#Metoo bez żadnego „ale”
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

12 minut czytania

/ Obyczaje

#Metoo bez żadnego „ale”

Inga Iwasiów

Przekierowanie debat wokół #metoo na wyszukiwanie słabych punktów – ograniczeń naszego życia towarzyskiego, ewentualnych fałszywych oskarżeń, powrotu cenzury czy wreszcie zagrożenia purytanizmem – jest złą strategią i zasila glebę seksizmu

Jeszcze 3 minuty czytania

Pierwsze: seks nie może ustanawiać relacji władzy

Nie spodziewałam się w #metoo wątku paniki moralnej – troski o ofiary pomówień, kształt wystaw w muzeach, cenzurę seksualności i seksu. Może należało, ponieważ początkowe bezgraniczne oburzenie i solidarność z krzywdzonymi niemal zawsze wywołuje mocne szarpnięcie w drugą stronę. Protestujecie przeciw szczypaniu? Bo nie lubicie seksu, ot co.

Zwrotu akcji oczekują ci, którzy czuli dotychczas swoją przewagę i uznawali ją za naturalną, ale i świadkowie – wszyscy neutralni, a nawet idący wcześniej po zmiany, przygwożdżeni nieoczekiwanymi, radykalnymi wnioskami z własnych postulatów oraz ich łączliwością z życiem. Zaczynamy od wspólnego stanowiska, które tak bardzo (w teorii) zmienia dotychczasowe relacje społeczne, że niemal automatycznie wywołuje ducha „ale”. Nie odbieram tych reakcji w pierwszym rzędzie jako potrzeby przynależności do faworyzowanej grupy, która chce wyznaczać standardy, lecz zarazem jest niegotowa na utratę choćby fragmentu własnej narracji. Taka analiza byłaby łatwizną, powielającą mechanizm personalnego rozgrywania racji. Rozumiem zresztą większość argumentów oporowych wobec rewolucji obyczajowej #metoo. Tak, to jest rewolucja, choć miejmy świadomość, że o ograniczonym zasięgu, który rozszerzać można, wyłącznie negocjując standardy postępowania w szkołach, na uczelniach, w miejscach pracy i wszędzie, gdzie istnieje consensus co do podstawowej normy: seks nie może ustanawiać relacji władzy.

To i tak bardzo wiele, i rzuciłabym wszystkie siły do wyjaśniania tej jednej kwestii, bo od niej zaczyna się wszystko – molestowanie w miejscu pracy, wymuszanie zbliżeń na podwładnych, poniżanie za pomocą aluzji słownych, a dalej także kontrolowanie sfery intymnej przez ustawodawstwo antyaborcyjne. Jeszcze dalej: stygmatyzowanie homoseksualizmu jako odstępstwa od normy heteroseksualnej. Czy wyjaśnianie tego, jak działa „ustawianie” (z całą dwuznacznością tego rzeczownika) przez seks, jak seks jest polityczny, doprowadzi do powtórki z feministycznych debat na temat pornografii? Wydaje się, że teraz sprawa jest jeszcze poważniejsza, bo oświetlając ekstrema, wydobywa z cienia, wymiata spod dywanów całokształt stosunków społecznych, będących stosunkami seksualnymi.

Z drugiej strony zadawanie pytań należy do stylu zadomowionego w dyskursie uprawianym w świecie akademickim, w radykalnie krytycznej humanistyce. To niemal nawyk – „ćwiczenie” wielu możliwości, patrzenie z ukosa. I podejrzliwość wobec własnego stanowiska. Nie odmawiam nikomu, mając nadzieję na wzajemność, upubliczniania wątpliwości, ale zarazem chciałabym pamiętać, że ta akurat dyskusja odbywa się przy większej niż zwykle publiczności, więc niuanse nie zostaną docenione. Trzeba wybrać strategię i wyrazić swój sąd jasno. Zająć strategiczne pozycje. 

Lęk przed (samo)ograniczeniem

Co wyrażają hamujące #metoo pytania? Troskę o mężczyzn? Lęk przed zabraniem wszystkim tego, czego nadużywają niektórzy? Podobnie dyskutowano o pornografii – zakaz wyzysku w tej dziedzinie (jak wiemy, jeszcze bardziej nieskuteczny niż sądziły przeciwniczki prawa Dworkin–MacKinnon) odebrałby możliwość realizowania pragnień wielu osobom, które nie widziały negatywnych stron konsumowania fantazji erotycznych. Odbiorcy i odbiorczynie filmów hardcore chcieliby zachować pewność, że aktorkom w nich występującym nie dzieje się prawdziwa krzywda. Gdyby było inaczej, przystaliby na wycofanie z dystrybucji obrazów opartych na wymuszaniu, ale broniliby zostawienia tych zrealizowanych z poszanowaniem praw pracowniczych. Dobrze, to także mój sposób myślenia – wolałabym nie zakazywać niczego, co związane z seksualnością, rugując jednocześnie wszystko, co ma związek z krzywdą. Nie wiem, czy taką utopię da się zrealizować, jednak działanie podobnej logiki odnajduję w spięciach wokół #metoo.

Taki mechanizm zadziałał, gdy broniono przekonania, iż żarty i żarciki stanowią folklor środowiskowy lub kod towarzyski i nie podlegają ocenie w kategoriach molestowania. Mogę sobie wyobrazić pokusę stanięcia w obronie któregoś z moich przyjaciół, gdyby wyszły na jaw niewybredne zaczepki stosowane przez niego podczas spotkań autorskich. Od „mogę sobie wyobrazić” do faktycznej obrony droga krótka, właściwie impuls, automatyzm wywołany przez przeświadczenie, że nasze życie jest zawsze jakoś poza szarymi normami, mamy przywilej ironicznego dystansu, a ponadto radzimy sobie, nie jesteśmy permanentnymi ofiarami. Zarazem ta droga jest bardzo długa, wybrukowana powtarzanymi w nieskończoność epizodami towarzyskiego rytuału, dającego chłopcom i mężczyznom swobodę stawiania warunków. I tu akurat moja potencjalna obrona kumpli staje się niemożliwa, ponieważ nigdy nie miałam ochoty spędzać czasu w piaskownicy z raniącym żwirem. Ale czy chciałabym zrezygnować z flirtowania, swobody, gry towarzyskiej? Oczywiście nie chciałabym i nie ma potrzeby składania takiej deklaracji, ponieważ nikt nie żąda bezwzględnego zakazu stosowania aluzji seksualnych w prywatnych rozmowach, natomiast dysproporcja pomiędzy skalą nadużyć przywołanych w #metoo a troską o legalność wulgaryzmów w naszych domach wydaje się niemal groteskowa.

Błąd statystyczny jako studium przypadku

Przypadek niepotwierdzonego (w domyśle: fałszywego) oskarżenia, gdy pada w pobliżu, zmienia błąd statystyczny w studium przypadku. Czy nie znamy jednak aż za dobrze argumentów „ale mężczyźni są też ofiarami przemocy”, „ale mężczyznom odbiera się dzieci”, „ale konwencja antyprzemocowa zniszczy rodzinę”, które mają osłabić skalę krzywdy kobiet? To jest właśnie kwestia skali, trudna do przyjęcia i pojęcia. Działa jak wahadło – wystarczy upomnieć się o kilka procent, żeby odsunąć na bok całą resztę. Wystarczy przypomnieć, że mężczyźni cierpią przez zakusy kobiet na rozluźnienie patriarchatu, żeby wszyscy rzucali się na pomoc „zdradzonym”, „porzuconym”, „osaczonym”. Nie, nie stosuję bolszewickiej zasady poświęcania jednostek dla większości, ponieważ cały czas mówimy o grupie niemającej władzy oraz o silniejszych, którzy ją eksploatują. Mężczyźni posiadają seksualne przywileje – wolno im więcej, ich swoboda uznawana jest za oznakę wydolności i siły, ich kapitał społeczny nadal jest skorelowany z aktywnością seksualną. Kapitałem kobiet zaś pozostaje seksapil, obwarowany zakazami i modelowany przez kulturę konsumpcyjną. Opisuje to przekonująco Eva Illouz w książce „Dlaczego miłość rani. Studium socjologiczne” (przeł. Michał Filipczuk).

Dzisiejsze związki mężczyzn i kobiet charakteryzuje przede wszystkim chaos. Pole seksualne – tego pojęcia za Pierre’em Bourdieu używa Illouz – jest szerokie, zróżnicowane, pozornie otwarte, a zarazem w niepokojący i niedopowiedziany sposób zakleszczone, ograniczające. Przywykliśmy sądzić, iż żyjemy w czasach większej autonomii jednostki dysponującej większymi możliwościami. Podstawowym naszym kapitałem miałaby być wolność, także seksualna. Przeszłość, znana przede wszystkim z narracji obecnych w kulturze, a więc powieści i filmów, dostarcza nam wielu przykładów zniewolenia przez normy społeczne, studzenia uczuć czy karania za próbę podążania za namiętnością. Dzisiejsza swoboda wyboru partnera i ekspresji wydaje się na tym tle wielkim postępem.

Coś jednak się nie udaje. Prawdopodobnie dlatego, że nowe reguły nie unieważniły starych i spod postulatu wolności przeziera obyczaj podporządkowania. Zabranie głosu przez kobiety podgłaśnia męski punkt widzenia. Tak działa patriarchat: dysponuje wieloma narzędziami do obsługi swoich celów i aktorów oraz zdolnością reprodukcji.

Oczywiście, w interesie osób zainteresowanych równością byłoby wyjęcie z rąk oponentów łatwych argumentów, czyli przypadków „fałszywych” oskarżeń. W tej sprawie powstał list otwarty dotyczący standardów postępowania. Dlaczego nie podpisałabym tego listu? Ponieważ rozmawiamy teraz w Polsce, z dużym opóźnieniem, o powszechności molestowania i upodrzędniania kobiet przez seksualizowanie relacji w pracy, mediach, przestrzeni publicznej. Przekierowanie tej debaty na wyszukiwanie słabych punktów – ograniczeń naszego życia towarzyskiego, ewentualnych fałszywych oskarżeń, powrotu cenzury czy wreszcie zagrożenia purytanizmem – jest złą strategią i zasila glebę seksizmu. Osłabianie kobiet przez supozycję, iż są niewiarygodne, da pole działania agresorom. Nawet, a może zwłaszcza wówczas, gdy wątpliwości zgłaszają feministki i feminiści, zachęcający do rozważenia wszelkich przesłanek, ponieważ de facto nie niuansują przypadków i ocen, lecz zawracają nas wszystkich do punktu wyjścia, w którym raczej zgodzimy się na patriarchat, mniej dla nas – jak sądzimy – dotkliwy, ponieważ żyjemy w jego wygładzonej wersji.      

Ograniczenie wywołujące panikę

Tylko tak mogę wytłumaczyć przebieg dyskusji, w której wyrażane są pozornie logiczne obawy, iż ograniczanie nadużyć wywołuje panikę moralną. W jaki sposób wypowiedzenie, potępienie, odrzucenie nadużyć ogranicza ekspresję seksualną wolnych ludzi? Ponieważ jednej grupie (mężczyznom) zwraca uwagę, że nie wszystko wolno? Zarazem drugiej grupie (kobietom) zapewnia większe poczucie bezpieczeństwa.

Jest jeden jeszcze aspekt tej dyskusji, dla części z nas teoretycznej, dla wielu powiązanej z życiem. Oto nasze koleżanki, współobywatelki, które odważyły się opisać sprawy uznawane społecznie za wstydliwe, pokonując wewnętrzne bariery i często wracając do wydarzeń bolesnych, stają się teraz podejrzane. Listę zarzutów formułowanych tradycyjnie wobec kobiet – rozwiązłość, labilność emocjonalna, kłamliwość itp. – poszerza  założenie, iż za ich sprawą na relacje międzyludzkie oraz dorobek kultury nałożona zostanie cenzura. Nie zastanawiamy się nad tym, jak odbije się w psychice kobiet nasze „ale”, martwi nas pytanie, czy podpisy pod obrazami w światowych galeriach będą teraz zawierały krytykę pedofilnej wyobraźni, wprowadzoną w miejsce „neutralnych” opisów estetycznych. Troszczymy się o los powieści „Lolita”, zapominając o kobietach.

Nie boję się o dzieła sztuki – żyją,  póki o nich dyskutujemy, a przecież nikt ich nie zamierza niszczyć. Nie niepokoi mnie „rewolucyjna cenzura”, ponieważ zwrócona jest przeciw patologiom relacji, nie przeciw prawu do ekspresji seksualnej.

W powieści „W powietrzu” wymyśliłam spełnioną seksualnie bohaterkę. Nikt jej nie gwałci, nie wykorzystuje, nie poniża. W utopijnym, choć podobnym do naszego świecie, aktywność seksualna kobiety zależy tylko od niej i od jej małego Tamagotchi, stworka w brzuchu. W rzeczywistości poza wewnętrznym sterownikiem mamy innych partnerów i partnerki. Szczęśliwe, a nawet burzliwe życie, wypełnione przygodami, polega na wybieraniu i dialogu. Nie ma w nim traum i przemocy.

A zatem gdy w #metoo mówimy „stop”, chcemy zatrzymać kulturę gwałtu, stanowiącą część patriarchatu, a nie wyrzucać dzieła sztuki o „niemoralnym” przesłaniu lub trzymać w ryzach frywolnych chłopców. Potrzebujemy wobec tego analiz, które zdemontują wrażenie, iż mężczyznom należy się więcej, a kobiety powinny milczeć. Inaczej wrócimy do punktu wyjścia, poranione, zalęknione i przyuczone do posłuszeństwa.