Profesor Hartman słucha Dwójki
Jay Phagan / CC BY 2.0

8 minut czytania

/ Muzyka

Profesor Hartman słucha Dwójki

Michał Wieczorek

Czy muzyka ludowa jest gorsza od muzyki komponowanej, poważnej? Polscy muzycy coraz częściej odwołują się do tradycji, pracują z muzykami ludowymi, doskonale wiedząc, że to, co najciekawsze, dzieje się na przecięciu kodów, kultur i gatunków. Profesor Hartman zdaje się tego nie rozumieć

Jeszcze 2 minuty czytania

Jan Hartman w noworocznym wydaniu „Polityki” postanowił podzielić się wrażeniami ze słuchania Programu II Polskiego Radia i obecności na tej antenie muzyki ludowej i nią inspirowanej. W swoim tekście „Kultura i demokracja” filozof zauważa „wzmożenie ideowe”, które (jak zakładam) od dwóch lat każe grać redaktorom zwiększone ilości muzyki ludowej i, co więcej, dyskutować o tejże, a przecież jest to niegodne tak szacownej rozgłośni dla inteligentów i elity narodu, namiętnie czytającej „Finegannów tren” Joyce’a.

Dlaczego Hartman o tym zjawisku pisze dopiero teraz, chociaż muzyka ludowa, tradycyjna i folkowa w Dwójce były obecne od dawna i nie kłóciły się ze „sztuką wysoką”? Dziwi, że tak wierny słuchacz nigdy nie słyszał o odbywającym się od lat 90. festiwalu Nowa Tradycja ani o przyznawanych na nim nagrodach „Folkowy Fonogram Roku” i „Fonogram Źródeł”. Co więcej, w zeszłym roku Radiowe Centrum Kultury Ludowej – siedlisko zła według Hartmana – zostało wydzielone ze struktur Dwójki i stało się samodzielną redakcją, w czym część dziennikarzy i pracowników upatrywało pretekst do pozbycia się z anteny – albo w najlepszym wypadku do upychania po nocach – muzyki ludowej. Może na doświadczenie Hartmana wpłynęło przesunięcie audycji „Źródła” na późniejszą godzinę? Cokolwiek by jednak było przyczyną felietonu, jest on pełen przekłamań, uprzedzeń i pogardy. Tej ostatniej jest zdecydowanie najwięcej.

Oczywiście, można nie lubić muzyki tradycyjnej, jednak tak pogardliwe wyrażanie się o jej miejscu w kulturze, wykonawcach i słuchaczach jest po prostu skandaliczne. Figura „pana Józefa” grającego na gęśli, wpychanego przez prawicę na inteligencki salon, jest tak samo uwłaczająca, jak analogiczna figura Edka z felietonów innego profesora, Zbigniewa Mikołejki. Oczywiście, wiejski muzykant nie zagra tak, jak skrzypek z orkiestry symfonicznej, ale i odwrotnie. To dwie zupełnie inne dziedziny, różniące się od siebie jak, powiedzmy, loty pasażerskie i loty paralotnią.

Czy muzyka ludowa jest gorsza od muzyki komponowanej, poważnej? Tak twierdzi profesor: „Kapela ludowa nie umie grać tak jak profesjonalny zespół kameralny czy orkiestra, a repertuar złożony z wiejskich piosenek, jakkolwiek może być piękny i uroczy, ustępuje pod względem złożoności przekazu, artyzmu i wartości estetycznej wielkiej, a nawet średniej tradycji muzyki poważnej. Tak jest i żadna ideologia «propagowania wartości narodowych» nie jest w stanie tego zakłamać”.

Koncert „Unia Bałtycka” w ramach festiwalu Wszystkie Mazurki Świata 2013

W XXI wieku podziały gatunkowe oraz na sztukę wysoką i niską mają coraz mniej sensu. Jeśli profesor Jan Hartman nie słyszał nigdy interesującej muzyki ludowej, polecam nagrania Andrzeja Bieńkowskiego z serii „Muzyka Odnaleziona” oraz przepastny katalog francuskiego państwowego wydawnictwa Ocora, dokumentującego muzykę tradycyjną z całego świata. Notabene, założyli ją Pierre Schaeffer i muzykolog Charles Duvelle, a wydania Ocory cenione są również za poważną muzykologiczną analizę ludowego materiału, czyli to, czym tak brzydzi się filozof.

Hartman pisze, że „nie ma szans, by melomani chodzący na koncerty do filharmonii włączyli w obręb swoich zainteresowań muzycznych kurpiowską nutę, choćby nawet lubili ludowe przyśpiewki”. Jak zatem tłumaczyć decyzję szczecińskiej Filharmonii o organizacji koncertu Żywizny, duetu Raphaela Rogińskiego i kurpiowskiej, nieprofesjonalnej śpiewaczki Genowefy Lenarcik?

Z równą, a może i jeszcze większą pogardą, jak o twórcach ludowych Hartman wypowiada się o muzykach ze środowiska folkowego, łączących „niskie z wysokim”. Jest to tak smakowity fragment, że wypada go zacytować w całości: „Obsługuje nas całe spektrum twórców paraludowych – od wyrafinowanego przetwórstwa, jak to uprawiane przez Trebunie-Tutki, kolbergowskiej «archeologii», dajmy na to Kapeli ze Wsi Warszawa, poprzez radośnie egalitarystyczne projekty, w rodzaju Tęgich Chłopów, popowe stylizacje, jak Rokiczanka czy Golec uOrkiestra, aż po bezwzględnie profesjonalne marketingowo postkicze i pseudopastisze, na czele z ociekającym czym się da utworem «My, Słowianie»”.

Żywizna w Narodowym Instytucie Audiowizualnym (obecnie FINA)


Staram się słuchać Dwójki w miarę regularnie, nie zawsze mi to wychodzi, ale jestem pewien, że Donatana z Cleo tam nie grają, a nawet o tym nie myślą. Nie wiem też, jak Tęgie Chłopy mogą być „radośnie egalitarystyczne”. Czy dlatego, że grają w niej muzycy ze wsi i miasta, że są wśród nich naukowcy i amatorzy, czy może dlatego, że trzy osoby spośród Tęgich Chłopów to dziewczyny? I dlaczego miałoby to być czymś niestosownym? Zresztą fakt, że Hartman nazwał twórczość Kapeli ze Wsi Warszawa kolbergowską archeologią, nienajlepiej świadczy o jego znajomości tematu, na który się wypowiada. Kapela ze Wsi Warszawa, choć sięga po materiał zebrany w XIX wieku przez etnografa Oskara Kolberga i brała udział w obchodach Roku Kolbergowskiego, w żadnym wypadku nie uprawia archeologii. Sięgając po materiał ludowy, bezwstydnie miesza go nie tylko z muzyką tradycyjną z całego świata (zespół współpracował chociażby z irańskim wirtuozem kamanczy Kayhanem Kalhorem, szwedzką Hedningarną czy galicyjską wokalistką Mercedes Peon), ale także z rozmaitymi gatunkami muzyki rozrywkowej, jak dub czy elektronika.

Zaraz po tym ustępie następuje kolejny, chyba jeszcze smakowitszy. „Wszelkiej maści «folki» i «muzyki świata» to z pewnością dobre dzieci demokracji, pragnące przezwyciężyć własne elitarystyczne odchylenia i dławiące w sobie protekcjonalne skłonności. Na końcu wychodzi jednak jakoś nijako, bo zrodzona z najlepszych chęci synteza ludowego z wysokim zawsze daje w końcu coś półinteligencko średniorosłego”. Pozostaje mi tylko polecić profesorowi odsłuch „Requiem ludowego”, wspólnej płyty kwartetu Kwadrofonik i Adama Struga, albumu wspomnianej Żywizny albo „Oj borom, borom” – spektakularnej współpracy Maniuchy Bikont i jazzowego kontrabasisty Ksawerego Wójcińskiego. To są genialne dzieła sztuki, równe pięknem muzyce poważnej, choć, owszem, surowsze i operujące innymi środkami wyrazu. Tak jest i żadna ideologia elitaryzmu nie jest w stanie tego zakłamać.

„Requiem ludowe” – koncert Adama Struga i Kwadrofonika w marcu 2015 roku w Poznaniu

Zarzuty Hartmana są tym dziwniejsze, że w ubiegłym roku w Katowicach odbył się WOMEX, najważniejsza europejska impreza poświęcona muzyce odwołującej się do tradycji, polska muzyka folkowa nie jest już obciążona piętnem cepelii i obciachu, a i tygodnik „Polityka” często o niej pisze. Polscy muzycy coraz częściej odwołują się do tradycji, czerpią z niej, pracują z muzykami ludowymi, bo doskonale wiedzą, że to, co najciekawsze, dzieje się na przecięciu kodów, kultur i gatunków. Tam wykluwa się nowa jakość, o czym Hartman zdaje się nie wiedzieć.

Blog publicysty „Polityki” nazywa się „Zapiski nieodpowiedzialne”. Nic dodać, nic ująć. Szkoda tylko, że zamiast tam, ten szkodliwy – również z pozamuzycznych powodów – tekst trafił na łamy tygodnika.