Polska, kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy

6 minut czytania

/ Film

Polska, kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy

Jakub Socha

W swoim debiucie, nagrodzonym Złotymi Lwami na festiwalu w Gdyni, Piotr Domalewski opowiada o Polsce, z której chce się wyjechać i w której chce się zostać. Można powiedzieć, że opowiada o nas

Jeszcze 2 minuty czytania

W debiucie Piotra Domalewskiego, nagrodzonym zasłużenie Złotymi Lwami na festiwalu w Gdyni, wszystko jest na swoim miejscu – na piecu kaflowym stary boombox, na szafce mikrofalówka, pamiątki z budowlanych saksów, na kuchni emaliowane gary niepamiętające lepszych czasów, na podwórku szklarnia, do której nikt nie zagląda, i sterta rupieci, które przecież jeszcze na coś mogą się przydać. Ostatecznie napali się nimi w piecu. Na tapczanie dzieciaki oglądają „Kevina samego w domu”, w garażu panowie rozmawiają o płynach i mechanice, kobiety lepią pierogi, sąsiad siedzi w lesie i pilnuje choinek, bo boi się, że go okradną.

Sytuacja wyjściowa jest bardzo prosta i bardzo polska. Do rodziny na Wigilię zjeżdża syn z zagranicy. Syn ma na imię Adam, zjeżdża autobusem, wysiada kilkadziesiąt kilometrów od domu i w wypożyczalni pożycza lexusa, żeby dojechać do celu jak człowiek sukcesu. Cały czas towarzyszy mu kamera, którą rejestruje Polskę: zawianego spacerowicza, którego ściąga na środek jezdni; oddział husarzy, którym szkoda kasy na toaletę na stacji, a może po prostu wolą lać na świeżym powietrzu; samochody w rowach i kościoły przy drogach. W Gdyni dziwiono się, że chłopak sięga nie po telefon komórkowy, tylko po kamerę – mnie tam to nie dziwi, gdybym kiedykolwiek wpadł na pomysł, żeby nagrywać pocztówki dla swojego nienarodzonego dziecka, a z taką akcją mamy tu do czynienia, też wybrałbym kamerę. Jest ona bardziej filmowa, lepiej od telefonu uruchamia tych, którzy się przed nią znajdują. Pozwala im poczuć się przez chwilę jak na planie filmowym, zmusza ich do innej formy grania. Domalewski tę podwójność ładnie w filmie wygrywa.

Adam kręci, a w domu krząta się rodzinka: mama szykuje czerwony barszcz i wylewa alkohol przez okno, dogląda wszystkiego i martwi się za wszystkich; dziadek znęca się nad kundelkiem, który zżarł mu gołębie, wybaczyłby mu, gdyby kundelek wyciągnął zza pazuchy pół litra; zabawny wujcio chętnie by kogoś uszczypnął, póki co opowiada zabawne historyjki i marzy o wielkim biznesie; ojciec biedzi się z autem, które musiało popsuć się na kilka godzin przed pasterką, i często ucieka na strych; a młodszy brat udaje przed ojcem, że wie, jak auto wyleczyć i cały czas wisi na telefonie. Potraw i wódki jeszcze nie ma na stole, za to w szufladzie schowany jest akt notarialny działki, na której stoi dom dziadka – to po niego przyjechał dawno niewidziany gość, a nie dlatego, że się stęsknił.

W tej świetnie odtworzonej – i równie świetnie zagranej – krzątaninie przed pierwszą gwiazdką, kiedy trzeba jeszcze rozłożyć naczynia, zwędzić z prywatnego lasu choinkę i przekonać pozostałych członków rodziny, żeby zrzekli się praw do pożądanej posesji, wyłażą prawdziwe charaktery i frustracje, zawiedzione nadzieje, nieprzystające do siebie pokoleniowe doświadczenia, prawdziwa odległość między peryferiami i centrum. Wyłazi też wielka opowieść o polskiej emigracji zarobkowej – o samotnych matkach, które chciałaby mieć wszystkich blisko siebie, o nieobecnych ojcach, którzy już zapomnieli, po co wyjechali, i ich dzieciach, które wcale nie mają lepszych perspektyw. Domalewski broni przegranych i pokazuje, że ich przegrana tak naprawdę może jest tylko pozorna. Broni też prawa Adama do wyjazdu i do tego, że może wrócić z niego jak ojciec – na tarczy. W „Cichej nocy” ojciec, po tym, gdy wreszcie się napije, bełkocze, że za granicą był zawsze Polakiem i tylko w Polsce mógł poczuć się człowiekiem. Nie powinno to brzmieć dumnie ani dorzecznie, ale przez chwilę brzmi. Tak samo zresztą jak słowa jego najmłodszej córki, która bratu próbującemu uciec jak najdalej mówi, że sama chce być tam, gdzie wszyscy.

„Cichej nocy”„Cicha noc”, reż. Piotr Domalewski, Polska 2017, w kinach od 24 listopada 2017Myliłby się ten, kto by pomyślał, że Domalewski robi ten rodzaj kina, w którym to wódka definiuje ludzi, a puenty należą zawsze do małych dzieci. Ani to Smarzowski, ani Kolski – ani miazga, ani bajka. Prowincja wygląda w „Cichej nocy” wreszcie tak, jak wygląda – wygląda tak, jak wygląda prawie cała Polska: średniej wielkości kraj w środkowej Europie ze średnim klimatem i średnimi możliwościami. Zresztą, Polska – o Polsce rzadko się gada, Polską się tu nikt nie zajmuje. Ona tak naprawdę się nie liczy. „Demokracja rozluźnia więzi społeczne, ale zacieśnia więzi naturalne. Oddalając od siebie obywateli, zbliża członków rodziny”, pisał lata temu de Tocqueville, co dziś może wydawać się wymysłem, bo ludzie wydają się oddaleni zarówno od innych obywateli, jak i od rodziny. Ale może to tylko wielkomiejska perspektywa, może wcale tak nie jest. Na pewno nie u Domalewskiego. Nawet Adam, ten przybysz z zewnątrz (Zachodu), ten, który chce coś dla siebie, który chce iść na swoje, wracając do rodzinnego domu, szybko się w nim odnajduje, na nowo zadomawia. I nagle więzi, które wydawały mu się czymś, z czym dawno się uporał, stają się tym, z czym nie upora się nigdy. Nie wiadomo, czy chce, a Domalewski nie mówi, czy warto. Podoba mi się ta niejednoznaczność, wydaje mi się prawdziwa i szczera. I inaczej niż niektórzy krzyczący: olaboga, narzekający, że „Cicha noc” to znowu to samo: Polska, katolickie święto, rodzina, nie mam z tym problemu. Oczywiście, też chętnie obejrzałbym dobry film o warszawskim weganach i poliamorystach. Póki co pojawił się jednak film, który nie orbituje w kosmosie, tylko mocno trzyma się ziemi. Opowiada o ludziach mieszkających w Polsce, a nie o Polakach. Film, który potencjalnie ma szanse, żeby wszystkich pogodzić: i tych, którzy chcieliby z tej Polski zwiewać, i tych, którzy sobie tego nawet nie wyobrażają.  Dzisiaj to prawdziwy cud.