Radość
fot. Bartosz Stawiarski

Radość

Paweł Soszyński

„Pure” Ramony Nagabczyńskiej to rozpracowywanie pojedynczego ciała – nie po to, by konceptualnie przywalić widzowi w nos, ale by widz się wraz z tym ciałem cieszył. Z czego? Pojęcia nie mam, ale to działa

Jeszcze 1 minuta czytania

To jedna z tych choreografii, o których trudno pisać. Widz pozostaje z dojmującym wrażeniem, że obejrzał rzecz rewelacyjną. Tylko jak o tym opowiedzieć? Ramona Nagabczyńska w swoim opisie sola „Pure” daje nam tropów co nie miara, a jednak to wszystko nie to. Bo dostajemy coś tak energetycznie niezwykłego, nomen omen czystego, tak precyzyjnie wykonanego i dramaturgicznie przeprowadzonego, że niejeden spektakl dramatyczny odpada w przedbiegach.

30 minut czystej radości, rozpracowywania pojedynczego ciała – nie po to, by konceptualnie przywalić widzowi w nos, ale by widz się wraz z tym ciałem cieszył. Z czego? Szczerze, pojęcia nie mam. Duża w tym zasługa muzyki, a Nagabczyńska uderzyła z grubej rury: Vivaldi w opracowaniu Maxa Richtera to rzecz bardzo ładna. Jej nagie ciało trzęsące się od czubka głowy do stóp wraz z przekomponowaną przez Richtera Wiosną to rewelacja. I nie ma w tym ani chwili efekciarstwa, o które w przypadku Richtera nietrudno. Bo tyle samo Richter daje performerce, co ona jemu. To, co brzmi ładnie – wraz z jej ciałem staje się poruszające. Czysta euforia działania, bycia z własnym ciałem, robienia ciałem. Wprawione w falowanie bruzdy tłuszczyku wokół pośladków, pod ramionami. Jest to zabawne, poruszające.

Ramona Nagabczyńska, Pure. Nowy Teatr w Warszawie, 14 grudnia 2017Ramona Nagabczyńska, „Pure”. Nowy Teatr w Warszawie, 14 grudnia 2017I właśnie dezynwoltura Nagabczyńskiej, jakieś ukochanie materii, którą tancerka operuje, i chyba szczęście, jakie daje jej to solo – to wszystko uderza. Udziela się publiczności. W rezultacie dochodzi do głębokiego porozumienia między obiema stronami tej transakcji, wzajemnej satysfakcji. Falowanie z ciała przechodzi na scenę i widownię. Jest pięknie, niezdarnie, rubasznie, a wcześniej – to genialny pomysł dramaturgiczny – niby konceptualnie. Opowiadam to wszystko od tyłu, bo tak to działa. Kiedy w pierwszej części Ramona testuje swoje ciało, konceptualnie je sprawdza jeszcze w dżinsach i żółtym swetrze, jestem trochę zawiedziony. Czyli kolejny proces, kolejne działania cielesne. Zataczanie kręgów.

Ale w drugiej części, tej z Richterem, wszystko się nagle zmienia. Scena zostaje rozjarzona ulubionym przez choreografkę, czerownym światłem, które sprawia, że mrugnięcie powiekami wyzwala zieloną migawkę. Nagabczyńska stoi nago w miejscu tyłem do widowni i drży od góry ku dołowi i z powrotem. Bardzo to proste, ale wiele uruchamia. To po prostu jest. I jest – za przeproszeniem – piękne. Jest w tym solo coś renesansowego, może przez monochromatyczne tło, od którego odcina się naga sylwetka tancerki. Ale jest też nowocześnie, naturalnie, przyjacielsko.

Nagabczyńska przede wszystkim wcale się nie stara, jest jaka jest, wprawia swoje ciało w proste ruchy, drżenia, jej obecność jest naturalna, ani na moment się nie wdzięczy, nie zabiega o naszą uwagę. W ten sposób choreografka osiąga bardzo wiele. Bo jest zbiorem fenomenów, które natychmiast podnoszą widza z siedzenia. Pod koniec odkrywamy, że bolą nas uda i szyje. I jest nam z tym bardzo dobrze. Wychodzimy naładowani energią. Rzadko tak się zdarza w teatrze, a bardzo nam tego trzeba.