wygłosił laudację, w której zmieszał książkę Irvinga, a wraz z nią i mnie, z błotem.

Zygmunt Kubiak wręczał pani nagrodę i jednocześnie mówił, że książka jest fatalna, a nagrodzony przekład kiepski?
Mniej więcej. Ewidentnie nie znosił tej powieści i przypisał przekładowi wszystkie złe rzeczy, o które obwiniał autora. Po fakcie dowiedziałam się, że od początku był wielkim przeciwnikiem tej książki, logika więc nakazywała chyba, aby nie prosić go o wygłaszanie laudacji. Może on sam mógł odmówić? Wszystko, niczym w złym śnie, sprzysięgło się wtedy przeciwko mnie i naprawdę przeżyłam horrror. Sala była pełna gości, zaprosiłam wielu przyjaciół, swoją mamę, i wszyscy wysłuchali zajadłej filipiki przeciwko książce i przeciwko mnie jako osobie, która wylansowała tę złą książkę w Polsce. Z całym szacunkiem dla Zygmunta Kubiaka, wynikało to, moim zdaniem, z kompletnego niezrozumienia tej prozy.

Opowiada ona o doktorze Larchu, który prowadzi nietypowy szpital i sierociniec, w czym pomagają mu dwie pielęgniarki. Jest to jednocześnie klinika, w której kobiety mogą pozbyć się niechcianej ciąży, i sierociniec, w którym te z nich, które zdecydują się urodzić, mogą zostawić dziecko. To piękna, czuła, niejednoznaczna książka, którą Zygmunt Kubiak odczytał jako promocję aborcji, moim zdaniem opacznie. Podczas laudacji byłam jednak tak zszokowana, że zabrakło mi po prostu języka w gębie. To była prawdziwa afera, nie przyjęłam nawet pieniędzy z nagrody, bo po tym wszystkim już mi się tego wyróżnienia odechciało. Ale do książki się nie zniechęciłam, dalej uważam, że warto ją czytać.

A jak trafiła pani na książki Davida Fostera Wallace’a?
Chciałabym powiedzieć, że to ja go w Polsce odkryłam, ale tak nie było. Z propozycją tłumaczenia Wallace’a zwrócił się kiedyś do mnie Dariusz Suska, który prowadził wówczas małe wydawnictwo specjalizujące się w książkach pedagogicznych dla rodziców. To on podsunął mi „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” i „The Broom of the System”, czyli pierwszą studencką powieść Wallace’a. Od razu wybrałam „Wywiady”. Przetłumaczyłam tę książkę, ale tymczasem wydawnictwo upadło i sprawa została wstrzymana. Potem zrobiło mi się tego przekładu szkoda, żal mi było, że tak znakomita książka leży odłogiem. Dariusz zgodził się – bo wciąż miał prawa do przekładu – abym pochodziła z Wallace’em po innych wydawcach, i tak zaczęła się moja peregrynacja po warszawskich wydawnictwach. Nikt nie chciał na ten tekst spojrzeć, choć przekonywałam, że to kapitalna rzecz. W końcu zainteresowało się nim wydawnictwo W.A.B, dla którego robiłam akurat coś innego. Wtedy poszło już błyskawicznie, książkę złożyłam w maju, a w wakacje była w księgarniach.

Poprawiała pani ten przekład?
Nie. Mam zasadę, której się trzymam także w życiu, że pierwsza myśl jest złota. To dość banalne, ale w moim wypadku się sprawdza i dlatego nie poprawiam raz ukończonego przekładu. Przy wznowieniach zwykle nic już nie zmieniam. Jest jeden przekład, przy którym ta zasada nie działa i przy którego wznowieniach zawsze coś jeszcze poprawiam: „Alicja w Krainie Czarów” Lewisa Carolla. Ten przekład nie jest jeszcze w moim przekonaniu idealny, choć to pewnie za duże słowo. Są w nim po prostu miejsca, które wciąż wymagają dopracowania.

Wallace to chyba piekielnie trudny autor do tłumaczenia. Nie miewa pani chwil zwątpienia przy jego prozie?
Nie, ale ja wolę trudne teksty i jeśli to ode mnie zależy, to takie sobie właśnie wybieram. Lubię czuć opór materiału, lubię, jak praca nie idzie mi zbyt gładko. Dlatego niezmiernie cieszę się z Wallace’a, to najtrudniejszy pisarz, jakiego w życiu tłumaczyłam. Materia jego książek jest niesłychanie gęsta, Wallace ma swoje ulubione tematy, o których wie absolutnie wszystko: tenis, choroby psychiczne i uzależnienia, amerykańska popkultura, film, media. Teraz tłumaczę właśnie jego opus magnum, czyli „Infinite Jest”. To pierwsza książka, która ze mną wygrała, kręci mną jak szewc kopytem.

To znaczy?
Przemawia do mnie na przykład tylko nocą, regularnie budzi mnie w okolicach drugiej i domaga się tłumaczenia. Kładę się wieczorem, ale wiem, że w środku nocy wstanę i będę pracować. Przy innych książkach tak nie miałam, ta jest wyjątkowa, jest niczym żywy organizm. Wymogła na mnie taki tryb pracy.

Do której pani siedzi?
Zazwyczaj do piątej, szóstej. Potem się kładę i wstaję o ósmej, nie śpię więc długo, ale Wallace tego wymaga, a ja go słucham. Inne książki zawsze tłumaczyłam w ciągu dnia, ale „Infinite Jest” naprawdę mną rządzi. Mam nadzieję, że jej nie upraszczam, tłumacząc. Tematy pojawiające się na kartkach książek Wallace’a na pierwszy rzut oka nie są skomplikowane, ale mówi on o nich w sposób tak wnikliwy, tak misternie dobierając słowa, mnożąc określenia specjalistyczne, techniczne terminy, tworząc neologizmy, że powstaje z tego bardzo specyficzny, wielowymiarowy, osobny i kunsztowny język.

Z czego wynika nadmiar odczuwany w prozie Wallace’a? Prowadzi on walkę z niekomunikatywnością języka, szuka porozumienia? 
Moim zdaniem chodzi raczej o walkę z banalnością języka. Wallace miał olbrzymią łatwość wyrażania – wszystkiego. Ewentualnie można by więc nazwać jego zabiegi walką z nadkomunikatywnością języka. Język przychodzi nam za łatwo, za gładko, język zagaduje rzeczywistość, a ponieważ świata w dużej mierze doświadczamy językowo, to świat także staje się banalny. Rzeczywistość tymczasem jest materialna, złożona i bolesna i właśnie te jej właściwości stara się oddać w swej twórczości Wallace. Język jego prozy przepełniony jest bólem, czuć w nim ogromne zmaganie. 

Pisanie było dla niego przymusem?
Tak, zdecydowanie. Podobny rodzaj bolesności języka, rozszczepianie go i potęgowanie do granic dostrzegam też u Brunona Schulza czy Franza Kafki. Przytłoczenie, jakie odczuwamy czasem, obcując z myślowymi i słownymi konstrukcjami Wallace’a, obecny w jego książkach natłok myśli, zdań, obserwacji, rejestrów językowych wynika moim zdaniem również z chęci (a może przymusu) pokazania wszystkich aspektów świata równocześnie i natychmiast. W „Infinite Jest” Wallace toczy dramatyczną walkę o oddanie złożoności ludzkich przeżyć i materii świata, nie tracąc przy tym humoru. Pisanie jest u niego podszyte rozpaczą, która z kolei podszyta jest subtelną ironią i lekkością, jest w jego tekstach wielka, zamierzona elegancja.

Na czym polega wyjątkowość „Infinite Jest”?
Ta książka to w pewnym sensie ukoronowanie całego jego pisarskiego projektu. Niedawno tłumaczyłam fragment poświęcony detalicznie (jak to u Wallace’a) opisanej audycji radiowej – odbywa się ona w podziemiach budynku, który w swej konstrukcji przypomina ludzki mózg: korytarzami, czyli naczyniami krwionośnymi, dochodzimy do piwnic, w których są zatoki, węzły chłonne itd. I to wcale nie jest metafora, idąc tymi korytarzami, naprawdę jesteśmy w mózgu – depczemy po mózgu, gdy to czytamy. Opisywane przez Wallace’a światy są w bardzo mądry sposób chore, jeśli można tak powiedzieć. Być może choroba jest prawdą o nas? W wydaniu Wallace’a jest ona na pewno prawdą o świecie. Oczywiście możemy prześlizgnąć się przez życie w miarę bezboleśnie, ale jeśli chcemy żyć świadomie i prawdziwie, to musimy przygotować się na ból i cierpienie. 

U Wallace’a ten rodzaj spojrzenia wynika z pewnej nadświadomości i nadwrażliwości. Na ogół ludzie nie widzą atomów, z których składa się każdy przedmiot, a on je widzi. Czasem go to gubi, bo zapędza się w przeładowane opisy i piętrowe dywagacje. Zazwyczaj osoby w jego kondycji psychicznej nie tworzą, a jeśli to robią, to pozostają grafomanami. Chorzy często wyrzucają z siebie potoki słów, zapisują tysiące stron, ale są to po prostu majaczenia, wyraz obłędu. Pisanie Wallace’a podszyte jest chorobą psychiczną, z którą pisarz całe życie się zmagał, jednak on zawsze się kontroluje, nie przekracza granic zdrowego rozsądku i konstruuje swe teksty z iście naukową precyzją.

„Infinite Jest” ma w wersji oryginalnej ponad tysiąc stron, z czego ostatnie sto pięćdziesiąt zajmują przypisy, które, jak wiadomo, ten autor uwielbia. Nie mieści się nawet w tych bardzo rozbudowanych ramach języka, który sobie stwarza, jego tekst się z nich wylewa, stąd nadbudowywanie sążnistych przypisów. Akcja ma zwykle u Wallace’a konstrukcję szkatułkową, historia rodzi historię, jedno skojarzenie prowadzi do kolejnego, nie można się zatrzymać. W „Rzekomo fajnej rzeczy, której nigdy więcej nie zrobię” są przypisy do przypisów, odetchnąć od nich pozwala tylko „Niepamięć”, w której przypisów nie ma wcale albo są szczątkowe. W „Infinite Jest” jest ich zaledwie kilkaset, co jak na objętość tej książki nie jest jakąś wielką liczbą.

O czym jest ta powieść?
Powieść przedstawia historię trzech braci Incandenza: Hala, który kończy akademię tenisową w Enfield i próbuje dostać się na studia, jego starszego brata Orina i upośledzonego brata Mario. Wallace ulokował akcję książki w nieodległej przyszłości, ocenia się, że rozgrywa się ona w latach dwudziestych XXI wieku. Ta ogromna powieść może przerażać i sprawiać wrażenie chaosu, ale w tym szaleństwie jest metoda. Opowieść meandruje, ale rozwija się logicznie i konsekwentnie. Osobnym wątkiem jest historia ojca trzech braci, Jamesa Incandenzy – genialnego tenisisty i założyciela wspomnianej akademii. Toczy się ona w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.

Ile ma pani czasu na przełożenie tego tomiszcza?
Umowę mam na rok – sama tak ambitnie i pewnie niefrasobliwie to założyłam, ale to benedyktyńska praca i już wiem, że terminu nie dotrzymam. Tłumaczowi, który przekładał tę książkę na niemiecki, praca nad nią zajęła podobno osiem lat. Kiedyś trochę z niego pokpiwałam, ale teraz już się nie śmieję. Praca nad tym tekstem to wykuwanie malutkim dłutkiem wielkiego marmurowego bloku w ciągłej obawie, że kamień popęka. Muszę się z tą książką bardzo delikatnie obchodzić. Kolejną rzeczą – poza nocnym trybem pracy – którą ta książka na mnie wymusiła, jest tłumaczenie ręczne bez użycia komputera. Pracuję, używając wielkoformatowych notatników, w których jest bardzo dużo skreśleń i nawrotek. Potem będę to przepisywać do komputera i wtedy też pewnie zrobię ostateczną redakcję tekstu.

Redakcja jest dla pani ważnym etapem pracy?
Pewnie zabrzmi to zarozumiale, ale nie bardzo. Tłumaczę zwykle na zakładkę, to znaczy czytam sobie zawsze kawałek z poprzedniego dnia, aby utrzymać się w tonie i w języku, w jednolitości nazw, generalnie, żeby wkręcić się z powrotem w tekst. Jednak właściwie nigdy nie czytam tłumaczenia wielokrotnie od początku w całości, to zadanie zostawiam redaktorom. W tym wypadku jednak będzie inaczej, bo przyjęty sposób pracy wymusi na mnie przepisanie tekstu.

Pokazuje pani komuś tekst przed ukończeniem, radzi się kogoś?
Nie. Tylko przy tłumaczeniu „Alicji w Krainie Czarów” pokazywałam tekst komuś innemu, a dokładnie mojej córce – testowałam na niej różne wierszyki, była oczytana i szczera, więc szybko mogłam zweryfikować, czy moje pomysły są dobre, czy nie. Zaskakuje mnie pani tym pytaniem, nie wiedziałam, że tak można, nigdy nie przyszło mi do głowy, aby się z kimś konsultować w czasie pracy. Ja pracuję raczej w sekrecie i pokazuję innym dopiero skończony tekst. 

Zdradzi pani, jak planuje przełożyć tytuł „Infinite Jest”?
Tytuł jest zaczerpnięty z Szekspira, a dokładnie z piątego aktu „Hamleta” – Hamlet stoi nad grobem, z czaszką Yoricka w dłoni, i mówi do Horacja: „Poor Yorick! I knew him Horatio, a fellow of infinite jest”. Yorick był człowiekiem „nieskończonego żartu”. Ale „nieskończony żart” brzmi jak „niedokończony żart”. W większości polskich przekładów „Hamleta”na przykład u Słomczyńskiego czy Paszkowskiego – Yorick jest określany mianem człowieka, który był niewyczerpanym źródłem żartów, i ja na razie też obstaję przy tytule „Niewyczerpany żart”. Wydaje mi się, że to dobry pomysł, bo w tej wersji pobrzmiewa wyczerpanie, a życie jest wyczerpujące i proza Wallace’a też jest wyczerpująca. Ja mogę o tej książce teraz rozmawiać bez ustanku, obcowanie z nią to wielkie przeżycie, zupełnie inne niż na przykład praca nad przykładem „Małego życia” Yanagihary.

W jakim sensie?
„Małe życie” to piękna książka, ale w żaden sposób nie równa się z „Infinite Jest”. Proza Wallace’a to więcej niż literatura, to przeżycie totalne, a książka Yanagihary to świetna i przejmująca, ale „tylko” książka. Wallace jest moim autorem wybranym, a z propozycją tłumaczenia „Małego życia” zwrócił się do mnie wydawca, przeczytałam tę powieść, zachwyciłam się nią i zdecydowałam ją przełożyć. Okazała się bestsellerem w Polsce i zdarzeniem na miarę „Ptaśka” w moim życiu. Oddając ten przekład, czułam podskórnie, że to będzie hit, myślę, że to tłumaczenie mi się udało, że książka w polszczyźnie żyje i dobrze się czyta.

W każdym razie doświadczenie przekładania tekstów tych autorów jest zupełnie nieprzystawalne, książkę Yanagihary, która ma osiemset stron, przełożyłam w trzy miesiące, a „Infinite Jest” będę robić kilka lat. W tym wypadku przedzieram się przez tekst bardzo powoli i muszę przeżyć i przetrawić każde słowo oryginału. Przy Yanagiharze szłam na oddechu akapitu, czasem dłuższej frazy czy zdania, a u Wallace’a idę na oddechu pojedynczych słów. „Infinite Jest” przypomina stuścienną kostkę rubika.

Za przekład „Krótkich wywiadów z paskudnymi ludźmi” była pani nominowana do przekładowej Nagrody Gdynia. Sama jest pani zadowolona ze swoich przekładów prozy Wallace’a?
Z tych trzech książek, które przełożyłam do tej pory, jestem zadowolona, myślę, że są zrobione przyzwoicie. Na tym etapie pracy nie umiem jeszcze powiedzieć, jak poradzę sobie z „Infinite Jest”. To książka, która budzi niesamowitą grozę – swoim ogromem i swoistym szaleństwem. Mam nadzieję, że uda mi się przełożyć ją tak, aby czytelnik też tę grozę poczuł.

To w pewnych kręgach książka kultowa, nie obawia się pani krytyki? Czuje pani presję?
Ogromną. Krytyki się jednak nie boję, inaczej bym się nie porwała na tę powieść. To jedna z tych książek, którą pewnie mało kto przeczyta, ale o której wszyscy będą chcieli mieć zdanie. Jestem na to przygotowana. Po wydaniu „Niepamięci” redaktorka doniosła mi, że na Facebooku w komentarzu ktoś wytknął mi błąd w przekładzie. Chodziło o gąbczaste ciasto – komentujący dowodził, że powinnam była w tym miejscu pisać o biszkopcie. O biszkopcie mówi się czasem jako o gąbczastym cieście, użyłam tego określenia świadomie, ale ktoś odczuł to jako dodatkowe tłumaczenie. Wiem, że wielbiciele Wallace’a patrzą mi na ręce, przy „Infinite Jest” pewnie będę szczególnie pod lupą. W tym wypadku doświadczam jednak przede wszystkim innego rodzaju niepokoju – czuję presję doskonałości materiału wyjściowego, który chciałabym w miarę możliwości chemicznie odtworzyć. Nie mam złudzeń, tłumaczenie będzie różnić się od oryginału, to przecież nieuniknione i normalne. Chciałabym jednak, żeby jego włókna były jak najbardziej podobne do tych oryginalnych. Żeby to było to samo „Infinite Jest”, ale napisane trochę inaczej.

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.