bum!

10 minut czytania

/ Film

bum!

Maria Poprzęcka

Centralnym problemem „Manifesto” nie jest awangarda czy modernizm, lecz ocalenie wolności zagłuszanej medialnym zgiełkiem. Wolności sztuki, wolności twórcy, wolności myśli

Jeszcze 3 minuty czytania

Przypomnieć awangardowe manifesty – pomysł trafiony w punkt obchodów Roku Awangardy. Pole dla wielbicieli historycznych rekonstrukcji. Czemuż nie wskrzesić futurysty Marinettiego, jak we fraku i z podkręconym wąsem głosi konieczność wojny („jedynej higieny świata”), chwałę militaryzmu, patriotyzmu i pogardy dla kobiet? Odegrać skandale dadaistów w Cabaret Voltaire w Zurychu, dla smaku dodając przebitkę na rezydującego tam wówczas Lenina. Pozwolić przemówić Malewiczowi fetowanemu na bankiecie w warszawskim hotelu Polonia. Pokazać Le Corbusiera (muszka, okrągłe okularki) demonstrującego wieżowce „La Ville Radieuse” mające zastąpić stary Paryż. A potem coś nowszego – na przykład fluxusowców komisyjnie niszczących fortepian. I tak dalej, aż po filmowców ogłaszających Dogmę 95.

Szczęśliwie Julian Rosefeldt, twórca „Manifesto”, nie jest rekonstruktorem, lecz artystą. Kto latem ubiegłego roku w warszawskim Nowym Teatrze oglądał jego dziewięciokanałową instalację wideo „Asylum”, ten wie, że mamy do czynienia z twórcą niezwykłym, przenikliwie diagnozującym współczesność, politycznie czujnym, społecznie wrażliwym, a przy tym perfekcyjnie operującym symultanicznym filmowym obrazowaniem. W „Manifesto” Rosefeldt pozostaje artystą zanurzonym w świecie współczesnym, lecz zarazem zafascynowanym poprzednikami. Zafascynowanym na dobre i złe. Jeśli wraca do tekstów, niegdyś głośnych, dziś w większości skostniałych w akademickich antologiach, to aby powiedzieć: sprawdzam! Sprawdzam, co zostało z burzycielskiej odwagi, bezwzględnej pryncypialności, kosmicznych zamierzeń na miarę przebudowy świata i człowieka, niezmąconej wiary we własne racje, siły przekonań, anarchicznej energii, porywającej retoryki? A może także, co my zrobiliśmy z tamtych idei i tamtej wiary?

Pamiętajmy, że dla awangard, zwłaszcza tych najbardziej radykalnych, sprzed stulecia, manifest, program, teoria, były apriorycznym, niezbędnym warunkiem zaistnienia i działania. Były tego działania zapowiedzią, czasem nawet substytutem. Były zawsze normatywne i zwrócone ku przyszłości. Nie towarzyszyły twórczości, lecz ją projektowały. Z setek tekstów składających się na ogromne archiwa awangard Rosefeldt zrealizował trzynaście performansów. Z awangardowego wielosłowia złożył trzynaście wystąpień żarliwych, gniewnych, megalomańskich, kategorycznych. Wszystkie zostały napisane przez mężczyzn. I wszystkie powierzył jednej kobiecie – Cate Blanchett.

Powstałe w 2015 roku „Manifesto” było początkowo dziełem nie kinowym, lecz galeryjnym, pokazywanym jako symultaniczna instalacja wideo, m.in. w Nowym Jorku, Sydney, Berlinie. Zmontowanie performansów w linearną, filmową narrację musiało uładzić, uspokoić zamierzony chaos pierwotnej pracy. Lecz nie na tyle, by zmienić dzieło w repetytorium awangardowych programów. Nie należy oczekiwać wykładu o dwudziestowiecznych artystycznych manifestach. Kogo tam nie ma: futuryści i sytuacjoniści, suprematyści i konstruktywiści, kreacjoniści i dadaiści, ekspresjoniści i minimaliści. Rosefeldt obchodzi się z tekstami bezceremonialnie, tnie je, miksuje, klei. Miesza autorów, czasy, miejsca, konteksty. Już w prologu „Manifest komunistyczny” Marksa/Engelsa przechodzi w tekst Philippe'a Soupault, a potem leci Lucio Fontana, Aleksandr Rodczenko, Guy Debord… Chwytamy znane zdanie, by za chwilę zagubić się w potoku słów. To nie historyczna dydaktyka, ale czysto autorska kreacja. W katalogu galeryjnych pokazów „Manifesto” podano źródła wszystkich tekstów wygłaszanych przez Cate Blanchett. W kinie jesteśmy tej bibliograficznej podpowiedzi pozbawieni. I może tak jest lepiej, bo nawet jeśli chwilami widz czuje się sfrustrowany własną niewiedzą, to wie, że obcuje z autorskim dziełem Juliana Rosefeldta, a nie z erudycyjną kompilacją.

„Manifesto”

Wszystkie materiały promujące film podkreślają istotnie oszałamiające umiejętności Blanchett, wcielającej się w trzynaście postaci skrajnie odmiennych – od bezdomnego menela do idealnej pani domu. Każda z tych postaci została wszakże osadzona w pieczołowicie wykreowanych sceneriach, które nie są tylko tłem dla aktorki, ale tworzą odrębną, fascynującą wizualnie i znaczącą warstwę filmu. To dopiero te scenerie, wraz z osobą Blanchett, tworzą pełny trialog z tytułowymi „manifestami”. A zatem mamy zdegradowaną, poprzemysłową ziemię niczyją, monstrualną giełdę niczym z somnambulicznego SF, mieszczański dining room, pracownię lalkarską, gdzie poniewierają się kukły wszystkich wielkich tego świata, zapaskudzone resztkami narkotykowej imprezy studio nagraniowe, snobistyczny salon z widokiem na jezioro, imponujące technologiczne zaplecze sceny wielkiego teatru…

 „Manifesto” „Manifesto”, reż. Julian Rosefeldt. Australia, Niemcy 2015, w kinach od 17 listopada 2017Katalog ról Cate Blanchett jest imponujący – bezdomny koczujący w pofabrycznej ruinie, maklerka w fantazmatycznym biurowcu, suwnicowa w przetwórni śmieci, gospodyni eleganckiego private party, punkowa wolistka snująca się wśród resztek po narkotykowej imprezie, uczona w (atomowym?) ośrodku badawczym, świecka funeral speaker, lalczarka w swojej zabałaganionej pracowni, modelowa amerykańska house wife, celebrytka-choreografka, nieskazitelna prezenterka TV, poprawna politycznie nauczycielka w multirasowej klasie. Konstrukcja i wymowa kolejnych performansów nie jest bynajmniej jednoznaczna. Czy bezdomny menel wykrzykujący hasła wzięte z Marksa i marksistowskich sytuacjonistów to dogorywający kombatant zrewoltowanego pokolenia ’68? Czy ubrana w ochronny kombinezon pracownica niewiadomego przeznaczenia ośrodka badawczego, z przerażeniem w oczach recytująca teksty rewolucyjnych rosyjskich konstruktywistów, to wyraz dzisiejszych lęków przed urzeczywistnieniem technologicznych megautopii? Czy absurdalne da-da-da-da wygłaszane nad otwartym grobem przez elegancką „mówczynię pogrzebową” to parodia celebry świeckiego „ostatniego pożegnania”? I kogo tu żegnamy bluźnierczą paplaniną?

Pierwszym pytaniem jest jednak, co w ogóle wynika ze zderzenia programowych tekstów z zaskakującymi, paradoksalnymi kontekstami i z kobiecej (co artysta mocno podkreśla) interpretacji? Czy okrutne szyderstwo z awangardowych urojeń i uroszczeń? Z budowniczych świata, po których zostały betonowe rumowiska, wyglądające jak skażona czarnobylska strefa? Teksty architektów-futurystów, wybrzmiewające w scenerii posępnego blokowiska czy obojętnie mamrotane przez pogryzającą kanapki suwnicową w przetwórni odpadów – mogą za takim odczytaniem przemawiać. Ale tak byłoby zbyt prosto. Krach modernizmu jest motywem nienowym i zgranym. Dziś raczej mamy do czynienia z jego rehabilitacją po czyśćcu potępienia. Toteż piętrząc paradoksalne konfrontacje, Rosefeldt idzie znacznie dalej. Centralnym problemem nie jest dla niego awangarda czy modernizm, lecz ocalenie wolności zagłuszanej medialnym zgiełkiem. Wolności sztuki, wolności twórcy, wolności myśli. Jeśli ten film niesie przestrogi, to nie przed szalonymi utopiami, nawet jeśli kończą się one katastrofą. Jest przestrogą przed wszelkimi formami zniewolenia, także – a może przede wszystkim – tymi, które czają się w emancypacyjnych, wolnościowych hasłach i programach.

„Manifesto”

I tak, manifesty Fluxusu, wywrotowego i przewrotnego ruchu, wyzwalającego z wszelkich ograniczeń i artystycznych konwencji, wygłaszane są (ze wschodnim akcentem) przez despotyczną Wielką Choreografkę, tyranizującą traktowane jak roboty baletnice. Program Claesa Oldenburga, najdowcipniejszego z pop-artystów („banan to sztuka, lody to sztuka”) urasta do rangi modlitwy celebrowanej przez rodzinę, pokorną wobec stanowczej matki. Aksamitna tyrania emancypacji przyjmuje też postać miłej nauczycielki, która, słowami filmowców: Larsa von Triera, Jarmuscha, Herzoga, naucza dzieci twórczej wolności. „Nic nie jest oryginalne, kradnijcie cudze pomysły, tylko naturalne światło, musi być kolor, żadnego nazwiska reżysera! OK?” „OK” – odpowiada zgodny dziecięcy chórek. Jeszcze inną przestrogą jest scena telewizyjna. Ogromne studio, ostatnie przygotowania przed wejściem na wizję (dmuchnięcie lakierem na włosy, lekkie przypudrowanie) i wreszcie wiadomość dnia: „Dobry wieczór państwu. Wszelka sztuka jest fałszem!”. W telewizji powiedzieli, masz uwierzyć.

Film prowokuje też pytanie, na ile zobojętnieliśmy na subwersje i transgresje, którymi awangardowe programy są naładowane. Kogo zgorszy naćpana punkówa wysyłająca Chopina na krzesło elektryczne? Czy manifest pop-banalizmu odmawiany jak rodzinny pacierz naruszy czyjeś uczucia religijne? Czy i jakie emocje wzbudzają dziś w Polsce przywołania Marksa i goszystowskich neomarksistów?

Myśl, by poddać rewizji dwudziestowieczne manifesty, artystyczne mistrzostwo, z jakim Rosefeldt zrealizował swój zamysł, aktorski tour de force Cate Blachett (dla której film został pomyślany), wreszcie majstersztyk charakteryzacji, zaowocowały filmem wyjątkowym. Przy okazji pokazującym, jak zanikają artystyczne klasyfikacje i gatunki. „Manifesto”, prezentując paradę artystycznych doktryn, samo jest dziełem antydoktrynalnym, otwartym. Sformułowanym w trybie pytającym, nie orzekającym.

Na koniec więc pytanie: kim dziś my jesteśmy wobec potężnego ładunku myśli i woli, jaki niosą manifesty? W prologu filmu oglądamy miłe starsze panie, które w opuszczonej przestrzeni zabawiają się wystrzeliwaniem rac. Podpalają lont, chichocząc uciekają, raca wybucha, trochę błysku, małe bum! – i można ponowić zabawę.