Tam się po prostu nie chodzi
Galeria Czynna na festiwalu Blask Brzask, w środku Marcin Polak i Tomasz Załuski

23 minuty czytania

/ Sztuka

Tam się po prostu nie chodzi

Rozmowa z Marcinem Polakiem i Tomaszem Załuskim

Łódzka Galeria Miejska jest w tej chwili takim pojemnikiem na obiekty, bez programu i pomysłu. Ten pojemnik funkcjonuje w trakcie wernisażu, a potem zieje pustką. Dlatego takie nadzieje pokładamy w trwającym właśnie konkursie na nowego dyrektora

Jeszcze 6 minut czytania

PAULINA WROCŁAWSKA: Właśnie ogłoszono konkurs na dyrektora Łódzkiej Galerii Miejskiej. Wyniki poznamy 15 grudnia. Staraliście się w mieście o ten konkurs dobrych kilka lat.
TOMASZ ZAŁUSKI: I wreszcie się udało. W 2011 roku odbył się w Łodzi Regionalny Kongres Kultury. Była to dobra okazja do zastanowienia się, co jest nie tak z polem kultury w naszym mieście i co należałoby zmienić. Pamiętam, że wytworzyła się wtedy automatycznie sytuacja konfrontacyjna: z jednej strony ci, którzy instytucjami kierują, z drugiej ci, którzy instytucje te krytykują i domagają się zmian. Środowisko artystyczne, związane przede wszystkim ze sztukami wizualnymi, przedstawiło wówczas szereg problemów, które można rozwiązać na poziomie instytucjonalnym, i sformułowało postulaty skierowane do samorządu miejskiego.

Na co przede wszystkim zwracali uwagę artyści?
TOMASZ
: Na brak pracowni i stypendiów, na brak mikrograntów, czyli form finansowania artystów jako osób fizycznych. Na brak honorariów dla artystów i artystek. Na brak mechanizmów promocyjnych i programów wspomagania absolwentów na początku drogi twórczej. Wszyscy wtedy płakali, że młodzi z Łodzi wyjeżdżają, ale nie było sensownych programów skierowanych dla absolwentów szkół artystycznych, które mogłyby temu przeciwdziałać. Po kongresie doszło do współpracy między Wydziałem Kultury a nami jako środowiskiem artystycznym. 

I coś się zmieniło?
TOMASZ: Tak. Uregulowano na przykład kwestię pracowni artystycznych. Pamiętam, że gdy potem byłem w Warszawie na spotkaniu poświęconym tej tematyce, zorganizowanym w ramach festiwalu „Warszawa w Budowie”, to się okazało, że w Łodzi wypracowaliśmy całkiem niezły system.

Na czym on polega?
TOMASZ: Udało się zlikwidować kryterium posiadania dyplomu uczelni artystycznej. Jako argument przywoływaliśmy Zbigniewa Liberę, który w takich warunkach nigdy nie dostałby pracowni, mimo że jest uznanym na świecie artystą. W zamian wprowadziliśmy więc inne kryterium – środowiskowe rekomendacje. Zaproszono mnie też do udziału w pracach Komisji ds. Pracowni przy Wydziale Kultury.

Tomasz Załuski

Historyk sztuki i filozof, pracuje w Instytucie Kultury Współczesnej Uniwersytetu Łódzkiego oraz w Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi. Jego badania obejmują praktyki artystyczne,  artystyczny aktywizm i samoorganizację; dokumentację sztuki i archiwa kultury artystycznej; konfiguracje estetyki, etyki i polityki w kulturowym projekcie nowoczesności. Autor książki  „Modernizm artystyczny i powtórzenie. Próba reinterpretacji” (2008), redaktor tomów „Sztuki w przestrzeni transmedialnej” (2010), „Skuteczność sztuki” (2014). Członek redakcji pism „Sztuka i Dokumentacja”, „Hybris. Internetowy Magazyn Filozoficzny”. Wraz z Marcinem Polakiem i Łukaszem Ogórkiem prowadzi w Łodzi Galerię Czynną.

Jakie miejsca przeznaczane są na pracownie?
TOMASZ:
Bardzo różne. Są to miejskie lokale, niektóre wymagające poważnych remontów, inne w zadowalającym stanie. W kamienicach, na strychach, o powierzchni od kilkunastu metrów do ponad stu, w zależności od potrzeb. Stawki czynszu są jak za mieszkania komunalne, a więc konkurencyjne w stosunku do czynszów lokali komercyjnych. Wcześniej, żeby ubiegać się o pracownię, trzeba też było mieć meldunek w Łodzi, a przecież wiadomo, że wiele osób tu studiujących czy mieszkających jest wciąż zameldowanych w rodzinnych stronach. Generalnie chodziło nam o to, żeby uwzględnić obecne realia, a nie trzymać się przestarzałych przepisów pochodzących w swym zasadniczym kształcie chyba jeszcze z lat 80.

Ilu artystów załapuje się na te pracownie?
TOMASZ: Nie jestem w stanie podać konkretnej liczby, ale wydaje mi się, że istniejący zasób w miarę zaspokaja bieżące potrzeby. Istnieje też ruch, najemcy pracowni się zmieniają. W ostatnich latach do puli dodano nowe lokale, na przykład na byłym osiedlu przyfabrycznym na Księżym Młynie. Po pięciu latach wynajmowania pracowni można starać się o przekształcenie jej w mieszkanie komunalne.

MARCIN POLAK: Te zasady, o których mówi Tomek, dotyczyły też warunków przyznawania stypendiów, naszego kolejnego postulatu.

TOMASZ: Tak, w 2011 roku Łódź była chyba jedynym większym miastem, które nie miało miejskiego systemu stypendialnego dla twórców.

MARCIN: Poza problematycznym obowiązkiem wykształcenia i zameldowania pojawiła się w tym przypadku również kwestia wieku. Urzędnicy od razu powiedzieli, że stypendia powinny być skierowane do młodych artystów. A ponieważ to była nasza inicjatywa, działaliśmy wtedy jako grupa robocza, w której średnia wieku wynosiła ponad 30 lat, to udało nam się wywalczyć, żeby regulamin nie wykluczał artystów powyżej 35. roku życia.

Wystawa „Zawód artysty”, Galeria Wschodnia

Jeszcze przed kongresem zrobiliście wystawę „Zawód artysty” w Galerii Wschodniej. Ona też dotyczyła podobnych problemów?
TOMASZ: Te postulaty po prostu wisiały w powietrzu od dłuższego czasu.

MARCIN: Chcieliśmy pokazać, jak artyści zarabiają na swoje hobby, czyli właśnie na bycie artystami. Chodziło też o to, jak my sami postrzegamy bycie artystą – jako hobby. Miejscy urzędnicy, łódzkie galerie, dyrektorzy instytucji kultury w Polsce nie traktowali wtedy zawodu artysty jako zawodu.

TOMASZ: Innymi słowy: nie płacili artystom honorariów.

Marcin Polak

Absolwent fotografii w PWSFTviT w Łodzi. W swoich projektach porusza problemy społeczne i polityczne, starając się inicjować dialog między społeczeństwem a instytucjami oraz elitami. Jest autorem akcji rewitalizujących przestrzeń publiczną i społeczną Łodzi, m.in. „Lipowa OdNowa”, „Punkt dla Łodzi”, Ratujmy Łódzkie Murale”, „Świetlice Artystyczne”, a także inicjatorem działań z cyklu „Zawód artysty”, odnoszących się do sytuacji socjalno-bytowej artystów. Założyciel i redaktor portalu „Miej Miejsce” o tematyce miejskiej i artystyczno-kulturalnej. Wraz z Łukaszem Ogórkiem i Tomaszem Załuskim prowadzi Galerię Czynną. W 2016 roku odznaczony Odznaką Honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.

MARCIN: W efekcie każdy łódzki artysta miał swój drugi zawód. Ktoś projektował piżamy, ktoś pończochy, ktoś robił zdjęcia ślubne. Nie chciałem, żeby to była tylko wystawa podszyta pretensją. Chciałem, żebyśmy razem wykonali jakąś pracę, która wywoła istotne zmiany.

TOMASZ: To nie miał być projekt czysto artystyczny, o jedynie symbolicznym wydźwięku. Skoro porusza kwestie społeczno-ekonomicznego życia artystów, to niech się też przełoży na zmiany w ich sytuacji. Zrobiliśmy więc spotkanie.

MARCIN: Artyści początkowo nie tylko nie chcieli mówić, ale też nie chcieli pokazywać tych prac. Wystawę zorganizowaliśmy w prima aprilis, ale jej cel był poważny.

TOMASZ: Całość wyglądała na zbiór hermetycznych instalacji artystycznych. Ale każda z tych instalacji tak naprawdę składała się z rzeczy, które artyści i artystki projektowali lub wytwarzali, żeby opłacić przysłowiowe rachunki. I dzięki temu, po godzinach, mieć czas na sztukę.

MARCIN: Pokażę ci dokumentację wystawy. To jest Elina Toneva, laureatka konkursu Strzemińskiego, która zarabia na życie jako instruktorka krav magi, szkoli policjantów. Pokazaliśmy więc imitacje karabinów i pistoletów używanych do szkoleń. To moje prace, gdy zarabiałem jako fotograf w studiu fotograficznym, ale głównie zajmowałem się przestawianiem głów na fotografiach. To był początek ery cyfrowej, robiło się masę zdjęć i jak przychodziła rodzina, to się oferowało: „Proszę sobie wybrać najlepsze miny” i potem to przestawialiśmy w kompie [śmiech]. Natasza Splewińska wykonywała na zlecenia obrazy świętych do kościołów, a jako artystka zrobiła między innymi taki ciekawy łódzki neon „Rudowłosa”, który ci pokazywałem, jak spacerowaliśmy po mieście. Adam Szwarc roznosił ulotki, był lakiernikiem samochodowym, fryzjerem. Agnieszka Chojnacka projektowała piżamy w podłódzkiej firmie, a jako hobby robiła wtedy ciekawy audio art, zanim to jeszcze zrobiło się takie popularne. Ania Orlikowska, dziś znana autorka filmów i fotografii, pokazała pończochy, które wtedy projektowała dla jakiejś firmy, Artur Malewski popiersia papieża, które sprzedawał na Allegro. Fajne jest to, że jednak sporo od tego czasu się zmieniło i część z tych artystów jest dziś na przykład szanowanymi wykładowcami na uczelniach artystycznych.

Jakie były reakcje na tę wystawę i dyskusję, która jej towarzyszyła?
TOMASZ: To były czasy, kiedy Obywatelskie Forum Sztuki Współczesnej dopiero się rozwijało, nie istniała jeszcze Komisja Środowiskowa Pracowników Sztuki przy związku zawodowym Inicjatywa Pracownicza, Krytyka Polityczna nie wydała jeszcze „Czarnej księgi artystów polskich”, nie było zbyt wielu badań i tekstów poświęconych sytuacji społeczno-ekonomicznej artystów, nie poszło jeszcze w eter przekonanie, że artysta to też pracownik, który ma prawo domagać się wynagrodzenia za wykonaną pracę, w tym honorarium za wystawę itd. I stąd to krygowanie się zaproszonych przez Marcina artystów, rodzaj poczucia wstydu. Niektórzy widzowie mówili wręcz, że przecież artysta to nie żaden zawód, to powołanie.

Wspomniane spotkanie zorganizowaliśmy w Muzeum Sztuki, zaprosiliśmy ówczesną wiceprezydent Łodzi do spraw kultury Agnieszkę Nowak, szefa Wydziału Kultury Jakuba Wiewiórskiego, dyrektora Muzeum Jarosława Suchana, dyrektorkę Miejskiej Galerii Sztuki Elżbietę Fuchs i innych przedstawicieli instytucji kultury z Łodzi. Przyszła też około setka młodych artystów i artystek. Tematem był zawód artysty i pytanie o to, jak można wspierać łódzkie środowisko artystyczne. Pamiętam, że w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej” pojawiła się relacja ze spotkania, w której oburzona dziennikarka pisała o roszczeniowej postawie artystów. Argumentowała, że artyści mają przecież swoje dzieła, które mogą sprzedawać na rynku. A co więcej – co roku łódzkie uczelnie opuszczają np. tłumy absolwentów ekonomii i marketingu i oni muszą sobie jakoś radzić, więc i artyści też sobie jakoś poradzą.

Dożynki, Galeria Czynna (pierwszy od lewej Marcin Polak, czwarty, w czapce Tomasz ZałuskiDożynki, Galeria Czynna (pierwszy od lewej Marcin Polak, czwarty, w czapce Tomasz Załuski)

Macie wrażenie, że jako przedstawiciele całkowicie niezależnego, oddolnego ruchu artystów jesteście w Łodzi wysłuchiwani?
MARCIN: Tak. Sporo z naszych postulatów udało się już wprowadzić w życie, m.in. system stypendialny. Część artystów z naszej wystawy je dostała,  z czego bardzo się cieszymy. No, ale ten temat wałkowaliśmy naprawdę długo. Kolejne dyskusje,  kolejna wystawa, tym razem w Muzeum Sztuki. Właściwie trwa to do dzisiaj i na pewno jeszcze trochę potrwa – na ostatnim spotkaniu jedna z urzędniczek na pytanie, czy miejskie galerie płacą honoraria artystom, odpowiedziała, że nie rozumie pytania.

TOMASZ: Konsultując sprawę pracowni i stypendiów, powołaliśmy do życia rodzaj grupy roboczej, w skład której wchodziło kilkadziesiąt artystów i artystek z Łodzi. Niedługo po wystawie „Zawód artysty” odbył się wspomniany już Regionalny Kongres Kultury. Uznaliśmy wtedy, że jeśli nie weźmiemy w nim udziału, to problemy środowiska artystycznego nie zostaną wzięte przez urzędników pod uwagę. Do kongresu solidnie się więc przygotowaliśmy, zrobiliśmy ankietę wśród artystów dotyczącą diagnozy sytuacji.

I na tym kongresie wypłynął też temat Miejskiej Galerii Sztuki, kierowanej od ponad 20 lat przez tę samą osobę?
MARCIN: Tak, ponieważ artyści sami na ten problem zwracali uwagę w naszych ankietach. Oczywiście są też środowiska zadowolone z funkcjonowania galerii.

TOMASZ: Są to osoby, których twórczość jest pokazywana w galerii, związane głównie ze środowiskiem łódzkiej ASP, i to też nie całej. Ale nawet od części z nich słyszałem krytyczne komentarze, nie byli bowiem zadowoleni ze współpracy z galerią. Ciągle na przykład słyszeli, że coś, co sobie zamierzyli, jest nie do zrobienia, a nie były to jakieś wydumane pomysły czy fanaberie.

Mówiąc szczerze, ja o istnieniu w Łodzi takiej instytucji dowiedziałam się dopiero teraz, gdy został ogłoszony konkurs na nowego dyrektora. A przecież to powinna być jedna z najważniejszych galerii w kraju.
TOMASZ: To prawda, galeria nie istnieje na ogólnopolskiej mapie sztuki. Gdy za jakiś czas będziemy pisali historię sztuki polskiej po 2000 roku, to niestety okaże się, że żadne istotne wystawy czy wydarzenia nie miały tutaj miejsca.

MARCIN: Zmiana funkcjonowania tej galerii była jednym z naszych postulatów wypracowanych podczas „Zawodu artysty”. Udało nam się nawet wtedy doprowadzić do spotkania z panią dyrektor Fuchs i urzędnikami.

TOMASZ: Naiwnie poszliśmy we trójkę czy czwórkę, a tam zastaliśmy kilkanaście osób, związanych ze środowiskiem ASP bądź reprezentujących inne miejskie instytucje kultury, zaproszonych przez dyrektorkę, aby ją wesprzeć i bronić przed naszą krytyką. W efekcie spotkanie nie przyniosło żadnych bezpośrednich efektów.

Co jest nie tak z tym miejscem?
TOMASZ: Zespół galerii nie przejawia żadnej inicjatywy, jeśli chodzi o wyszukiwanie nowych zjawisk w sztuce czy nowych tendencji w środowisku lokalnym, nie organizuje wystaw problemowych. Nie mówi o rzeczywistości za pomocą sztuki, a tym bardziej nie próbuje w tej rzeczywistości partycypować ani na nią oddziaływać. Podstawowym formatem jest tutaj wystawa indywidualna, czyli najprostszy, najbardziej gnuśny model działania. Cóż trudnego w powieszeniu kilku obrazów w galerii, dodajmy – wciąż na sznurkach.

Na sznurkach?
TOMASZ: Sznurki są niejako symbolem anachroniczności tej galerii. Można by tam przyprowadzać studentów, żeby zobaczyli, jak się drzewiej robiło wystawy. Zdarzyło się kilka ekspozycji tematycznych, ale były przygotowane przez osoby z zewnątrz – i co symptomatyczne, większość z nich sparzyła się na współpracy z galerią i już więcej tam nie wróciła. 

MARCIN: Tam się po prostu nie chodzi. Jeśli w Łodzi dzieje się coś sensownego, to my tam bywamy. Wystarczy też wejść w wyszukiwarkę i sprawdzić, czy gdziekolwiek pojawiają się informacje o wydarzeniach, które organizuje galeria. Nie wspominają o niej ani nasze lokalne media, ani branżowe ogólnopolskie. Bo i nie ma o czym.

Galeria Miejska w Łodzi – Ośrodek Propagandy Sztuki / fot. Paulina Wrocławska

Mimo że galeria dysponuje ogromną przestrzenią – ma aż cztery lokalizacje.
TOMASZ: I to nie byle jakie. Wszystkie znajdują się w centrum, jedna przy ulicy Piotrkowskiej, czyli głównej ulicy Łodzi. Druga to położony w parku Sienkiewicza Ośrodek Propagandy Sztuki. Trzecia to secesyjna willa przy ulicy Wólczańskiej.

MARCIN: Jest też jedna przestrzeń nieco dalej, o małym metrażu, Galeria Bałucka, gdzie młodsi artyści są wypychani przez dyrekcję. Ale ludzie z naszego środowiska nie chcą się tam pokazywać.

TOMASZ: Nie chodzi tylko o wielkość, a też o rodzaj podejścia. Czy kurator współpracuje ze środowiskiem, czy jest partnerem dla artystów w kształtowaniu się koncepcji realizowania ich wystaw czy działań, czy młodzi twórcy mogą liczyć na katalog oraz pomoc w produkcji prac, tak jak to ma często miejsce w galeriach miejskich innych miast? Otóż nie.

MARCIN: Pytanie, czy tam w ogóle jest jakiś zespół kuratorski. 

Ze strony trudno to wyczytać.
MARCIN: Część osób ma pretensje do Muzeum Sztuki, że za mało uwagi poświęca lokalnemu środowisku. A przecież Muzeum jest instytucją o większej skali, międzynarodową. Te żale wynikają właśnie z tego, że Galeria Miejska nie spełnia swojej roli, więc wszystkie nadzieje i oczekiwania są kierowane pod adresem Muzeum.

TOMASZ: To miejsce jest pojemnikiem na obiekty, i ten pojemnik funkcjonuje w trakcie wernisażu, a potem zieje pustką. Dzisiejsze instytucje sztuki aktywnie wypracowują sobie publiczność i metodycznie z nią pracują. Samo zrobienie wystawy powinno być tylko punktem wyjścia.  

MARCIN: Brakuje spotkań, warsztatów, pracy z młodą publicznością i w ogóle odbiorcami w każdym wieku, chociażby wokół Galerii Bałuckiej, która znajduje się w rejonie Łodzi naznaczonym dużymi problemami społecznymi.

Galeria Czynna: wystawa „Wyporność” Grzegorza Demczuka i Centrum Taniej Sztuki 

Teraz wszystko się zmieni?
TOMASZ: W nowym konkursie wszystkie wspomniane przez nas typy działań zostały zawarte w opisie programu, który powinien być przedstawiony i realizowany przez przyszłego dyrektora lub dyrektorkę. Więc jestem pełen nadziei na nowe otwarcie – jakkolwiek wiem, że z tego rodzaju konkursami bywa różnie.

MARCIN: Właśnie nie jest to takie pewne, gdy popatrzy się na wyniki niektórych łódzkich konkursów. Ich rozpisanie dawało nadzieję na zmianę, a wyniki sugerowały, że jednak dla miasta wygodna była dotychczasowa sytuacja i brak jakichkolwiek realnych zmian. Mam tutaj na myśli choćby niedawny konkurs na dyrektora Muzeum Miasta Łodzi.

TOMASZ: Wydaje mi się mimo wszystko, że to może być nowa szansa, i dla środowiska artystycznego, i dla mieszkańców. Bardzo na to liczę, a jaka będzie rzeczywistość pokonkursowa – zobaczymy.

MARCIN: Marzymy o tym, żeby galeria funkcjonowała jak BWA w Tarnowie czy Zielonej Górze. Ale to wymaga zbudowania tego miejsca od podstaw.

I z tego rozczarowania Galerią Miejską założyliście Galerię Czynną?
TOMASZ:
Z ogólnego rozczarowania instytucjami kultury w Łodzi. Mniej więcej od dekady łódzcy artyści i artystki, szczególnie młodzi, przenoszą się ze swymi działaniami do przestrzeni miejskiej, do nietypowych, jednorazowych lokalizacji. Na nowo odrodziła się potrzeba działania poza instytucjami i stwarzania sobie własnych miejsc. Łódź ma zresztą długą tradycję takich ruchów i oddolnych inicjatyw – warto tu choćby wspomnieć Galerie Wymiany, Strych czy Wschodnią.

I stąd wzięła się też Galeria Czynna, prowadzona przeze mnie, Marcina i Łukasza Ogórka. Zrodziła się po części ze złości i braku innych możliwości. Postanowiliśmy wykonywać nieregularnie, raz na kilka miesięcy taki symboliczny, środowiskowo-towarzyski gest, polegający na wynajdywaniu jakiegoś pustostanu, wynajmowaniu go za niewielkie pieniądze na 2–3 dni i robieniu tam prezentacji młodego łódzkiego środowiska. Latający charakter tej galerii pozwala nam uniknąć lub przynajmniej zminimalizować efekt gentryfikacyjny, nieuchronnie powstający w takich sytuacjach. Czynna nie ma wpływu na systematyczny wzrost prezentacji łódzkiego środowiska artystycznego, ma charakter raczej hobbystyczny, ale cieszy się popularnością wśród lokalnej publiczności. Za niewielką kasę i przy partyzanckiej, doskokowej metodzie działania jesteśmy w stanie przyciągnąć więcej osób niż Galeria Miejska z jej (podobno) dwumilionowym budżetem, infrastrukturą i zespołem na etatach.

MARCIN: Z racji naszej złości na miasto próbowaliśmy najpierw te przestrzenie wynajmować od prywatnych właścicieli, co niestety się nie udało. Jak dotąd zrobiliśmy wystawy w lokalach po sklepach, po second handzie, gdzie m.in. zaproszony przez nas Dom Mody Limanka zorganizował Centrum Taniej Sztuki. Sprzedawali tam sztukę na wagę, po jakichś śmiesznych cenach. Udało się sprzedać około 300 prac, a co najfajniejsze, klientami byli ludzie z ulicy, nie tylko z naszego środowiska. Działaliśmy też na terenie ogródków działkowych, a raz na pustym basenie wynajętym jedynie na dwie godziny. Zawsze staramy się wspierać młodych artystów też takim prostym, zdawałoby się, gestem, jak tekst kuratorski. Taki tekst artysta może wykorzystywać później do promocji swojej twórczości.

Projekty Marcina Polaka: „Bracia i siostry” oraz „Świetlice Artystyczne”

TOMASZ: Nawet takie symboliczne, jeśli chodzi o częstotliwość, działania konsolidują środowisko. To ważne.

MARCIN: Jak zaczynaliśmy, to w Łodzi nie było tylu fajnych miejsc jak teraz: Galeria W Y czy Pracownia Portretu, gdzie młodzi artyści mogą pokazywać swoją twórczość, działać. Te nowe miejsca mają już swoje stałe siedziby, są profesjonalnie prowadzone, często przez samych artystów.

Łódź w ogóle wydaje się miastem o bardzo silnym duchu partycypacji. Czego wam, mieszkańcom, nie daje miasto, robicie (albo wychodzicie w urzędzie) sobie sami.
MARCIN:
Właściwie wszystko, co najlepsze w Łodzi, jest inicjatywą społeczną. Na przykład Łódzki Rower Miejski jest z budżetu obywatelskiego, pierwsze w Polsce woonerfy, czyli drogi z uspokojonym ruchem samochodowym, gdzie piesi i rowerzyści mają pierwszeństwo, czy to, że w mieście mamy coraz więcej zieleni.

A ty, Marcinie, jeszcze do tego wszystkiego prowadzisz, w zasadzie hobbistycznie, portal Miej Miejsce?
MARCIN: Początkowo jako Miej Miejsce razem z Łukaszem Ogórkiem organizowaliśmy happeningi wokół zaniedbanych przestrzeni publicznych. Później staraliśmy się w jakiś sposób przepracowywać problem, choć w niektórych przypadkach nie było już takiej potrzeby. Na przykład nasza akcja wokół „błotnego parkingu” przed Pałacem Poznańskiego, gdzie zorganizowaliśmy Festiwal Błota, przyniosła natychmiastową reakcję urzędników.
Po pewnym czasie stwierdziłem, że jestem za stary na takie wygłupy i powołałem portal o tej samej nazwie, który poza małymi dofinansowaniami prowadzę społecznie, przy wsparciu przyjaciół i ludzi, którzy tu piszą. Autorami są łódzcy artyści, muzycy, społecznicy, kuratorzy, aktywiści, animatorzy. Ale czytają nas też urzędnicy. Zależało mi na stworzeniu całkowicie niezależnego miejsca, dającego możliwość wyrażania nieskrępowanych opinii. Z jednej strony promującego życie artystyczne i wspierającego działania łódzkich artystów, z drugiej omawiającego problemy społeczne i przestrzenne Łodzi.


Nawet projekty artystyczne, w które jesteś zaangażowany, też często skupiają się na problemach społecznych miasta.
MARCIN
: Postanowiłem połączyć aktywność społeczną z problemami środowiska artystycznego i powołałem „Świetlice Artystyczne”, które przez dwa lata prowadziłem z Martą Pszonak. Kilkudziesięciu łódzkich i nie tylko artystów robiło warsztaty dla dzieci i młodzieży w świetlicach – oni mieli pracę, a dzieciaki mogły się twórczo rozwijać. Dzięki budżetowi obywatelskiemu projekt zyskał ciągłość, działań było dużo, bo około 700 godzin warsztatów rocznie, w kilkunastu świetlicach środowiskowych w dzielnicy Polesie. Tego typu działania kontynuowałem potem między innymi pod nazwą „Bracia i siostry” w ramach wystawy „Wszyscy ludzie będą siostrami” w Muzeum Sztuki. Budżet na mój udział w wystawie przeznaczyłem na powstanie biblioteki oraz remont świetlicy środowiskowej znajdującej się naprzeciwko Muzeum. W prace włączyli się zaproszeni artyści i ochotnicy, wspólnie tworząc pomagającą społeczność braci i sióstr.

Teraz po zakończeniu projektu działamy dalej, dzięki zaangażowaniu pracowników Muzeum dzieciaki regularnie przychodzą do nich na warsztaty. Z mojego długoletniego doświadczenia wynika, iż działania tego typu powinny mieć charakter ciągły, długofalowy. Mogą to być na pozór drobne rzeczy – nowy kolor ścian, zawsze dostępne korepetycje z matematyki, które w rzeczywistości pozostawią trwały ślad.

Łódź, 20 listopada 2017