Duszek względności
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

10 minut czytania

/ Literatura

Duszek względności

Małgorzata Łukasiewicz

Piętrząc, mnożąc i wikłając swoje historie, „Budowniczy ruin” Rosendorfera chce wyrwać się poza granice zakreślone literaturze i otworzyć na przeciągi Stworzenia. Dorównać życiu zawiłością i brakiem logiki

Jeszcze 3 minuty czytania

„Którąż to historię mamy teraz dalej opowiadać – rzekł Weckenbarth z ogromną życzliwością – tę o moim wuju Heino czy też tę o pańskiej Stellidaurze, don Emanuelu?”. Spokojnie, opowiedzą nam jedną i drugą, i jeszcze wiele, wiele innych. Ale, jak wiadomo, „Budowniczy ruin” to nie antologia opowieści fantastycznych, lecz powieść. Historie nie leżą tu osobno, jedna obok drugiej, lecz upierają się, by stanowić fabularną całość, ta zaś związana jest wprawdzie ramą narracyjną, ale osobliwie rozwarstwiona. Kolejno pojawiające się historie na pozór przyporządkowane są różnym warstwom, warstwy jednak nie są rozgraniczone ani zhierarchizowane. Toteż historie łączą się, zazębiają i rozdzielają bez wyrazistego schematu, szlakiem snów, skojarzeń, rozhulanego konika szachowego. Tak czy owak wciąż ktoś coś opowiada, a ktoś inny słucha. Najwyraźniej działa tu nadrzędny przymus opowiadania – trochę tak, jak u jednego z bohaterów opowieści, nieszczęsnego Feliksa, który nie może przestać komponować, nawet wiedząc, że jego kompozycje natychmiast kradnie profesor Branković, albo jak u narratora, który z kolei cierpi na przymus ustawicznego mycia rąk. I jakkolwiek wprost przywołany jest tu Potocki i misternie skonstruowany „Rękopis znaleziony w Saragossie”, powieść Rosendorfera wydaje się nieodległa od koncepcji powieści-worka, zaprojektowanej przez Witkacego. Henryk Bereza zestawiał w tekście „Fabularność” „Budowniczego ruin” z ideą powieści totalnej i autorami takimi jak Musil, Doderer czy Gütersloh, zaznaczając, że nieskończonym eseistycznym komentarzom tamtych Rosendorfer przeciwstawia „nieskończoność fabularną”.

Herbert Rosendorfer, „Budowniczy ruin”. Przeł. Edwin Herbert (przekład przejrzał i poprawił Ryszard Turczyn), Państwowy Instytut Wydawniczy, 496 stron, w księgarniach od października 2017Herbert Rosendorfer, „Budowniczy ruin”. Przeł. Edwin Herbert (przekład przejrzał i poprawił Ryszard Turczyn), Państwowy Instytut Wydawniczy, 496 stron, w księgarniach od października 2017Spotkamy tu tłumy starych znajomych, z tymi z almanachu gotajskiego literatury na czele, a więc króla Edypa, Żyda Wiecznego Tułacza, Don Juana, Hamleta, Fausta, wiecznie żywe mity, podatne na zdumiewające odmiany losów i literackie reinkarnacje. I koniecznie siedem sióstr, siostrzenic księcia kastrata, których imiona zaczynają się od zgłosek systemu solmizacji, i które kolejno opowiadają historie. I zaraz na początku zakonnice, budzące podejrzenia o maskaradę, w oszałamiającej liczbie sześciuset. Trafimy do miejsc już sprawdzonych, niezawodnie ociekających tajemniczością albo grozą, jak Wenecja, Transylwania, podejrzane i źle oświetlone lokale. Oczywistą płaszczyzną odniesienia – poza „Rękopisem” Potockiego – jest „Dekameron” Boccaccia. Odzywa się E.T.A. Hoffmann, tradycja braci serafiońskich oraz wszyscy ci jego magicy-mechanicy, ukryci pod surdutami tajnych radców, aktuariuszy i konrektorów, łączący fantazję muzyczną z niesamowitymi wynalazkami technicznymi – chyba z ich rodu wywodzi się Akurator Urzędowy, a także starszy radca budownictwa ruin Weckenrath, doktor Jacobi i don Emanuele, którzy co raz to zasiadają w swoim kółku i raczą się opowieściami. Ta kompania zresztą zdradza również związki z Chestertonem (nb. też wymienionym w powieści), a może i z podwieczorkiem u Kapelusznika. Przywołany jest bezpośrednio – prawie bezpośrednio, bo zawoalowany tylko przejrzystym anagramem – i dość złośliwie Uwe Johnson, rówieśnik Rosendorfera. Oraz mnóstwo innych postaci, rekwizytów i motywów znanych nam skądinąd. Znamy je, czasem nawet rozpoznajemy, choć występują tu w innym kontekście, w ironicznym przebraniu, w formie skarykaturowanej albo groteskowej. A przede wszystkim w tłoku i w bez mała inflacyjnym nadmiarze. Jak gdyby Rosendorfer rozmyślnie ustawiał się na kontrze wobec tych fenomenów artystycznych, w których diagnoza współczesnej kondycji świata wyraża się raczej minimalistyczną lakonicznością i ascezą środków.

Z czasów nam bliższych jest, rzecz jasna, wynurzająca się co raz to teoria względności i naukowe terminy w rodzaju antymaterii i paralaksy dyspozycyjnej. Teoria względności od razu zresztą ściągnięta zostaje na parter albo jeszcze niżej w postaci Einsteinka. Właśnie ta postać, o nazwisku w niepoważnie zdrobniałej formie, uruchamia całe przedsięwzięcie fabularne, kiedy na pierwszej stronie łapie narratora i zostawia mu kartkę z szyfrem perforacji. Dodajmy jeszcze, że odbywa się to w pociągu, też renomowanym miejscu snucia i wysłuchiwania opowieści, aczkolwiek pociąg w „Budowniczym ruin” ma cechy widmowe, wiemy właściwie tylko, że narrator do niego wsiadł i jedzie, dokąd jedzie – nie wiadomo. Świat przedstawiony przez duszka względności traci wyraźne kontury. Zaburzone są kierunki przestrzeni i porządek czasu – co naturalnie już z góry sygnalizuje tytułowy paradoks, zderzając przyszłościowe budowanie z przeszłościowym statusem ruin. Jawa niespecjalnie różni się od snu, postaci mają kłopoty z tożsamością, a historie – z ciągłością wątku. O normach moralnych nawet szkoda gadać, skoro każde zdarzenie można oceniać wyłącznie ze względu na własny interes (jak w rozmowie narratora z ordynansem Lenzem). Pytanie „Cóż to jest prawda?” zmienia się w ustach obsesyjnie umywającego ręce narratora w pytanie „Cóż to jest szczęście?”, i na nie ma odpowiedzi. Słowem, relatywizm w całej krasie, jak ze złego snu fundamentalisty.

Jeśli w ogóle wdawać się w dociekania historyczne, najistotniejsza jest pewnie wskazówka płynąca z wnętrza książki: rzecz dzieje się w okolicach końca świata. Koniec świata wydaje się nieuchronny, a to dlatego, że technika zgromadziła arsenał zniszczenia tak potężny, że wymyka się wszelkiej kontroli i byle przypadek może w każdej chwili spowodować powszechną zagładę.

Głównym dziełem Weckenbartha jest budowa kolosalnego podziemnego bunkra. Mogą się w nim pomieścić trzy miliony ludzi, a zapasów wystarczy na siedem milionów. W założeniu bunkier ma zapewnić przetrwanie i ewentualnie odrodzenie życia po katastrofie. Ale chodzi też o to, by uniknąć śmierci przypadkowej, „bez szkody przeżyć zagładę świata” i „przenieść się na tamten świat w pełnej duchowej i umysłowej harmonii”. Instynkt zachowania gatunku mocno się tu splata z zasadą przyjemności. Ponieważ o katastrofie zadecyduje przypadek, nie sposób przewidzieć, kiedy do niej dojdzie. Toteż prace nad bunkrem nie zostały w porę ukończone. Nie tylko podziemne cygaro wisi w próżni, zabrakło też czasu na skompletowanie instrumentów muzycznych i biblioteki, zamiast książek na ścianach widnieją malowane grzbiety opraw. A do bunkra zdążyło wejść zaledwie dziesięć tysięcy ludzi.

Sceny z życia w bunkrze oscylują swobodnie między makabrą – gdy mowa np. o upieczonych dzieciach albo o procedurze selekcji ofiar – a salonową idyllą, z domieszką satyry na rytuały władzy i biurokracji. Zresztą czy pobyt w bunkrze można w ogóle nazwać życiem? Może to sen, może prorocza wizja, gmatwanina złych wspomnień, teatralna maskarada, a najpewniej wszystko naraz. Doktor Jacobi mówi o zgromadzonych w bunkrze: „My jesteśmy, że się tak wyrażę, epilogiem. Właściwie to wcale nie żyjemy. Jesteśmy zbyteczni. […] Trudno nawet mówić o jakiejkolwiek «akcji»”. Na pewno bardzo trudno rozstrzygnąć, czy koniec świata faktycznie w powieści nastąpił, z należytym i jednoznacznym hukiem, czy też rozprasza się, powiela i po prostu ciągnie w nieskończoność. Ahaswera widzimy w trumnie, co wszak byłoby dowodem, że świat naprawdę się skończył. Ale kilkadziesiąt stron dalej widzimy go, jak rześko pedałuje na rowerze, a zielony odcień jego cery nadaje się równie dobrze jako znamię śmierci i jako przejaw żywotności.

Chyba nie należy na serio szukać w „Budowniczym ruin” rozważań i konkluzji co do stanu świata oraz naszych dusz. Przecież nie na darmo padają tu terminy teoretycznoliterackie, „epilog”, „akcja”, a już w opowieści Weckenbartha o wuju Heino pojawia się wzmianka o krwi zmieszanej z atramentem. O rozziewie między literaturą a rzeczywistością często napomykają opowiadaczki-doremifasolki, formułują nawet surowe sądy. Mirandolina stwierdza: „Życie pisze powieść, powiada się potocznie. To na pewno prawda, ale jakże życie jest rozwlekłe, ile snuje wątków ubocznych! Życie albo tak zwana powieść, którą życie opowiada, przedstawia mi się jako marmurowy blok, z którego artysta dopiero tę prawdziwą powieść, chętnie powiedziałabym, to prawdziwe życie musi swą pracą wyodrębnić”. I nieco dalej: „Ponieważ historia, którą państwu opowiadam, jest prawdziwa, ma ona tę wadę, że się bez końca w przód i w tył, a także na wszystkie boki włącza do innych historii i że jest rozgałęziona, i że inne historie w nią wrastają albo też tylko […] przez nią się przemykają, że więc granice jej określić się dają tylko niewyraźnie w plątaninie wszystkich historii, składających się na nasze życie, to znaczy w tej jednej jedynej, właściwej historii, która nazywa się «Stworzeniem»”.

A więc to tak? Piętrząc, mnożąc i wikłając swoje historie, „Budowniczy ruin” chce wyrwać się poza granice zakreślone literaturze i otworzyć na przeciągi Stworzenia? Wtopić się we wszech-opowieść? Dorównać życiu zawiłością i brakiem logiki? Mirandolina kończy swoje opowiadanie, ale zastrzega, że historia tym samym wcale nie dobiegła końca, ponieważ „żadna historia w rzeczywistości nigdy się nie kończy”. Laura swoje opowiadanie urywa, licząc na domyślność słuchaczy, którzy – jeśli tylko uważnie słuchali – potrafią sobie resztę sami wyobrazić. Po opowieści Simonis słuchacze dopytują jeszcze o parę niejasnych szczegółów, po czym „dyskusja na temat tej smutnej historii” rozpada się na „poszczególne rozmowy” i salę wypełnia „ożywiony gwar konwersacji”.

Budowniczy ruin” zakłada, że jakiś ciąg dalszy zawsze nastąpi, choćby w postaci niekończącego się epilogu. Liczy na udział czytelnika i stawia mu niebagatelne wymagania: musi to być czytelnik niezblazowany, łasy na wszelkiego rodzaju wątki uboczne, gotów rzucać się na każdy kąsek historycznej i intertekstualnej erudycji oraz wciąż jeszcze niesyty dowodów na chaos rządzący światem.