Dziwne filmiki i normalni ludzie
Bob May CC BY-NC-SA 2.0

Dziwne filmiki i normalni ludzie

Wiktor Stribog

Choć „dziwne filmiki” często wyglądają jak twórczość kosmitów z innej planety czy wymiaru, są chaotyczne, nielogiczne, obce i odczłowieczone – to ich istnienie i sukces mają podłoże tak bardzo ludzkie jak to tylko możliwe

Jeszcze 4 minuty czytania

Mężczyzna przebrany za małego chłopca śpiewa piosenkę o zaletach robienia kupy, kołysząc się infantylnie na desce klozetowej, pół człowiek, pół lalka nie może przestać robić dziwnej rzeczy ze swoimi dłońmi pomimo skrajnego wyczerpania, Spiderman odbiera poród Elsy z Krainy Lodu – wszystkiemu przygląda się SpongeBob.

Opisane wyżej filmy można znaleźć na YouTubie. Wszystkie mają miliony wyświetleń. Za każdym razem, gdy wideo tego typu staje się wiralem, jego sukces traktowany jest jako przypadkowy i prowokuje nie całkiem retoryczne pytanie wyrażone zwykle w wulgarnej formie: „Jakim cudem to g**** ma pół miliona wyświetleń?”.

Trudno się dziwić. Jak traktować poważnie „dziwne filmiki” z internetu? Egzystują przecież w naszej świadomości obok śmiesznych gifów z kotami i memów o Dudzie – jako jedna z wielu form losowej rozrywki, którą pod nasz facebookowy nos podsuwają niezrozumiałe mechanizmy sieci. Pod tę etykietę trafia wszystko, czego nie da zmieścić się w standardowych ramach gatunkowych. Dziwnym filmikiem są zarówno produkcje Shaye St John, Gracjana Roztockiego, Youtube Poop, jak i perypetie Spidermana i Elsy, mimo iż pod względem charakteru, poziomu produkcji czy nawet celu nie łączy tych utworów praktycznie nic. Są zbyt dziwne na humor, zbyt śmieszne na horror, zbyt amatorskie na profesjonalną produkcję, ale zbyt wysublimowane na głupi dowcip. „Zbytki” dwoją się tam i troją jak Gremliny w basenie, wystrzeliwując kolejne dziwactwa właśnie wtedy, kiedy wydaje się nam, że już chyba załapaliśmy konwencję i wiemy, dokąd to wszystko zmierza. Czy mamy do czynienia z dziełem szaleńca, osoby pod wpływem narkotyków, twórcy „sztuki współczesnej”, czy może to wszystko jest produktem algorytmu losowo zestawiającego ze sobą motywy? Wreszcie czy są to jedyne ścieżki wytłumaczenia ich istnienia?

 
Debata ta pojawia się niemal za każdym razem, gdy wiralem zostaje jeden z takich wytworów – każdy ma swoją teorię. Natomiast dociekanie motywów autora niewiele nam mówi, tym bardziej że sam autor może nie zdawać sobie do końca sprawy z tego, co nim kierowało. O wiele ciekawszym pytaniem jest: dlaczego to oglądamy? Gdzie leży urok „dziwnych filmików”?

„Dziwny” znaczy odznaczający się czymś osobliwym, niezrozumiałym. Przyczyn tej osobliwości może być wiele. Czasem wystarczy zdać się na upływ czasu. Zanik specyficznego kontekstu kulturowego sprawia, że zwykły tekst kultury, taki jak program dla dzieci, zamienia się po 20 latach w psychodeliczne piekło.

Zagubiony kontekst, przesunięty target

Grupa twórców zrzeszona pod nazwą „Everything is Terrible” przeszukuje amerykańskie archiwa telewizyjne w poszukiwaniu takich właśnie filmów, programów telewizyjnych, kaset instruktażowych, które „brzydko się zestarzały”. Następnie poddają znalezione materiały jedynie drobnym cięciom montażowym, czasami dodając również efekty typu spowolnienie czy powtórzenie, i w ten sposób eksponują „dziwność” przestarzałego kontekstu. Oglądając filmy z tej serii, możemy mieć wrażenie obcowania z oknem na jakąś alternatywną rzeczywistość, gdzie wszystko jest teoretycznie w porządku, a zarazem jednak jest obce – zupełnie jak gdyby to jakiś odrębny gatunek humanoidalny miał być oryginalnym odbiorcą danego materiału.


Kontekst może jednak zagubić się nie tylko w czasie. Tego samego uczucia „obcości” i odrealnienia możemy doświadczyć, obcując ze współczesną produkcją – tylko taką, której targetem był ktoś zupełnie inny niż my. I tak np. możemy czasem trafić na YouTubie na filmy zaprojektowane dla niemowląt. Jest to bardzo świeży gatunek – taki, z którym większość z nas (jeśli urodziliśmy się przed 2000 rokiem i jeszcze nie posiadamy dzieci) najprawdopodobniej nigdy nie miała styczności. Ich minimalizm, abstrakcjonizm i repetytywność plasuje je gdzieś pomiędzy programami edukacyjnymi a hardcorową sztuką konceptualną. W przypadku YouTube’a dla dzieci mamy jednak do czynienia z sytuacją wyjątkową, gdzie „dziwność” materiałów jedynie połowicznie wytłumaczyć można wyżej opisanym mechanizmem nietrafionego targetu.

Youtube jest platformą, na której każdy użytkownik może zarabiać na reklamach wyświetlanych na swoich filmach. Ogromny procent odbiorców YouTube’a w ostatnich latach to właśnie najmłodsze dzieci, którym rodzice nastawiają YouTube Kids, czyli wersję platformy, na której wyświetlane są jedynie filmy oznaczone jako odpowiednie dla najmłodszych. Patrząc na znajomych z małymi dziećmi, wiem, że w wielu domach taka youtube'owa playlista potrafi grać przez cały dzień. Tworzenie filmów dla najmłodszych szybko stało się więc łatwym sposobem na youtube'owy zarobek. To w połączeniu z popularnością pewnych określonych tagów i specyfiką algorytmu dobierającego kolejny film przy losowym odtwarzaniu zaowocowało wysypem groteskowych amatorskich filmów dla dzieci, gdzie przykładowo koparka zbiera przez kilka godzin jajka z wizerunkami popularnych bohaterów, takich jak Batman, Elsa, SpongeBob, Myszka Miki itd. Filmy te mają znikomą wartość edukacyjną, a czasem wręcz wkraczają w motywy i tematy zupełnie dla dzieci nieodpowiednie, natomiast powierzchownie bardzo dobrze symulują prawdziwe materiały edukacyjne, przez co zapewniają sobie wysoką odtwarzalność.


Mimo iż większość odtworzeń tych utworów pochodzi z opisanych wyżej odtworzeń automatycznych, część zyskuje drugie życie jako prawdziwe wirale, gdy nieświadomi tej całej algorytmicznej machiny internauci natrafiają na te niewytłumaczalne „dzieła” z milionami wyświetleń. Tak było w przypadku serii kostiumowych slapstickowych filmików ze Spidermanem i Elsą w rolach głównych. Groteskowe „skecze” dodatkowych fanów znalazły wśród fetyszystów, a twórcy są tego świadomi, notorycznie stawiając kreskówkowych bohaterów w sytuacjach ocierających się (dosłownie) o erotyzm.

Przemielona kultura i żenujące dzieciaki

Dotychczasowe przykłady dotyczyły filmów, których dziwność nie jest celowa lub jest jedynie produktem ubocznym. Są jednak miejsca w internecie, gdzie dziwność jest celebrowana i praktykowana. W kulturze twórców memów uważana jest wręcz za swoisty atrybut kultury internetu (patrz mem „Welcome to the internet, I’ll be your guide”).

Guide

Gatunek wideo o nazwie „YouTube Poop” jest wybitnym przykładem celowo „dziwnych” filmików. Mimo iż również tutaj dopatrzeć się można innych motywacji, celebrowanie dziwności jest niezaprzeczalnym elementem tej zabawy. Jest to rodzaj drastycznego remiksu filmu (najczęściej animowanego), opierający się na nerwowym montażu, zapętleniach, glitchach, dodawaniu do oryginalnego materiału obcych elementów graficznych, np. postaci z innych bajek, oraz edycji dźwięku poprzez manipulację dialogami, dodawanie własnych efektów dźwiękowych, muzyki itd. Według zdawkowej definicji na stronie KnowYourMeme, YouTube Poop ma za zadanie zdenerwować lub zabawić widza. Wspomniany przed chwilą nerwowy montaż cechuje się dużą nieprzewidywalnością – odległe konwencje i sprzeczne emocje przeplatają się ze sobą w niezwykle szybkim tempie, kreując bardzo intensywny obraz. Na pozór infantylna zabawa edycyjna po bliższym przyjrzeniu się okazuje się grą odniesień kulturowych i skojarzeń, choć ciężkostrawną w odbiorze, to niepozbawioną artyzmu.

Na poziomie symbolicznym YouTube Poop jest swego rodzaju zemstą odbiorcy, który przez lata pozostawania na pozycji biernego konsumenta w końcu przejmuje niegdyś jednostronny przekaz i w nieco okrutny sposób czyni go swoim, szpikując go tym wszystkim, czego nie wolno pokazywać w publicznej telewizji. YouTube Poop, mimo iż osiągają dosyć wysokie liczby wyświetleń, nie są wiralami, raczej nie zobaczymy ich na facebookowej ścianie naszego kumpla ze studiów. Znajduje on odbiorców wśród bardziej aktywnych internautów, czyli tych, którzy w sieci spędzają większość czasu, nie ograniczając się jedynie do scrollowania facebooka i samemu produkując kontent internetowy.

Podobnie jest z gatunkiem o nazwie „Cringe Compilation”. Jak sama nazwa wskazuje, jest to po prostu kompilacja znalezionych w sieci filmów, które łączy ze sobą to, że wywołują u widza poczucie zażenowania. Zobaczymy tam więc najczęściej niezdarne i pretensjonalne dzieci i nastolatków kompromitujących się w jakiś sposób przed kamerą, zwykle na własne życzenie (samemu się nagrywając). Takich kompilacji są setki i osiągają również imponujące liczby wyświetleń. Naturalnie nasuwa się pytanie: dlaczego?


Sprawa jest prostsza w przypadku Creepypasty, czyli internetowego opowiadania grozy, które często przybiera również formy filmowe, np. jako tajemniczy „zagubiony”, bądź „zbanowany” odcinek serialu, w którym dzieją się niewytłumaczalne i straszne rzeczy, wideo z Myszką Miki, które amerykańska armia używała do torturowania więźniów, nie wspominając o dziesiątkach przeklętych i nawiedzonych plików .avi i .jpeg. To właśnie technologia jest głównym bohaterem większości z tych opowieści, zapełniając niszę „straszenia”, której Hollywood jeszcze nie zauważył. Kino nadal próbuje nas straszyć nawiedzonymi domami, co dla większości współczesnych dzieciaków, żyjących w nowoczesnych blokach i apartamentach, jest perspektywą co prawda straszną, lecz i niesamowicie odległą i obcą. Creepypasty przełamują te bariery, przenosząc horror wprost na ekran naszych monitorów i przekonując nas, że nie oglądamy jedynie nagrania bądź inscenizacji czegoś strasznego, lecz oto obcujemy z samym obiektem grozy. Co ciekawe, wiele dziwnych filmików, które wcale nie były planowane jako Creepypasta, efektywnie staje się nią, gdy kreatywni odbiorcy zdecydują się dopisać teorię co do celu i znaczenia danego wytworu.


O ile w przypadku filmików z Elsą, jak i starych programów opisanych na początku, przyczyny zainteresowania nimi można łatwo wytłumaczyć manipulacjami algorytmem YouTube'a lub czystą nostalgią, o tyle w przypadku YouTube Poop i Cringe Compilation sytuacja jest bardziej skomplikowana. Oba typy materiałów są bowiem zaprojektowane na wywoływanie jednoznacznie negatywnych emocji. Czyżby skłonności sadomasochistyczne były aż tak powszechne wśród młodych odbiorców? A może są to oznaki jakiegoś bardziej interesującego trendu? (Spoiler: tak, są).

Rewolucja emocjonalna na małym ekranie

Wypracowana dawno temu formuła gatunków filmowych ma w założeniu zaspokajać wszelkie potrzeby emocjonalne widzów. Mamy zatem adrenalinę – filmy akcji, strach – horror, śmiech – komedia, wzruszenie – melodramat. Poza światłem mainstreamowych reflektorów mamy jeszcze pornografię pełniącą oczywistą rolę i... to wszystko. Oczywiście podstawowe gatunki mieszają się ze sobą, tworząc mniej lub bardziej udane kombinacje, jednakże zakres emocji, jakich możemy doświadczyć w sali kinowej, jest nad wyraz ograniczony. Granica ta wyznaczona oczywiście jest przez pieniądze – multimilionowe nakłady poświęcone na stworzenie każdego filmu muszą się przecież zwrócić, co oznacza, że film trafić musi w gusta szerokiej rzeszy odbiorców, co z kolei oznacza przykrojenie filmu do którejś ze sprawdzonych hollywoodzkich formuł. Do tego dochodzą wszystkie prestiżowe konkursy filmowe przyznające nagrody również w ściśle określonych kategoriach. Zdarzają się wyjątki od tej reguły nawet w kinie mainstreamowym (Lynch), jednak zwykle próby wyrwania się poza ramy gatunków kończą się finansową klapą bądź linczem (gra słów niezamierzona) krytyków i widzów. Ci sami widzowie jednak odczuwają głód „innych emocji”, lecz głód ten leży w strefie id, więc pojawienie się go w mainstreamowym kinie jest odrzucane tak, jak odrzucilibyśmy film zawierający sceny o naturze pornograficznej – jest to bowiem coś, czego zwyczajowo doświadcza się raczej w pojedynkę za zamkniętymi drzwiami sypialni. Z uczuciami, których nie potrafimy do końca zrozumieć i kontrolować wolimy być sami.

Ta szara strefa emocji znalazła swoje miejsce w internecie, gdzie publikacja treści dostępnych dla szerokiej publiczności przestała w końcu zależeć od smutnych panów liczących banknoty, lecz stała się prawem każdej osoby z dostępem do globalnej sieci. A od czasu, gdy komputer z internetem nie jest już wielką atrakcją, jego przeglądanie stało się również czynnością z reguły wykonywaną w pojedynkę. Mamy więc z jednej strony niczym nieskrępowaną twórczość, a z drugiej samotnych odbiorców, którzy dodatkowo spędzając coraz mniej czasu w świecie rzeczywistym, tęsknią do odczuwania emocji, nawet tak wydawałoby się niepożądanych jak zażenowanie. Dziwne filmiki pełnią zatem rolę podobną do Huxleyowskiego surogatu gwałtownej namiętności, dostarczając silną dawkę skoncentrowanych emocji, by wypełnić niedosyt spowodowany coraz bardziej powszechnym odizolowanym trybem życia wielu ludzi.


Te rozważania stały się dla mnie bazą dla naukowej podbudowy projektu Kraina Grzybów TV, który zacząłem realizować w 2013 roku. Do wniosków tych doszedłem, analizując również własną osobistą fascynację „nietypowym” rodzajem kontentu, m.in. animacjami Davida Firtha czy filmami Shaye St John. Początkowo skupiłem się na „randomowości”, czyli celowej (acz pozornej) losowości wielu oryginalnych tworów cyfrowych, odczytując ją z jednej strony jako wyraz zmęczenia technologiczną, cyfrową dokładnością, w której nie ma zbyt wiele miejsca na przypadki, błędy, niedoskonałości, a z drugiej jako wyraz fascynacji możliwościami, jakie niesie ze sobą cyfrowa rewolucja. Praktyki te często stoją również w opozycji do popkultury, dekonstruując jej skostniałe schematy i estetykę. Prawdziwym clou jednak zawsze były emocje jako nadrzędna, choć ukryta siła każdego internetowego dziwactwa. Przyczyny i motywacje stworzenia tych dzieł nie zawsze pokrywają się z przyczynami ich popularności, a ta jest jasna – chcemy odczuwać emocje i nie tylko te proste i bezpieczne.


Dziwność jest zatem pojęciem parasolem dla materiałów wywołujących emocje trudne do opisania – stąd dziwność dziwności nierówna, bo niezliczona jest ilość wrażeń, jakie można wywołać, gdy przez okno wyrzucimy wszelkie konwenanse i granice. Gdy tworzyłem „Poradnik Uśmiechu”, jednym z moich głównych celów było stworzenie swoistej „brudnej bomby” emocjonalnej, gęsto naszpikowanej intensywnymi lękami, pragnieniami i obsesjami, licząc, że niezależnie od wieku, doświadczeń i charakteru widza, któryś z odłamków musi w końcu trafić prosto w serce. Każdy ma swój słaby punkt, w którym przebić można skorupę cynizmu. Słabość do obrazów i dźwięków znanych z dzieciństwa jest uniwersalna, dlatego postanowiłem te właśnie odległe, acz znane obrazy i dźwięki uczynić moim koniem trojańskim, charakteryzując materiały według różnych konwencji retro. Plan powiódł się, wirus dotarł do podświadomości tysięcy ludzi i zagnieździł się tam z pomocą kilku prostych socjotechnicznych sztuczek. Główną siłą materiału jednak były zawarte w nim emocje, m.in. swoista dziecięca naiwność, dla której w sarkastycznym postmodernistycznym świecie nie ma miejsca, a do której tak naprawdę skrycie tęsknimy.

Choć „dziwne filmiki” często wyglądają jak twórczość kosmitów z innej planety czy wymiaru, są chaotyczne, nielogiczne, obce i odczłowieczone – to ich istnienie i sukces mają podłoże tak bardzo ludzkie jak to tylko możliwe. Oferują nam chwilowy wgląd w te rejony naszej podświadomości i uczuć, które zwykle spychamy gdzieś na bok jako niekwalifikujące się do asortymentu funkcjonalnego człowieka – niewyjściowe i niestandardowe. Skonfrontowani z próżnią tam, gdzie spodziewamy się lekkostrawnego kompletnego posiłku treściowego, wpadamy w panikę, bo oto czoła musimy stawić sami sobie i ścieżkom, jakimi podąży nasz umysł i serce w nieuniknionym poszukiwaniu porządku i sensu w filmie z Gracjanem śpiewającym o kupie. Czy to się jednak komuś podoba czy nie – dziwnego będzie tylko więcej. Weird is the new black.