Dziewczyny ogarniają
Od lewej VTSS, ISNT i FOQL, fot. Darek Pietraszewski

17 minut czytania

/ Muzyka

Dziewczyny ogarniają

Rozmowa z Kolektywem Oramics

„Kiedy zrobiłam swój pierwszy własny miks, napisałam do jednej załogi didżejskiej. Zapytałam, czy zechcieliby tego posłuchać i się ze mną spotkać. Odpowiedzieli seksistowskimi żarcikami” – rozmowa z producentkami muzyki elektronicznej

Jeszcze 4 minuty czytania

ZOFIA KRAWIEC: Jak wpadłyście na pomysł zajmowania się muzyką elektroniczną?
KATARZYNA KWIATKOWSKA (ISNT):
Wychowałam się na muzyce rockowej, grunge’u,  chodziłam w glanach i jeździłam na Woodstock. Elektronika to było coś nowego. Kiedy po raz pierwszy trafiłam na imprezę z muzyką elektroniczną, byłam sceptycznie nastawiona. Za namową brata zostałam w klubie, zobaczyłam tam wtedy dziewczynę, która grała muzykę, kręcąc czarnymi płytami. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, to było takie „wow”, które zapisuje się w głowie i zostaje na długo. Dodało mi to odwagi, zainspirowało mnie, poprosiłam kolegów, aby pokazali mi, jak się miksuje. Okazało się, że mogę liczyć na ogromne wsparcie z ich strony. Później zapisałam się na warsztaty didżejskie. Wszystko działo się na przełomie 2004/05 roku, na tamten czas kobieta za didżejką to było coś bardzo rzadkiego. Do tej pory uważam, że kobieta za konsolą wygląda zjawiskowo. Bardzo lubię patrzeć, jak dziewczyny grają. Mają zupełnie inną energię niż mężczyźni. Nie mówię, że lepszą, po prostu inną.

JUSTYNA BANASZCZYK (FOQL): Ja właściwie nigdy nie przestałam się zajmować muzyką. Chodziłam do szkoły muzycznej, przez wiele lat grałam na skrzypcach, śpiewałam w punkowych kapelach, grałam na perkusji i na basie. Nigdy jednak nie wierzyłam w to, że mogę zająć się elektroniką. Przez kilka lat bardzo się wahałam. Blokowałam się, kiedy mi coś nie wyszło. Od razu myślałam, że może się do tego nie nadaję. Musiała pojawić się w moim życiu osoba, która nauczyła mnie pewnych rzeczy. Kiedy przełamałam pierwszą barierę i zobaczyłam, na czym polega obsługa oprogramowania muzycznego, to później poszło z górki.      

KK: Ja nie skończyłam szkoły muzycznej, ale zawsze chciałam się zajmować muzyką. Byłam w związku, w którym chłopak pokazał mi oprogramowanie do robienia muzyki. Zaczęłam uczyć się, ale po jakimś czasie odpuściłam. Szybko

ORAMICS

Projekt powstał na początku 2017 roku, z inicjatywy Martyny (VTSS) i Katarzyny Kwiatkowskiej (ISNT) - z czasem do Oramics dołączyła również Justyna Banaszczyk (FOQL). Celem projektu jest wzmacnianie pozycji kobiet na scenie muzyki elektronicznej

Najbliższa impreza: 6 stycznia, godz. 22,  K55, Warszawa

www.facebook.com/oramics

spotkałam się też z opiniami, które sugerowały, że „to on jej robi muzykę”.

JB: Wiele razy się z tym spotkałam.

KK: Ja jeszcze wtedy nie robiłam nawet specjalnie muzyki. Siedziałam w domu, kleiłam dźwięki i pamiętam, że wypuściłam dwa kawałki dla znajomych. Ale szybko spotkałam się z reakcjami zdradzającymi, że nie do końca wszyscy wierzą, że sama je zrobiłam. Odpuściłam. Zajęłam się promocją, graniem jako didżejka. Do robienia muzyki wróciłam dwa lata temu. Wtedy byłam już sama.

To chyba sprzyjające warunki?
JB: Ja przez jakiś czas również byłam w projekcie ze swoim chłopakiem, robiliśmy muzykę electropunkową. On robił większość produkcji, ja byłam na wokalu. Po bardzo szybkim czasie miałam dosyć tego modelu, ponieważ jest on bardzo typowy. Dziewczyna śpiewa, chłopak ogarnia merytorykę. W którymś momencie stwierdziłam, że muszę się od tego odciąć. Postanowiłam, że każdy kabel, syntezator, głośniki, wszystko będzie moje. Żeby nikt mi nie powiedział nigdy, że facet robi coś za mnie. Gdyby cokolwiek się stało – żebym mogła spakować walizeczkę, zabrać swój sprzęt i nikt nie będzie mógł mi nic powiedzieć.

KK: Często słyszę, że grających dziewczyn jest mniej i przez to jest nam łatwiej zaistnieć, ponieważ jest mniejsza konkurencja. Z drugiej strony musimy się kilka razy mocniej starać. Jeżeli dziewczyna popełni błąd, to jest surowiej krytykowana niż mężczyzna.

JB: Wydaje mi się, że tak akurat jest nie tylko w środowisku muzycznym, ale we wszystkich sferach rzeczywistości.

Dlaczego założyłyście Oramics?
KK:
Aby stworzyć przestrzeń dla kobiet, promować kobiecą twórczość, mówić kobiecym głosem i móc dać również  innym kobietom możliwość zabrania głosu. Chciałyśmy także otwarcia dyskusji, poruszenia tematów związanych z dyskryminacją kobiet w środowisku muzyki elektronicznej.

JB: Chcemy, żeby grające dziewczyny miały się do kogo zgłosić, mając przy tym pewność, że zostaną poważnie potraktowane. Z doświadczenia znamy ten stan, kiedy piszesz muzykę do szuflady i boisz się do kogokolwiek odezwać. Taka przestrzeń jest bardzo ważna, ponieważ uważam, że kobiety są kulturowo wytresowane do tego, żeby ze sobą konkurować i żeby sobie nie ufać. Wszystko koncentruje się wokół facetów, z którymi one są. Kulturowo kobiety traktują siebie jako rywalki, a nie sojuszniczki.

Na co dzień doświadczacie dyskryminacji?
KK:
Tak niestety jest. Doświadczyłam większej rywalizacji ze strony kobiet niż mężczyzn. Kobiety dawniej żyły w kręgach. Babcie, matki, córki i ich dzieci, które wychowywały, tworzyły wspólnoty, wspierały się. Dzisiaj tego nie ma, kobiety żyją same. Poza tym, są wychowane przez społeczeństwo w taki sposób, że mają być przeciwko sobie, że mają ze sobą rywalizować, a przecież nie o to chodzi. Kobiety w grupie są silniejsze. Brakowało mi tego w środowisku muzyki elektronicznej, kobiecej energii, siostrzeństwa, wzajemnego wsparcia. Łatwiej się tak funkcjonuje.

Tym bardziej że kobiety, które tworzą, mają jeszcze trudniej, ponieważ często są samotne. Historia  pisarek, malarek, kompozytorek, naukowczyń, to często historia kobiet samotnych. Są zmuszone zrezygnować ze związku, ponieważ ich związek jest ograniczający, partnerzy są zazdrośni lub zaborczy. Kiedy nie chcą poddać się życiu w patriarchalnym modelu, bywają samotne. Ważne, żeby wtedy dostały wsparcie innych kobiet.
Obie tego doświadczyłyśmy.

Czy to pierwszy tego rodzaju projekt?
JB:
Wcześniej pojawiały się ciekawe inicjatywy, które polegały raczej na organizowaniu kobiecych imprez. Doceniam je, ale czasami, z różnych powodów, wydaje mi się, że imprezy, na których grają same kobiety mogą nie być do końca dobrym pomysłem. Mogą być traktowane jako widowisko. I to też jest seksistowkie. Chciałabym, żeby świetne producentki były zapraszane po prostu na festiwale i imprezy.

Co doradziłybyście dziewczynom, które chciałyby zostać didżejkami?
JB:
Żeby do nas napisały.

KK: Żeby się nie bały.

JB: Bardzo dużą barierą jest brak dostępu do sprzętu. Jest on po prostu drogi. Gramofony i mikser to koszt około 4–5 tysięcy złotych. Do tego musisz mieć płyty. W Berlinie, który często pojawia się w dyskusjach o współczesnym techno, jest dużo miejsc, gdzie można wejść, wypróbować sprzęt, poćwiczyć. Oswoić się z nim i przekonać, czym w ogóle jest.

KK: W czasie studiów w weekendy pracowałam w klubie z muzyką elektroniczną. Znałam właścicieli, którzy nie mieli problemu z tym, żebym czasami przyszła i poćwiczyła. Niektórzy koledzy mieli sprzęt w domu, podpytywałam, pozwalali ćwiczyć. Ale jeżeli nie masz takich znajomości, to jest strasznie trudno.

KK: Na swój pierwszy sprzęt wzięłam kredyt, dorabiałam w barze. Wystarczyło na używane gramofony, tani mikser i zostało jeszcze na kilka płyt, po które wtedy jeździłam specjalnie do Berlina. Szał, radość, walka z rodzicami, którzy nie rozumieli wtedy tej zajawki. Dlatego uważam, że tak bardzo ważne jest, aby mieć do kogoś napisać i dostać wsparcie. Mam nadzieję, że to, co robimy będzie furtką dla kobiet i mniejszości, dla osób, które chcą tworzyć muzykę, ale nie mają się do kogo odezwać.

JB: Nie pochodzę z zamożnego domu i zawsze miałam poczucie, że środowisko didżejskie to zabawa dla dzieci z dobrych domów. Dla ludzi, których stać na płyty. Uważałam, że to jest ogromna bariera ekonomiczna.

Z jakimi reakcjami się spotykacie?
KK:
Spotkałyśmy się z komentarzami, że temat dyskryminacji kobiet jest teraz na topie i chcemy sobie na tym coś ugrać.

JB: Owszem. Chcemy sobie ugrać przestrzeń do mówienia o naszych sprawach językiem, jaki nam odpowiada. Językiem dziewczyn. To bardzo „triggeruje” (prowokuje – przyp. ZK) kolesi. Nagle się okazuje, że to jest kłopotliwe, że dziewczyny chcą mówić swoim własnym językiem. Jak one mogą?

KK: Dosłownie przeczytałyśmy komentarz, że chcemy się na tym wypromować.

JB: A nawet jeśli, to co z tego? Mężczyźni promują się cały czas. Są całe grupy didżejskie, producenckie, które przez większość czasu zajmują się promocją samych siebie. Oni nie muszą robić tego z perspektywy swojej płci, bo nie mają takiego problemu jak my.

Ich płeć jest przezroczysta. Człowiek znaczy mężczyzna. A jak dziewczyna chce być sławna, to jest karierowiczką i narcyzką.
JB: Dzięki internetowi wypływa wiele seksistowskich wątków. Sama się nie spodziewałam, że wiele osób może tak uwierać obecność dziewczyn. Czują się przez to zagrożone?

KK: Nie spodziewałam się, że spotkamy się z takim oporem. Przez tyle lat pracowałam w środowisku związanym z muzyką elektroniczną i dopóki siedziałam cicho, byłam w mniejszości i nie odzywałam się, nie wyrażałam głośno swoich opinii, to było OK. Czasami dochodziły do mnie głosy krytyki, ale zawsze starałam się je ignorować i po prostu robić swoje. W momencie, kiedy zaczęłam głośno wyrażać swoje zdanie w obronie dziewczyn, zaczęto zarzucać mi (i nam jako Oramics również) chęć „wypromowania własnej dupy”. Słyszałam to często od osób, po których bym się tego nie spodziewała.

Dzisiaj wciąż niewiele jest didżejek. A jak było dziesięć lat temu, gdy zaczynałyście?
KK:
Pochodzę z Gorzowa Wielkopolskiego. Znałam tam jedną dziewczynę, występowała pod pseudonimem Silvianna-D. Kiedy przyjechałam do Warszawy, didżejki można było policzyć na palcach jednej ręki. Całkiem nieźle funkcjonowała grupa grających dziewczyn, które skupiały się w środowiskach LGBT.

JB: Mnie zawsze brakowało tej przestrzeni, w której kobiety mogły działać razem. Sądzę, że przez to, że nie było takiej przestrzeni, to mniej było dziewczyn, które czuły się na tyle odważne, żeby zacząć działać. Kiedy rozmawiałyśmy o planach stworzenia Oramics, myślałam o tym, że taka przestrzeń jest bardzo potrzebna, ponieważ więcej dziewczyn może czuć się bezpiecznie i będzie chciało twórczo działać.

fot. Darek Pietraszewskifot. Darek Pietraszewski

Kasia, powiedziałaś o tym, że odważyłaś się, ponieważ zainspirowała cię inna grająca dziewczyna. Często, kiedy nie ma innych dziewczyn w jakiejś sferze, nie ma kobiecych wzorów, to można odnieść wrażenie, że jest to przestrzeń zarezerwowane tylko dla mężczyzn.
KK:
Dlatego chciałyśmy stworzyć społeczność kobiecą wokół tego tematu, żeby przecierać drogę.  Żeby dziewczynom z zewnątrz było łatwiej.

JB: Kiedy byłam nastolatką i bardzo chciałam didżejować, próbowałam uczyć się sama, szukałam wejścia do środowiska muzyki elektronicznej. Zrobiłam własny miks i napisałam do jednej załogi didżejskiej. Zapytałam, czy zechcieliby tego posłuchać, czy mogłabym kiedyś przyjechać, czy zechcieliby się ze mną spotkać. Odpowiedzieli seksistowskimi żarcikami: „Przyjedź. Mamy wolne miejsca na podłodze. Po co nam twój miks?”. Po tej sytuacji na wiele lat odeszłam od pomysłu zajmowania się muzyką elektroniczną na własną rękę.

KK: Zależy nam na stworzeniu środowiska przyjaznego dla kobiet. Mówienia im, że my posłuchamy tego, co nagrały. Takie środowisko tworzy większe poczucie bezpieczeństwa i dodaje odwagi. Jest ono potrzebne, żeby dziewczyny nie dostawały już odpowiedzi typu „spadaj, mała, mamy miejsce na podłodze”.

Co znaczy nazwa Oramics?
KK:
Chciałyśmy aby nazwa nawiązywała do historii kobiet w muzyce elektronicznej i tam szukałyśmy inspiracji. Daphne Oram (1925–2003), pionierka muzyki elektronicznej, pracowała w radiu BBC, poza godzinami pracy bawiła się sprzętami należącymi do radia. Na kursie rezydencyjnym podczas omawiania tego, jak funkcjonuje oscyloskop, zapytała nauczyciela, czy można odwrócić jego proces działania tak, aby maszyna odgrywała dźwięki czytane z obrazu. Niestety została potraktowana jako trzpiotka, która nie wie, o czym mówi. Jakiś czas później Daphne stworzyła właśnie taką maszynę, a jej nazwa to Oramics. Oczywiście są kobiety, które tworzyły przed nią i po niej muzykę elektroniczną, ale ona jest dla nas wyjątkowo ważna, także ze względu na tę historię. Reprezentuje dążenie do celu, łamanie stereotypów, otwarty i twórczy umysł.

Ważną odsłoną Oramics jest chyba wasz profil na Facebooku?
JB:
Chcemy pokazywać dziewczyny, które robią albo kiedyś robiły świetne rzeczy, takie jak nasza patronka Daphne Oram.

KK: Justyna jest główną researcherką, wrzucamy na nasz fanpage masę świetnej muzyki, która pochodzi od kobiet. Kiedy przeglądam te nazwiska, to czasem sama jestem zaskoczona, że niektórych z nich nie znałam. To jest taka odpowiedź na argument „nie ma w czym szukać”. Wtedy w odpowiedzi możemy pokazać linki na naszym profilu, które potwierdzają, że jest inaczej.

JB: Wiele osób udaje, że tego nie widzi. To jest częsty argument kuratorów festiwali, kiedy pada pytanie o to, dlaczego tak mały odsetek line-upów festiwalowych to są dziewczyny. W odpowiedzi pada zwykle hasło, że ich nie ma lub nie są wystarczająco dobre. Festiwale nie chcą działać na zasadzie narzucanego parytetu. Ja też nie jestem za tym, żeby tylko płeć decydowała o tym, kto gra. Ale oni po prostu nie mają racji. Jest mnóstwo kobiet robiących świetne rzeczy i grających świetną muzykę. Trzeba tylko zmienić stereotypy i sposób myślenia. Mam wrażenie, że mężczyźni mają ogromną trudność z tym, żeby przestawić swoje myślenie.

Z czego wynika takie myślenie?
JB:
To wiąże się ze stereotypem, że dziewczyny nie ogarniają elektroniki. Takie myślenie bierze się już ze szkoły podstawowej, kiedy słyszy się, że dziewczyny nie są dobre w przedmiotach ścisłych. To rzutuje na myślenie o tym, że dziewczyny nie opanowują syntezatorów. To jest bardzo mocno zakorzeniony stereotyp. Co więcej, dziewczyny często myślą o sobie tak samo, dlatego zwykle nawet nie próbują.

Lepiej się nie brać za coś, z czym sobie nie poradzą.
JB:
Tak, w skrócie, kable nie są dla dziewczyn.

Czy spotykacie się z wieloma nieprzyjemnymi sytuacjami?
KK:
Na początku, kiedy zajęłam się graniem, część osób traktowała mnie niepoważnie. Wyraźnie dawano mi do zrozumienia, że muszę udowodnić to, że umiem grać i warto potraktować mnie serio. Z biegiem czasu to się zaczęło zmieniać. Na pewnej półprywatnej imprezie, która odbywała się na świeżym powietrzu, już właściwie nad ranem, jeden chłopak uznał, że jest lepszym didżejem. Nie wiem w ogóle, po co chciał to udowodnić, ale postanowił, że pokaże mi, że potrafi lepiej ode mnie grać. To było na zasadzie białej rękawicy, wyzywam cię na pojedynek. Dał mi jasno do zrozumienia, że gram dobrze ze swoich płyt tylko dlatego, że nauczyłam się ich na pamięć i nie potrafię miksować (sic!). Zaproponował, żebyśmy pograli z jego płyt, jeden na jeden. Świetnie sobie wtedy poradziłam, koleś się zupełnie tego nie spodziewał. Tego typu sytuacje skłoniły mnie do organizowania własnych eventów. Chciałam zapraszać ludzi i grać na własnych zasadach oraz stworzyć dobry klimat, bez rywalizacji, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek.

JB: Dosyć często spotykam się z takimi sytuacjami, w których odczuwam powątpiewanie w moje możliwości, np. ze strony akustyków. Takie małe protekcjonalizmy albo miękkie docineczki. Chcą np. pomagać mi, co mnie szalenie wkurwia, bo sama wiem, co robić ze swoim sprzętem.

Czy dzisiaj więcej dziewczyn zajmuje się muzyką elektroniczną? Jak to wygląda z waszej perspektywy?
KK:
Spodziewałam się, że w ciągu ostatnich dziesięciu lat w Polsce pojawi się ich znacznie więcej niż jest. Oczywiście jest ich więcej niż dekadę temu. Stereotypy się zmieniają. Znacznie częściej zwraca się uwagę na kobiety tworzące muzykę i ich obecność w line-upach imprez i festiwali. 

JB: Mnie wydaje się, że na Zachodzie jest bardzo dużo grających dziewczyn. Wydają świetne rzeczy. Dla mnie 2017 rok to są płyty głównie kobiet. W Polsce z ich obecnością jest znacznie słabiej.

Wasz projekt wspiera także środowiska LGBT.
JB:
Kultura disco, lata 70. i queerowe imprezy. Dla środowisk LGBT klub był przestrzenią swobodnej ekspresji.

KK: Jako didżejka wychowałam się na klubie, w którym środowiska LGBT stanowiły przynajmniej 50%, mogły się tam swobodnie bawić. Niepisaną zasadą tego miejsca było (i nadal jest) poszanowanie ze względu na płeć, wyznanie, rasę itp. Odkąd pamiętam zawsze grały tam dziewczyny. Rezydentkami były tam trzy dziewczyny, co w tamtym czasie było naprawdę czymś rzadkim. Kiedy weszłam tam pierwszy raz w 2006 roku, zobaczyłam drag queen, transwestytów. Spotykałam osoby, które przebierają się w kolorowe stroje. Przez pewien okres miałam tam swoje imprezy, więc grałam tam co  weekend. Widziałam przychodzące te same osoby, które czuły się tam bezpiecznie. Tworzyło się coś na wzór rodziny. Tak wyglądało moje klubowe wychowanie. Zmiany, które nadeszły, nie były już takie fajne. Pojawiły się duże kluby, dużo randomowych ludzi, którzy niekoniecznie mieli ochotę na to, aby respektować te niepisane zasady. 

JB: To chodzi o takie wspólnoty, które wyrażają coś, na co często społeczeństwo nie pozwala. O to chodzi w kulturze klubowej, żeby poczuć się akceptowaną w swojej rodzinie. Dlatego słowo „impreza” wydaje mi się spłycające, ponieważ chodzi o coś więcej, o poczucie bezpieczeństwa wśród ludzi.