Tyle bodźców
fot. D. Nowak

13 minut czytania

/ Muzyka

Tyle bodźców

Rozmowa z duetem BNNT

W XX wieku kierunki w sztuce czy kulturze trwały przez dekady. W latach sześćdziesiątych około dwóch lat. A teraz nie ma kierunków, tylko mamy memy. Życie memów trwa dzień, dwa i one znikają. Nasze życie również opiera się na mutacjach, chaosie i nadmiarze. O tym opowiada nowa płyta BNNT

Jeszcze 3 minuty czytania

PIOTR STRZEMIECZNY: Nowy album BNNT „Multiverse” znalazł się w podsumowaniu najlepszych wydawnictw 2017 roku według prestiżowego brytyjskiego portalu The Quietus. Duże zaskoczenie?
KONRAD SMOLEŃSKI:
  Fajnie jest znaleźć się w doborowym towarzystwie, ale daleki jestem od patrzenia na kulturę jak na zawody sportowe czy notowania giełdowe. Wiem, że w obecnym świecie to liczba lajków w mediach społecznościowych wyznacza pozycję, ale nikt nas nie zmusza do podporządkowywania się systemowi.

Ostatnio otrzymaliśmy bardzo ciekawą recenzję w Grecji, gdzie recenzent nieco żartobliwie szacował grono naszych odbiorców na jakieś 35 osób, jednocześnie zachwycając się płytą. Sami nieskromnie uważamy, że to bardzo dobra płyta.

Trzeba było na nią czekać aż pięć lat.
KONRAD SMOLEŃSKI:
Naprawdę myślisz, że ktoś na to czekał? Wydaje mi się, że nie ma sensu wydawać płyt zbyt często, gdy wokół jest tyle bodźców. Ogromu muzyki, którą jesteśmy zalewani, po prostu nie da się przerobić. W tym czasie zebraliśmy jednak bardzo dużo różnych doświadczeń – od „sound bombingu”, czyli grania w niespodziewanych miejscach na ulicach miast, przez rozciągnięte czasowo projekty galeryjne, granie klubowe i w końcu festiwale. Nie były to tylko doświadczenia muzyczne. Na naszą ostatnią płytę złożyły się bardzo różne źródła i inspiracje.

Wymieniliście je na pudełku i we wkładce do płyty „Multiverse”.
KS:
Tak, wskazaliśmy bibliografię poszerzającą odbiór albumu. Kontekst literacki z wypisanymi tytułami książek buduje punkty odniesienia. Cenię sobie niejednoznaczność. Tych tropów nie należy traktować zbyt dosłownie. Dlatego też w taki sposób potraktowaliśmy towarzyszącą płycie książeczkę – starannie wybrane fragmenty tekstów celowo zamazaliśmy do takiego stopnia, by do odbiorcy docierały tylko strzępy słów. Generalnym przesłaniem tej płyty jest założenie, że obraz rzeczywistości budujemy z dostępnych nam okruchów. Te pięć lat przerwy między albumami to cała masa takich okruchów. Na przykład ja przez te pięć lat przeprowadziłem się sześć razy.

Wróćmy do roku 2013 i twojego wydawnictwa „Everything Was Forever, Until It Was No More”.
KS:
Tak nazywała się wystawa na Biennale w Wenecji, której towarzyszyło kilka wydawnictw o tym samym tytule: książka, płyta dwunastocalowa oraz mała pięciocalowa pocztówka dźwiękowa z kompozycją „Muzyka na dzwon i taśmę”. Wszystkie te wydawnictwa zaprojektowali Daniel i Dagny, czyli duet MOONMADNESS. Rzeczy, które robimy w ramach BNNT, również znajdują się gdzieś na styku działań dźwiękowych i wizualnych.

BNNT to nie tylko muzyka, stanie na scenie i odgrywanie utworów z płyty. To też działania z pogranicza performansu. Na Unsoundzie w czasie koncertu pojawiliście się między słuchaczami. Graliście koncerty z samochodu, w przestrzeni miejskiej zaraz obok zwykłych przechodniów, którzy nie do końca mogli się spodziewać takiego ataku hałasu, „sound bombingu”.

Konrad Smoleński

Ur. 1977. Artysta sztuk wizualnych, performer, współtwórca zespołów KOT, Kristen i BNNT, jeden z członków legendarnej formacji artystycznej Penerstwo. Tworzy instalacje dźwiękowe i wideo. Wykonuje instrumenty D.I.Y., zrobił chociażby sławną barytonową gitarę „Bombę”. W 2011 roku laureat nagrody Fundacji Deutsche Bank — Spojrzenia, w 2013 reprezentował Polskę na Biennale Sztuki w Wenecji. Mieszka i pracuje w Bernie i w Warszawie.

KS: Nagrania studyjne, granie uliczne i koncerty klubowe to dla nas różne języki. Zaraz skończymy ustawiać scenę na ten koncert (BNNT wystąpili w Łodzi na otwarciu klubokawiarni Format – przyp. red.) i scenografia pojawiająca się między instrumentami jest znacząca. Nawet jeśli ludzie rzadko o tym rozmawiają.

DANIEL SZWED: Takie rozmowy pojawiają się chyba głównie wśród znajomych. Są spostrzegawczy, zwracają uwagę na zmiany. Przede wszystkim w kontekście tej płyty.

KS: Znajomi to głównie „plastusie”, artyści wizualni, stąd ta czujność na sprawy pozadźwiękowe. Sporo ludzi pomija jednak warstwę pozamuzyczną. Ja jestem przekonany, że wszystko ze sobą działa. To, że na scenie w czasie naszych występów widać dwa ciała z zasłoniętymi twarzami, są włosy na kijach, światło... to wpływa na to, jak słyszymy.

Staramy się wytworzyć w przestrzeni koncertu odpowiednią atmosferę. Dlatego przygotowujemy też muzykę, którą słychać w klubie przed naszym występem. Podobnie jest z samym opakowaniem płyty. Jej wygląd i to, co zawiera, co ze sobą niesie, ma duże znaczenie. Stąd też książeczka w środku „Multiverse”, wspomniana bibliografia czy bryły towarzyszące tej płycie. To wszystko prowadzi cię przez muzykę.

DS: Była jedna sytuacja, którą zapamiętałem z koncertu w poznańskim Lesie. Zaczęliśmy wtedy używać obecnej scenografii. Wszystko sprowadziliśmy do takiej zimnej otoczki. Przed koncertem siedzieliśmy na kanapie w sali pełnej ludzi. Scena była pusta i czekała na nas. Zobaczyłem ją wtedy oczami widzów. Zazwyczaj wszystko odbywa się trochę mechanicznie. Rozstawiamy sprzęt i rekwizyty, sprawdzamy, czy wszystko działa, a potem zaczynamy grać. Tam w Lesie mieliśmy moment, że mogliśmy chwilę odetchnąć, usiąść wśród publiczności i spokojnie spojrzeć na to wszystko. Mogliśmy też posłuchać, co mówią ludzie, jak odbierają samą scenografię.

fot. D. Nowakfot. D. Nowak

Przy albumie „_ _” częścią całej koncepcji były występy na samochodzie. Domyślam się, że „Multiverse” wymaga zupełnie innej aktywności.
DS:
Ta muzyka jest przeznaczona do słuchania w innych warunkach. Płyta „_ _” była bardziej noise'owa, agresywna. Energia w naszej twórczości pozostała, ale skompresowaliśmy ją w inny sposób. Inaczej jest też wyzwalana w nagraniach, a inaczej na scenie.

Utwory na waszej pierwszej płycie osiągały swoje kulminacyjne momenty co kilka, kilkanaście sekund. „Multiverse” wydaje się być tak skonstruowane, by stale budowało napięcie.
KS:
Pewien niedosyt jest potrzebny. Staramy się grać na tyle krótkie koncerty, żeby utrzymać uwagę publiczności. To pomaga w odbiorze występu. Z nagraniami jest nieco inaczej. Napięcie próbujemy utrzymywać na stałym poziomie, a uwagę słuchacza skupiać na drobnych zmianach. 

DS: Z drugiej strony słyszałem opinie, że na koncertach gramy bardzo intensywnie. Nie wiem, jak moglibyśmy przekroczyć tę intensywność.

KS: To trochę zależy od progu wrażliwości. Wczoraj (w Bydgoszczy, na FONOMO Festivalu – przyp. aut.) po koncercie, ku swemu zdumieniu dowiedziałem się, że wywołaliśmy szczere łzy u pewnej osoby.

Być może to efekt tego, że spaliliście głośnik. Na dodatek już przy drugim utworze.

Daniel Szwed

Ur. 1982. Muzyk, grafik, współzałożyciel studia projektowego MOONMADNESS. Mieszka i pracuje w Poznaniu, gdzie ukończył Akademię Sztuk Pięknych. Współtwórca grupy BNNT. Perkusista zespołu Woody Alien.

KS: I to głośnik, który bardzo lubię. Ja musiałem się przepiąć, a Daniel grał „solo” przez pewien czas. W naszej historii mieliśmy kilka takich scenicznych wypadków. Zazwyczaj udaje się z tego wybrnąć bez większej straty dla występu.

Kiedyś w Norymberdze zrobiliśmy w sytuacji takiej awarii szkic nowego utworu. Daniel zmieniał akurat pękniętą membranę w bębnie basowym, jednocześnie grając na kotle i talerzach.

Wróćmy jeszcze do Biennale w Wenecji. Mats Gustafsson, który wziął udział w twojej wystawie, pojawia się na „Multiverse”.
KS:
Z kuratorami projektu, Agą Pinderą i Danielem Muzyczukiem, chcieliśmy, by Mats i jego saksofon zastąpili źródło dźwięku w prezentowanej instalacji. Gustafsson mocno przeżył ten performans w Pawilonie w Wenecji. Później kilkukrotnie przypominał to granie i dodawał, że powinniśmy zrobić coś więcej razem. Zaprosiłem go do Szwajcarii, gdzie na kolejnej odsłonie tej wystawy uczestniczył w jednej z trzech różnych performatywnych wersji instalacji. Mam tu trochę problem z doborem słownictwa, bo te rzeczy, którymi się zajmuję, dzieją się na styku sztuk wizualnych, performatywnych i muzycznych i ciężko je sklasyfikować.

Jak poznaliście się z norweską artystką dźwięku Stine Janvin Motland?
KS:
Ze Stine też poznaliśmy się przy okazji działań galeryjnych, jednak praca przy „Multiverse” wyglądała inaczej. To była bardziej współpraca produkcyjna. Podczas występu Motland w warszawskiej Zachęcie z zarejestrowanych wówczas dźwięków samplowałem jej głos. Po zakończeniu nagrań czegoś nam brakowało. Jej bardzo delikatny, wręcz oniryczny, wokal pozwolił nam urozmaicić jeden utwór. Mam nadzieję, że kiedyś będziemy mogli spotkać się z nią w studiu lub na scenie.

Po występie na FONOMO w Bydgoszczy długo jechaliście na koncert do Łodzi. Jest tego jeden prosty powód...
KS:
Mając wolne dni między koncertami, stwierdziliśmy, że ten czas można wykorzystać, weszliśmy więc do studia. Dopiero wydaliśmy nową płytę, choć nagraliśmy ją już ponad dwa lata temu. Dla nas są to już rzeczy dobrze przerobione. W tym czasie powstały nowe utwory, które właśnie nagrywaliśmy. Wchodząc do studia, nie planowaliśmy kolejnego wydawnictwa, ale dziś mamy materiał na cały nowy album.  

Czego się spodziewać?
DS:
Będzie bardziej skondensowany. Same kawałki są bardziej szorstkie, uproszczone, co dodatkowo pozwoliła wydobyć praca w studiu.

KS: Postanowiliśmy inaczej podejść do nagrywania. Wcześniej nagrywaliśmy na setkę. Teraz wszystko rozbiliśmy na pojedyncze ścieżki, graliśmy wszystkie warstwy osobno.

DS: Nawet partie bębnów rozbiliśmy na oddzielne warstwy. Granie przez piętnaście minut samej stopy, później samego werbla było dość zabawne, ale mogliśmy dzięki temu eksperymentować swobodnie z samą konstrukcją utworu w trakcie i po nagraniach.

KS: Momentami było dość monotonnie. Chcieliśmy jednak, by zagrana w ten sposób muzyka brzmiała mechanicznie. Nieoceniony w tym procesie był Michał Kupicz ze swoim swobodnym podejściem do nagrania.

Zanim wydamy te nagrania, chcemy pokazać jeszcze kilka alternatywnych rzeczywistości „Multiverse”. Założeniem przy tej płycie była refleksja o naszym niezwykle ograniczonym zakresie postrzegania. Są obszary rzeczywistości, do których nie jesteśmy w stanie dotrzeć. Stąd tytuł odnoszący się do fizycznych teorii rzeczywistości równoległych.

Chcemy, by istniało kilka wersji tej płyty. Zapraszamy artystów, którzy podchodząc do tego materiału w bardzo różny sposób, tworzą własną wizję „Multiverse”. I nie mamy tu na myśli remiksów. To będą zarówno inne wykonania, nawet nietrzymające się ustalonych struktur, jak i podejścia zupełnie nowe, bazujące jedynie na wspólnej myśli.



A znacie wszystkie swoje tytuły na pamięć?
DS:
Zazwyczaj używamy tytułów roboczych. Właściwe tytuły powstają później, kiedy jesteśmy już zżyci z roboczymi. Stopniowo jednak słowa przenikają z płyty do roboczych wersji tytułów.

KS: Teraz na próbach używamy skrótów właściwych, płytowych tytułów.

fot. D. Nowakfot. D. Nowak

Skąd pomysł na tak długie nazwy? Wasze utwory brzmią jak nagłówki prasowe.
KS:
Utwory są obrazami. Na pierwszej płycie odniesienie do prasy było istotne. Wszystkie tytuły miały źródła w zdjęciach ilustrujących newsy. Tamte kawałki były agresywne, a tytuły sugerowały pewne, raczej brutalne konteksty. Te z „Multiverse” też są długie, ale mają zupełnie inne źródła. „Multiverse” bazuje na książkach. Utwory na tej płycie mają być inną formą dość rozbudowanych refleksji czy koncepcji, więc te tytuły są i tak esencjonalne. Dają jedynie ślad wspólnego źródła. Podobnie jak towarzysząca płycie książeczka i bibliografia. Tak jak wcześniej rozmawialiśmy o strzępach, tak tu moglibyśmy powiedzieć o budowaniu mozaiki, której elementem są te urywane słowa czy zdania.

A jak to było z amerykańską rozgłośnią radiową i bibliografią zaprezentowaną w „Multiverse”?
KS:
Ktoś opisując playlistę audycji w nowojorskim radiu WFMU (swoją drogą super rozgłośni), dość nieuważnie przepisał tytuły z bibliografii zamiast wpisać tytuły utworów. No ale skoro żyjemy w świecie chaotycznego nadmiaru, nie dziwię się, że nasza mało czytelna okładka stawiała opór pośpiesznej pracy w radiu.

Czyli za dużo informacji.
KS:
W tym stwierdzeniu jest zawarta pewna ocena, a nie chciałbym tego robić. Taką mamy teraz rzeczywistość. Douglas Coupland w eseju „SUPERSURREALISM” pisał o tym, że w XX wieku kierunki w sztuce czy kulturze trwały przez dekady. W latach sześćdziesiątych około dwóch lat. A teraz nie ma kierunków, tylko mamy memy. Życie memów trwa dzień, dwa i znikają. W pewnym sensie prawda nie ma teraz znaczenia, ponieważ nie ma czasu, by ją weryfikować. Szkoda czasu na korektę playlisty starej audycji w jednej z miliarda stacji radiowych, które nieustannie nadają. Myślę też, że ta pomyłka coś wnosi. Nasze życie opiera się przecież na mutacjach. My tymczasem zajmiemy się mutacjami naszego albumu.